piątek, 19 czerwca 2020

Cigarettes After Sex "Cry" (2019) - recenzja

Wyobraź sobie….

Listopadowa noc w Częstochowie. Jesień ustępuje miejsca zimie, ale czyni to bardzo, to bardzo powoli. Właściwie niezauważalnie, bo to jeszcze nie ten moment. Już niedługo, ale jeszcze nie teraz.



Wyobraź sobie tę noc bardzo dokładnie. Właśnie wybiła 1:00, ulice są właściwie puste, gdyby wiał wiatr, można by powiedzieć, że nadaje tu rytm. Nieliczni przechodnie raczej przemykają niż dumnie kroczą. Ty snujesz się ze kumplami i butelką Ballenteinsa w dłoni. Macie do tego prawo. Właśnie zagraliście dobry koncert w lokalnej knajpie. Taki, który słyszało może 70 osób, ale który był po prostu dobry. Większość ludzi nie słyszała w życiu dobrego koncertu.

Jak się spotykacie? Po prostu idziesz. Ona też. Ona i koleżanka. Są tu na szkoleniu, mieszkają w Anglii. Zupełny przypadek. Moglibyście się minąć.

Saw you on the side of the road
I could see you walkin' slow
Drinkin' a Slurpee
In a peach baseball cap
Fallin' in my lap
You were so thirsty

Wiesz co to jest miłość od pierwszego wejrzenia? Wierzysz w nią? Teraz już tak.

Nie możecie od siebie oderwać oczu. Jakbyście znali się lata, dekady, stulecia. Jakbyście znali się od zarania dziejów. Po prostu jesteście, Ty i ona.

Przeżyłeś kiedyś coś takiego? Czas i przestrzeń stają w tej samej chwili, niewidoczne, niemierzalne, wyklęte poza nawias Waszej chwili. Czujesz jakbyś unosił się w powietrzu, wyrwany z objęć rzeczywistości.

Po prostu idziecie. Idziecie i rozmawiacie. Nie wiesz gdzie jest początek, bo nigdy go nie było.

Wanting your love to come into me
Feeling it slow, over this dream
Touch me with a kiss
Touch me with a kiss

-Rozwodzę się - mówi
-ja też…
-I mam dziecko..
-ja tez…

Nieważne czy faktycznie masz żonę czy nie, czy się rozwodzicie czy jeszcze nie, czy masz dziecko, gromadkę dzieci czy jesteś bezpłody. To wszystko w tej chwili nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Słowa pojawiają się same, nietknięte prozą logiki. Wszelaka codzienność jest w tym momencie zupełną abstrakcją. Dajcie sobie niesamowitą energię przez samą obecność. Obydwoje czujecie coś, czego nigdy nie było dane wam zaznać. W filmach nazywają to „tym czymś”, ale wy jesteście tu i teraz. Zawieszeni pośród częstochowskiej nocy.

Ten pocałunek jest magiczny
Przykrywa wszystkie inne pocałunki całunem zapomnienia
Boże, jaka ona jest piękna. I dobra. Kochana taka. Jakby anioł spłynął z nieba i dotknął Cię opuszkiem palca. Tu, w tej chwili, na częstochowskim bruku wiesz, że zawsze będziecie razem.

Come to me now
Don’t let me go
Stay by my side

Ona nie mieszka ani tu ani nigdzie w tym kraju. To by było za łatwe. Mieszka w Anglii. Tej Anglii, która już raz Cię pokonała. Teraz Twoja kolej.

O czym myślisz, gdy się rozstajecie?
O tym, że ona Cię uwolni?
O tym, że to koniec tułaczki po świecie?
Pocałunek jest tak nieskazitelnie delikatny, pozbawiony wulgarnej erotyki, napełniony waszą bliskością. Jakbyś całował najbliższą sobie istotę. Jakbyś całował Anioła.


Now you’re above feeling it still
Tell me it’s love, tell me it’s real
Touch me with a kiss, feel me on your lips


Jak myślisz, co było dalej?


When you walk in the room in a white bodysuit
& I say, “take it off” so you tell me to watch

When it’s pure, only your love could get me to fall
When it’s deep, gets so hot & it’s so beautiful

Nic z tych rzeczy. Byłeś pewny, że tak będzie. Że będziecie się kochać, bez krzty wstydu smakując swoje ciała w jej łóżku, w którym spłodziła syna ze swoim ex-mężem. A może jeszcze mężem, przecież są w trakcie rozwodu. Ale czy to ma znaczenie? Nie bardzo.

Po prostu byłeś pewny. Po takiej uwerturze tylko głupiec by zwątpił.

A jednak.

Wasz wirtualny kontakt to zupełne przeciwieństwo tego, co dzieliliście przez to 20 minut
Brak odpowiedzi. Brak komunikacji. Rwane zdania. Robisz dobrą minę do złej gry. Ona nie chce rozmawiać. Nie chce żebyś zadzwonił. Jak długa zajmie Ci zrozumienie prawdy?

Could you love me instead of
all the boyfriends you get?
Know I’d make you forget
about all of those rich fuckboys


“Fuckboy” zjawia się po 3 miesiącach. Piszesz dla niej wiersz, akurat w sam raz na Walentynki. Liczysz, ze ta pieprzona wrażliwość zrobi na niej jakiejkolwiek wrażenie. Czyta i mówi, że dziękuję, że „fajny”.

Żebyś wiedziała, że fajny, zaczyna się przecież od słów „Tak pięknie się w Tobie zakochałem”. Cholera, musi być fajny!

Because this is where
I want to be
Where it’s so sweet & heavenly
I’m giving you all my love


I gdy myślisz, że jednak nie wszystko stracone, że przyjedzie tu na ostatnią rozprawę rozwodową, kiedy już jej mąż będzie ex-mężem na mocy prawa, nagle następuje cisza.
Dzień
Dwa
Trzy

Przegrałeś.


When I was young
I thought the world of you
You were all that I wanted
That faded and I
never saw you again
But I wont forget the love we had



„Spotykam się z kimś”. Te cztery słowa są jak cięcie. Ostateczne cięcie. Przecież mogłeś się spodziewać, głupcze. Tak trudno było pojąć, że taka miłość się nie zdarza? Że wszystko to sobie wymarzyłeś, szczytując z jej wiadomości to, co chciałeś przeczytać? Ale jak to…3 dni? 3 dni wystarczyły? Przecież mieliście być na zawsze. Miałeś tam, kurwa, lecieć. Rzucić wszystko i lecieć do tej pieprzonej Anglii. 

And my heart goes out to you wherever you are

Zostajesz z niczym. Magia towarzysząca waszemu pierwszemu i ostatniemu spotkaniu to za mało. Pozostaje muzyka.

…………………

To przepiękna płyta. W recenzjach setek albumów przewija się zdanie „podszyta melancholią”, ale po usłuszeniu Cigarettes After Sex zrozumiesz, że to określenie przynależne jest tylko tej muzyce. Pod jednym z nagrań grupy w serwisie Youtube ktoś napisał „Cigarettes After Sex makes me feel like I'm in love with someone who doesn't exist.”.

To prawda. Podczas słuchania Cry wszystkie romantyczne uczucia, jakie kiedykolwiek żywiłeś do osób, których już przy Tobie nie ma, łączą się w jedno i eksplodują przenikliwą ferią nostalgii i poczucia straty. Dlatego przestrzegam osoby, które akurat są na życiowym zakręcie i nie mogą sobie poradzić z rozstaniem – nie słuchajcie Cigarettsów.

Zarzuty? Od początku do końca to muzyka dość jednostajna i niemalże monotonna. Te same zabiegi aranżacyjne – ascetyczna sekcja rytmiczna, grająca te same tempa; shoegaze’owa gitara i syntezatorowe tła. Ale zapewniam Was – w tym szaleństwie (o ile to słowo w ogóle pasuje do tej muzyki) jest metoda. Trzeba się w tę magmę zanurzyć.

Nad wszystkim króluje głos, który zniewala od samego początku, androgeniczny, hipnotyzujący, pełen nostalgii, smutku ale i niesamowitego ciepła. Można pomylić z kobietą, ale to Greg Gonzalez, frontman i założyciel kwartetu (w wywiadach brzmiący jak najbardziej męsko). To on i jego teksty są kolejnym elementem układanki. Proste, miejscami nasiąknięte niespodziewanie erotyką, trafiające w sedno, zostające w głowie, łączące się wściekle szybko z emocjami, które w nas drzemią.    

Naturalnie to płyta późno-jesienna. Gdy dni są krótkie, miasto zatopione w szarudze, a minione lato i nadchodząca zima niebezpiecznie mieszają nasze emocje. Kilka taktów i przepadłeś. Ale warto tak przepaść. Pozwolić omotać się tym dźwiękom. Spróbować melancholii i zadurzyć się w tej muzyce.  A potem wracać i wracać….


I was meant to love you and always keep you in my life
I was meant to love you, I knew I loved you at first sight






Wszystkie cytaty pochodzą z tekstów piosenek na płycie Cry. Ostatni cytat pochodzi z piosenki Opera House z płyty Cigarettes After Sex

Roma Lobos Beauty Art Studio. Roma Lobos to piękna kobieta. Niestety fałszywa.
R

czwartek, 1 listopada 2018

Per Gessle's Roxette 21.10.2018, Stodoła, Warszawa [relacja]

Koncert, którego nikt nie chciał - można by powiedzieć patrząc na frekwencję na warszawskim koncercie Pera Gessle, jednego z najbardziej utytułowanych twórców piosenek pop lat 80. i 90. XX wieku oraz połówki popularnego w tamtych czasach duetu Roxette. Jeśli takie portfolio wystarcza na zapełnienie naciąganej połowy Stodoły, to zaiste smutne nastały czasy. Czynników mogło być kilka - przede wszystkim TO NIE ROXETTE, więc 95% niedzielnych fanów, którzy w 2011 i 2015 zapełnili warszawski Torwar (a w 2012 w mniejszym stopniu gdańską Ergo Arenę) odpadło. No i termin - ubóstwiane przez wszystkich Riverside akurat tego dnia wyznaczyło w Warszawie finał polskiej części trasy promującej album Wasteland. Z Nocnym Kochankiem i Riverside nie wygrasz- gdy oni grają w mieście, każdy mniejszy koncert skazany jest na braki frekwencyjne. No po prostu tak jest, że ludzie kochają heheszki Sokołowskiego i smuty Dudy i nic nie zdziałasz, szczególnie jeśli jesteś już lekko przebrzmiałą (przynajmniej medialnie) gwiazdą lat 90. XX wieku i do tego nie masz przy sobie TEJ wokalistki.

Oczywiście trochę przesadzam -  Per Gessle to nie jest gość, który przyciągnie na swój koncert rockową publiczność. I tu można napisać: a szkoda. Bo solowe koncerty Pera (poprzedni mieliśmy okazję podziwiać w tym samym miejscu 9 lat wcześniej) to wulkan energii i rockowego sznytu (poprzedzielany oczywiście słynnymi balladami). W niedzielę na dobry początek poleciało The Look. I od razu muzycy narzucili klimat wieczoru. Na tej trasie Perowi towarzyszy powiększony skład. Więc w sumie (miejscami, bo wiadomo że Per gitarę trzyma bardziej dla efektu niż konkretnej gry) 3 gitary oraz bardziej hammondowe niż syntezatorowe aranżacje utworów powodują, iż rockowe serce od razu mocniej bije. Z resztą - toż to klasyk i po prostu świetna piosenka! I takich świetnych piosenek pojawiło się tego wieczoru równo 20. Zgodnie z nazwą trasy - głównie z repertuaru Roxette, ale na szczęście Per sięgnął po dwie perełki ze swoich solowych krążków. Urocze I Have a Party in My Head (I Hope It Never Ends) i niesamowite "Doesn't Make Sense" nie stoją daleko od swoich roxettowych braci. Szkoda tylko "Do you wanna be my baby", które było jednym z najbardziej energetycznych punktów poprzedniej solowej trasy Pera (co na szczęście uwieczniono na albumie "Gessle over Europe").

Trasa Per Gessle's Roxette zbiegła się z premierą nowego krążka Szweda, stąd w setliście koncertu jeszcze jedna piosenka "solowa" - Small Town Talk. Co ciekawe, w dużej mierze zaśpiewana przez gitarzystę Christoffera Lundqvista. Okazało się, że "profesor" (jak nazywa go Per) dysponuje całkiem ciekawym, melodyjnym głosem. A poza tym jest bardzo uniwersalnym, a jednocześnie charyzmatycznym gitarzystą. Udowodnił to między innymi w końcówce jak zwykle czarującego Doesn't make sense - bardzo intensywne uderzanie w struny spowodowało, że na instrumencie pojawiła się krew z rozciętego palca Oczywiściej, jak na profesjonalistę przystało Christoffer grać nie przestał.. Zespół Pera to w ogóle zgrana paczka - na scenie czują się bardzo swobodnie, mimo że obecna trasa to zespół aż 8-mio osobowy i momentami jest trochę tłoczno - w porównaniu z poprzednimi doszła skrzypaczka i gitarzysta (to pokłosie amerykańskiego rodowodu nowej płyty, którą nagrywano w Nashville, a więc bez słuchania można wyobrazić sobie, że brzmi trochę...amerykańsko). Aranże stały się przez to bogatsze, a skrzypce w muzyce Roxette to może niekonieczny, ale bardzo sympatyczny dodatek. Jeśli chodzi o aranże to mam tylko jedno zastrzeżenia - kompletnie zmieniono (także harmonicznie) dwa klasyki, Spending my time i Fading like a flower. Niby kombinowanie jest fajne, ale...uleciała gdzieś lekkość i przepiękna melodyka tych kawałków. Całość uratowała urocza i czarująca anielskim głosem Helena Josefsson. Na trasie w 2009 i w Roxette zajmowała się raczej chórkami (zbierając jednak ogromne owacje), teraz niejako weszła w skórę Marie Fredriksson po prostu ją zastępując (co oczywiście - z tego co wiem - spowodowało wśród fanów (oczywiście w Internecie) wiele negatywnych komentarzy, że jak to, skandal, że Marie jest nie do podrobienia i tak dalej. Owszem, ale ktoś musiał te piosenki zaśpiewać. Naprawdę cieszy, że Per nie pozwolił im odejść w zapomnienie (nie oszukujmy się, moda na Roxette umarła śmiercią naturalną jakieś 20 lat temu) i postanowił ruszyć w trasę pod tym szyldem. Helena nie dysponuje głosem aż tak mocnym jak Marie, ale moim zdaniem poradziła sobie z zadaniem znakomicie, a jej sceniczna prezencja jest po prostu niesamowita - miks dziewczęcego uroku, humoru i dużo, dużo uśmiechu.

I tak sobie ten koncert płynął - 110 minut super pozytywnego power popu wprost z lat 80 i 90. przekładanego balladami, które każdy zna z radia. Wszystko podlane naprawdę sporą energią i charyzmą sceniczną, a także zabawnymi "gadkami" pomiędzy utworami (tu prym wiedli Per i basista Magnus Borjeson, co chwilę przekomarzając się). Nie zapomnijmy też o stojącym/siedzącym nieco z tylu klawiszowcu Clarence Ofwermanie - to producent współpracujący z Perem od lat 80., jak stwierdził żartując lider, "odpowiedzialny za wszystkie hity i wtopy zespołu". Super pozytywny wieczór, podczas którego można było bezkarnie pokrzyczeć jedne z najbardziej melodyjnych refrenów w historii popu. Szkoda, że tylko, że publiczność nie zapełniła Stodoły, ale niech żałują ci, co nie byli.


środa, 24 maja 2017

Deep Purple - The Long Goodbye Tour - Atlas Arena, Łódź, 23.05.2017 - relacja

Deep Purple to jeden z tych zespołów, które w Polsce zawsze mogą liczyć na przychylność publiczności. Trasa Long Goodbye Tour, w zamyśle pożegnalna, obdarzyła nasz kraj aż dwoma koncertami, co w minimalnym stopniu odbiło się na frekwencji w łódzkiej Atlas Arenie - w końcu ci z południa kraju  mieli bliżej do Katowic. Nie było jednak źle, choć oczywiście marketingowcy zdobyli na pewno trochę duszyczek podkreślając na każdym kroku, że "to już ostatni" raz, choć oczywiście co lepiej obeznani w temacie fani domyślają się, że zespół prawdopodobnie jeszcze do nas wróci.

Nie ma co jednak czarować - okręt pod purpurową banderą kieruje się powoli ku portowi przeznaczenia. Czy zajmie mu to jeszcze rok, trzy czy pięć - żyjemy w momencie pożegnania Głębokiej Purpury ze sceną. Jest to jeden z tych zespołów-symboli, choć przechodzący wiele zmian składu, to jednak o rozpoznawalnym, charakterystycznym brzmieniu i tej specyficznej energii, właściwiej tylko zespołom TAMTYCH lat.  Nie ma i nie będzie już takich zespołów.

Mam świadomość, że moje pisanie o Deep Purple jest nacechowane mocną subiektywnością. Raz, że od małego był to mój ulubiony zespół i nawet obecnie, mimo lekkiej korekty gustu muzycznego, pozostaje w absolutnym topie wszechczasów. Dwa - Memoriał Jona Lorda, który powoduje, że co roku obcuję z tą muzyką wyjątkowo blisko. Trzy, że tych Purpurowych koncertów trochę już zaliczyłem i moje spojrzenie choćby na kwestie setlisty na pewno różni się od spojrzenia osoby postronnej, która po prostu poszła "na koncert".

A setlista, przyznać trzeba, może nie zaskoczyła, ale na pewno mogła zadowolić bardziej niż te z kilku ostatnich lat. Co prawda nie da się uciec od Smoke on the water i Black Night, ale cztery numery z InFinite i dwa z Now What?! spowodowały, że nagle 1/3 zagranych tego wieczoru utworów to były nowości. Od razu muszę dodać, że utwory z najnowszej płyty wypadły po prostu świetnie. Dobrze odnajduje się w nich Ian Gillan (bo dopasowane są do jego obecnych możliwości wokalnych), a same w sobie są po prostu "bardzo fajnymi kawałkami". Nawet wyklęty przez większość, niemal popowy Johnny's Band, zabrzmiał w Łodzi porywająco. I mówcie co chcecie, ale refren tego drobiażdżku jest po prostu doskonały. A otwierającego całość Time for Bedlam i umieszczonego w środku setu The Surprising słucha się właściwie tak wybornie, że  kolejna wersja Highway Star naprawdę nie była nam potrzebna (zespół zresztą pomyślał tak samo i ten kawałek pominął).

Oprócz tego było klasycznie - Lazy, wspomniane wyżej Smoke... i Black Night, Perfect Strangers, Hush, Bloodsucker, Fireball i kilka innych...purpurowa jazda obowiązkowa. Przyznam szczerze, że o ile ograny do nieprzyzwoitości Smoke po prostu mnie już nie grzeje, to takiego Hush, dzięki bardzo intensywnemu dialogowi gitarowo-organowemu w środku, mogę słuchać zawsze i wszędzie. Generalnie Purpura stoi teraz instrumentalistami, z których prym wiedzie Don Airey. Pełno go wszędzie i dzięki urozmaiconemu zestawowi zabawek klawiszowych jest w stanie zaciekawić nawet gitarowych fetyszystów, którzy najchętniej podkręciliby głośniej gitarę Steve'a Morsa. Ten, nie wiem czy z powodu narastających problemów z ręką, czy świadome, troszkę usunął się w cień. Nadal jednak jest to, wraz z sekcją Glover-Paice, świetnie naoliwiona, choć wiekowa, maszyna. Najsłabszym ogniwem pozostaje, z racji wieku, Ian Gillan, ale - o dziwo - tego wieczoru radził sobie nadspodziewanie dobrze. I choć wysokie rejestry dawno poszły w zapomnienie, a niektóre partie "dośpiewuje" za Iana gitara, to przyznać należy, że naprawdę był to wokalnie całkiem dobry występ (a pamiętajmy, że Gillan w tym roku kończy 72 lata).

Jaki był więc to koncert? Na pewno nie było atmosfery pożegnania i  w tym kierunku gestu nie uczynił. Dostaliśmy naprawdę solidne 100 minut klasycznego hard rocka, od zespołu, który powstał 50 lat temu. Zespołu, który w tym roku wydał swoją 20. studyjną płytę, na którą trafiło kilka naprawdę świetnych kawałków. Zespołu, który nadal ma tę iskrę złotych lat 70., mimo że jego członkowie albo już przekroczyli albo właśnie dobiegają do siedemdziesiątki. W momencie, kiedy Polska żyje sporem o festiwal w Opolu, ci panowie proponują MUZYKĘ. Energię, polot, kunszt i jakość, z którą nie mógłby się równać żaden wykonawca wspomnianego "święta polskiej muzyki". 

Nie jest to ten sam zespół, który czarował specyficzną magią i atmosferą nieprzewidywalności za czasów Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda. Tamten duet tworzył MAGIĘ Purpury. Jej już nie ma, bo tacy muzycy rodzą się raz na 1000 lat,a ich spotkanie jest jak zderzenie absolutów. Nadal jednak pozostaje coś wyjątkowego, ulotnego. Ot, choćby w szczegółach, kiedy Don Airey gra swoje solo przed Perfect Strangers i wplata charaktersytyczne dla danego kraju motywy (u nas Chopin i doskonale podchwycona przez publikę Szła dzieweczka do laseczka). Albo gdy pojawia się uotnie piękna, gitarowa introdukcja do Uncommon Man. Takich rzeczy już się nie robi. Kolejne pokolenia mają już inną wrażliwość, a ludożerkę karmii się męskimi graniami. Na tym tle Deep Purple zawsze byli wyjątkowi. Szkoda, że to się kończy. Następców brak.



P.S. Jako support wystąpił kanadyjski Monster Truck. Przyjemny stoner pod nóżkę, dość ciepło przyjęty przez publiczność. Taki z kategorii do sprawdzenia.

piątek, 7 kwietnia 2017

Deep Purple - InFinite (2017) - recenzja

Aż trudno uwierzyć ale w przyszłym roku minie pół wieku istnienia Deep Purple. Panowie powoli żegnają się ze sceną (choć na szczęście będzie to długie pożegnanie), ale cieszy fakt, że mają jeszcze chęci i energię do tworzenia nowej muzyki (co w poprzedniej dekadzie nie było takie oczywiste, a Ian Paice otwarcie mówił, że nie mają motywacji do pracy w studiu, skoro płyty tak słabo się sprzedają). Sukces wydanej w 2013 roku Now What?! dodał jednak zespołowi skrzydeł. Na co więc stać Purpli AD 2017?


Przede wszystkim otrzymujemy płytę bardzo krótką. Łącznie 45 minut materiału, a jeśli odliczyć cover Roadhouse Blues, to zostanie 39. Czas ten zagospodarowany jest jednak bardzo ciekawie
i momentami zaskakująco. Nie wszystko na tej płycie jest w pełni udane, ale...w przypadku, nie bójmy się tego określenia, dinozaurów rocka MUSIMY inaczej patrzeć na nowe wydawnictwa. To nie są już 20-to letni młodzieńcy z głowami, które aż buzują od świeżych pomysłów. Mamy na talerzu owoc pracy muzyków, którzy największe artystyczne sukcesy osiągali na przełomie lat 60. i 70 XX wieku, a obecnie część z nich jest już w wieku emerytalnym. Należy także pamiętać o tym, że jednak artyści i ich propozycje przez pół wieku mogą się jednak zmienić. Jeśli ktoś oczekuje po tych panach kolejnego Highway Star czy Smoke on the water, to niech po prostu InFinite nie słucha.

Płyta ma 4 bardzo mocne punkty, z czego dwa poznaliśmy w postaci singli jeszcze przed premierą całości. Time for Bedlam zachwyca pędem przypominającym mocno klasyczne Pictures of Home, a także intryguje mocno antysystemowym tekstem Gillana (Sucking my milk from the venomous tit of the state/This clearly designed to suppress every thought of escape). All I Got is You to po prostu perełka. Zaczyna się reminiscencją z introdukcji do Cascades: I'm not your lover, mamy też bardzo melodyjne, melancholijne zwrotki (i dwa przekleństwa Gillana;) i pełen furii riff. Ciekawie gra tu Don Airey - syntezatorowe solo, które może irytować "metaluchów", jest miłym urozmaiceniem. Dla wielu najmocniejszy punkt płyty to The Suprising. Jest epicko (znów balladowy, piękny początek i mocniejsze rozwinięcie) i progresywnie (utwór poskładano z kilku motywów,a w środku pojawia się nawet część quasi-fimowa). Nie są to absolutnie "typowi Purple". No i czwarty - Birds of Prey. Za sprawą bębnów na początku trochę Zeppelinowaty, potem znów zahaczający o krainy progresywne (riff bardzo w stylu Rush!). Mam nieodparte wrażenie, że Steve Morse pilnie odrabiał lekcje na sesje z Flying Colors - końcówka tego utworu należy do niego i jest to typowe, epickie, "wykańczające" solo na orkiestrowym podkładzie klawiszy, w jakich lubują się panowie Neal Morse i Mike Portnoy. Szkoda, że zostaje wyciszone.

Z rzeczy bardzo ciekawych, trochę drobniejszych, lecz niewiele ustępujących czterem wyżej przedstawionym utworów są jeszcze oparty na bardzo "abandonowatym" groovie One Night in Vegas, w którym ciekawostką jest brak konwencjonalnego refrenu. Jego rolę z powodzeniem przejmuje jednak świetna, bardzo melodyjna zagrywka Aireya. No i mój osobisty, mały plusik za podkład do solówek - zaczerpnięty jak żywo z genialnego Doing it tonight (pewnie nieświadomie)! No i jeszcze ten fortepianowy pasażyk Dona na końcowym riffie - kolejny smaczek, który sprawia, że ten trwający 3:23 utwór jest po prostu wciągający. Z kolei Johnny's Band to bardzo popowa jak na ten skład propozycja z bardzo funkującym, jajcarskim riffem (który zalatuje trochę czasami...Come Taste the Band!). Melodyjny, acz nienachalny refren "robi" ten utwór. Znów ciekawostka - intro bardzo w stylu Losing my strings z Purpendicular. Niby nic, ale kawałek ma w sobie bardzo pozytywną energię i melodię.

To według mnie najmocniejsze punkty InFinite. Pozostałe trzy autorskie kawałki nie przekonują mnie przede wszystkim pod kątem melodii, aczkolwiek nie są to rzeczy złe albo fatalne - instrumentalnie jak zwykle Purple lśnią, jednak nie ma tu nic "ekstra", co wyróżnia wyżej wymienione pozycje, szczególnie właśnie pod kątem melodyki - trochę przypominają materiał z Abandon, gdzie zespół starał się "przygrzmocić",  zapominając jednak, że piosenka powinna zostawać w głowie słuchacza. W On the Top of The World wyróżnić można sposób prowadzenia i melodie zwrotek -  przypominają mi...Anyone's Daughter z Fireball (1971!). Tym niemniej nieźle się tego słucha choćby pod kątem instrumentalnym.

Płytę kończy cover, którego mogłoby nie być. Roadhouse blues to numer ograny na przestrzeni kilku dekad w tę i z powrotem, wersja Purpli nie wnosi do tematu nic nowego ani ciekawego. Ot, weszli do studia, pobawili się i poszli. Fajnie byłoby usłyszeć w tym miejscu jeszcze jeden autorski numer, ale skoro tak zespół sobie wymyślił, to niech tam będzie. Choć solówki oczywiście mile łechtają ucho.

Dwudziesta studyjna płyta Deep Purple nie zawodzi. Jak napisałem wcześniej - trzeba do tej muzyki podejść z otwartą głową. Panowie uprawiają rocka zupełnie innego niż 40 lat temu, zachowując jednak charakterystyczne dla stylu elementy. Kombinują z formami (The Suprising, Birds of Prey), brzmieniem (szczególnie Airey - więcej tu solówek syntezatorowych niż na poprzednich płytach Purpli; Paice zaś w paru momentach brzmi mocno...Zeppelinowato). Głos Iana Gillana brzmi pewnie mimo 70. na karku. Słychać, że nauczył się korzystać w pełni ze swoich obecnych możliwości - nie ma tu absolutnie rozpaczliwych prób popisów "w dawnym stylu").  Jeśli okaże się, że to ostatnia płyta Purpli - będzie to zakończenie kariery na wysokim poziomie. Jedni z ostatnich z wymierającego gatunku starzeją się godnie.


środa, 29 marca 2017

The Neal Morse Band, 28.03.2017, Progresja, Warszawa - relacja

Niby od paru lat nie jesteśmy już koncertowym zaściankiem Europy, niby wszystkie ważniejsze trasy koncertowe docierają także do Polski, ale co chwila "wielcy" tego świata, w postaci tłustych panów za biurkami, dają nam odczuć, że jednak nie wszystko jest takie różowe. Ot, choćby sprawa Metalliki - bilet na koncert kosztuje prawie 1/5 średniej krajowej, cała pula rozchodzi się w ciągu kilkudziesięciu minut (nie mówiąc już o fakcie, że sprzedawanie biletów imiennych bez możliwości zwrotu na ponad rok(!) przed wydarzeniem to chamski zabieg pod płaszczykiem walki z konikami) i...macie Polaki jeden koncert i niech ci, co zdążyli upolować bilet, uważają się za WYBRANYCH. Dla porównania: Szwedzi, Niemcy, Francuzi, Holendrzy i jeszcze kilka narodów "lepszego sortu" ma w swoich krajach po 2 i więcej występów "Bogów Metalu". Czyli jednak zaścianek...

Drugą taką anomalią są koncerty klubowe trochę artystów trochę mniej komercyjnych (umówmy się: Metallica to szczyt szczytów). Jakoś tak dziwnie się składa, że gro takich tras płynnie i sprytnie omija nasz kraj. Ot, choćby ostatnio Glenn Hughes. Albo Blackberry Smoke. Albo (tu trochę większe obiekty) Dave Matthews z Timem Reynoldsem - w takich Czechach się da, ale u nas już nie. Można by wymieniać w nieskończoność. Po prostu - u nas można być pewnym tylko Iron Maiden i Deep Purple. Cała reszta zajrzy jak wiatry dobrze powieją. Czemu? Nie wiem. 

Dlatego miło, że mała, acz ambitna Music Landscapes Productions pokusiła się o zorganizowanie w Polsce koncertu Neala Morse'a i jego zespołu. Jeszcze bardziej cieszy, że wszystko udało się bez najmniejszych zastrzeżeń - przynajmniej z perspektywy widza.

Nie było niespodzianek - zespół na tej trasie gra w całości (bardzo udany) The Similitude of a Dream. Mamy więc ponad 110 minut muzyki "nowej", zaprezentowanej niemal ciurkiem (z 15-to minutową przerwą w środki) plus bisy, także nie sięgające w przeszłość zbyt głęboko. Koncert w Progresji pokazał jednak, że materiał ten broni się na żywo bardzo dobrze. I jak to zostało zagrane! Nie raz i nie dwa można było złapać się za głowię i krzyknąć "jak oni to robią!?". Sprawność techniczna muzyków tworzących Neal Morse Band doprawdy robi piorunujące wrażenie. Niełatwy przecież materiał został wykonany nie tylko perfekcyjnie, ale i z duża dozą swobody, luzu, miejscami wręcz humoru. Zastrzelcie mnie, ale nie wydaje mi się, żeby polscy muzycy byli w stanie zrobić coś takiego. Nie chodzi mi tu absolutnie o umiejętności gry na instrumentach, gdyż przecież nasi krajanie sroce spod ogona nie wypadli...chodzi o "to coś", co łączy tą sprawność z luzem, "jajem", wrażliwością. A na dodatek te harmonie wokalne, zaśpiewane jak gdyby nigdy nic. No i kompozycje. Obłęd. 

Neal Morse Band to teraz prawdziwy zespół, choć oczywiście pod przywództwem Morse'a. A ten dwoi i troi się, nadając całości to rockowej dynamiki, to teatralnej mistyki. Będący tym razem lekko w cieniu Mike Portnoy pokazał po raz kolejny po prostu klasę. Jego strata to dla Dream Theater cios, po którym prawdopodobnie (artystycznie) zespół nigdy się nie podniesie. Ten facet ma w sobie po prostu to "coś" - charyzmę, artyzm, miłość do muzyki. Nie wspominając o stylu, który niesie tę muzykę w inny wymiar. Uzupełniani przez młodego Erica Gillete i trochę starszych Bill'ego Hubauera oraz Rand'ego George tworzyli na scenie jeden, idealnie zgrany organizm. 

Wychodząc z takiego koncertu można mieć tylko jedno pytanie: czemu taka muzyka nie jest popularna? Do cholery, jest tu wszystko: czad, refleksja, zabawa, przesłanie - a do tego perfekcyjne wykonanie. Czy wiecie, że bilet do Progresji kosztował 99 zł? I choć frekwencja absolutne nie rozczarowała (a trochę się tego obawiałem), to tłum jak zwykle poleci za Metallicą....


niedziela, 1 stycznia 2017

Subiektywne podsumowanie 2016 roku

To byl trudny i dziwny rok. Tak się jakoś składa, że dla większości osób, ktore znam był właśnie albo trudny, albo co najmniej nijaki. Miłośnicy pop-kultury odliczali kolejne zgony muzyków, aktorów i innych wpływowych person. Konflikty zbrojne na świecie i politykierstwo w kraju przybierały na sile. Doszło do tego, że już od listopada co niektórzy zaczęli mamrotać jak mantrę: "niech ten rok się już skończy...". Oczywiście w kontekście śmierci bardziej to irytuje niż czyni cokolwiek innego. Bo jakże, wraz ze zmianą dat w kalendarzu cokolwiek w tej materii się zmieni?

źródło: polityka.pl

Z pomocą redakcyjnego kolegi publicysta  Roland Hughes zebrał nekrologi, jakie opublikowano lub wyemitowano w BBC (w telewizji, radiu, w internecie) w pierwszym kwartale każdego roku, poczynając od 2012, na bieżącym kończąc. Trend jest wyraźny. Znani umierają coraz częściej. Oczywiście ma na to wpływ rozmydlenie gradacji słowa "znany". Teraz celebrytą zostaje byle idiota z reality show i gdy, nie daj Boże, mu się zemrze, to tabloidy/pudelki w internecie zaraz o tym napiszą. 

Jednak interesujące nas, naprawdę utalentowane osoby z pokolenia urodzonego w trakcie lub zaraz po II Wojnie Światowej, faktycznie "zwijają" się coraz częściej. Właśnie dobiegają lub właśnie przekroczyły 70. rok życia i coś pęka. Oczywiście najczęściej jest to rak, ale łatwo możemy wysnuć logiczne wnioski. Dekady (bo nawet nie lata) zażywania wszelakich substancji słodzących żywot na tej ziemii właśnie o sobie przypominają. Greg Lake czy George Michael (to akurat późniejszy rocznik) pod koniec życia nie wyglądali najlepiej. Zmarły jeszcze pod koniec 2015, konkurujący z Keithem Richardem o miano muzyka o najbardziej odpornym organizmie Lemmy z Motorhead, okazał się przeżartym przez choroby od środka korpusem. Nie oszukujmy się więc - nie będzie lepiej, będzie gorzej. 

Ten rok oszczędził moich osobistych idoli, oprócz jednego - w marcu Keith Emerson, jeden z najbardziej wpływowych i innowatorskich klawiszowców w historii rocka, odebrał sobie życie. Depresja. Świat wspomniał o nim bardzo delikatnym pierdnięciem, po czym wrócił do stanu normalnego, czyli ignorancji. Bo Keith nie zmienił dzieciństwa/młodości gości z fejsbuka, którzy parę dni temu, każdy z osobna i razem, opłakiwali rzewnie George'a Michaela. George dał im Last Christmas i Careless Whisper, co wielu zapewniło podkład pod macanki na dyskotekach w podstawówce. George dał fenomenalne - to trzeba przyznać - wykonanie Somebody to love na koncercie poświęconym pamięci Freddiego Mercur'ego. Każdy lubi/chce (lecz nie każdy powinien) śpiewać, a śpiewakiem - tudzież wokalistą - George był wyśmienitym. Miał głos. A co miał Keith? Wizję, tupet, odwagę, talent, które w specyficznym okresie rozwoju muzyki rockowej dały mu sławę i pieniądze, ale także dość szybko ją odebrały, a cały gatunek rocka progresywnego, który firmował, stał się niemodnym, pogardzanym dinozaurem, który ściągnął na nas wszystkich zarazę zwaną punk rockiem. Ręka do góry, komu dziś potrzebny jest rockowy klawiszowiec tego kalibru? Na pewno nie w Polsce.

W Polsce 2016 to kolejny rok produkowania "imienia i nazwiska". Nie ma już zespołów (pozostają zazwyczaj na etapie przeglądu Emergenza i klubowych koncertów dla kilkudziesięciu osób; nie liczę sezonowych ciekawostek, opartych na "jajowaniu", takich jak np. Nocny Kochanek), są "artyści". Ostatni liczący się zespół, jaki powstał w Polsce, to Riverside i było to bodajże 15 lat temu. Teraz mamy zazwyczaj kobitę, która koniecznie chce coś temu światu przekazać, od zawsze przejawiała talent (według rodziców), a teraz wreszcie dojrzała do publicznej ekspresji. I nie ma tu znaczenia czy najpierw przefiltrują ją w jakimś programie typu "talent show" czy pojawi się znikąd. Śpiewać (technicznie rzecz biorąc) umie, dobiera się jej muzyków sesyjnych i jazda w Polskę. Komercyjno-medialne aspekty takiej działalności to jedna sprawa, mnie w tym miejscu interesuje efekt artystyczny. A ten jest w 99% przypadków nijaki. Ja, jako odbiorca, nie wiem o czym one wszystkie grają, śpiewają, po co one w ogóle istnieją. Nie pamiętam ani jednego kawałka. Melodii. To wszystko jest robione na zasadzie strzępka pomysłu "artystki" przetrawionego przez wynajętego SPECJALISTĘ-PRODUCENTA, który za 10 tys PLN za utwór robi z tego nagranie nadające się do publikacji. Ile ja się nasłuchałem ochów-achów nad kolejnymi pannami "imię i nazwisko". Że to takie zajebiste, że innowacyjne, jak wyprodukowane, jak brzmi! A potem przychodzi umierający Leonard Cohen i nawet nie zmiata, a ściera to wszystko jednym You want it darker. A człowiek uświadamia sobie po raz kolejny, że ARTYŚCI faktycznie odchodzą.

Dzięki Bogu i opatrzności pojawiło się jednak w 2016 trochę Muzyki. Pożegnalne, jak się okazało, płyty Davida Bowiego (Blackstar) czy wspomnianego Cohena (You want it darker) to dzieła wyśmienite, które odniosły także komercyjny sukces (w obu przypadkach twórcy zmarli kilka dni po wydaniu swoich albumów, co z całą pewnością podbiło zainteresowanie ze strony szerokiej publiczności). Santana powrócił do korzeni w bardzo stylowy sposób na płycie Santana IV, nagranej w składzie z przełomu lat 60. i 70. Ale akurat to wydarzenia jakoś światem nie wstrząsnęło. Może takie jamowe granie nie jest JUŻ w modzie? (tu oczywiście stosowny uśmieszek, bo pytanie ni mniej, ni więcej, a retorycznym jest). Podobnie sprawa ma się z Glennem Hughesem i jego Resonate - nareszcie powrót do hard rockowych żródeł.

Bardzo udaną płytę, lecz innego kalibru, wydał szwedzki duet Roxette. Właściwie jest to już sprawa pożegnalna, bo jeszcze przed jej wydaniem okazało się, że artyści rezygnują z działalności koncertowej. Stan zdrowia Marie Fredriksson zmusił ją najpierw do siedzenia na koncertach,a w efekcie do ich wykreślenia z planów zawodowych. A bez koncertów wydawanie płyt przez takie instytucje jak Roxette nie ma sensu, bo to jedyna sensowna forma zwrotu inwestycji. Płyty, jak bowiem wiemy, obecnie sprzedają się w ilościach mikroskopijnych.

Marillion wydał zaskakująco dobrą F.E.A.R., wreszcie nieprzegadaną i pełną niemal floydowskiej przestrzeni, zaopatrzoną też w pakiet dobrych pomysłów melodycznych. Spisała się również Metallica, mimo skrajnych ocen nowego materiału słychać, że weterani thrash metalu nie odpuszczają. Metal to jest to moja bajka, więc płyty szerzej nie omawiałem, ale wchodzi to to naprawdę dobrze. Takich płyt jest oczywiście więcej, dlatego nie roszczę sobie praw to tworzenia rankingów i podsumowań płytowych, bo wiem, że musiałbym przesłuchać dosłownie kilogramy muzyki. Robi to m.in kolega Bizon na swoim blogu, który niesie kaganek muzycznej oświaty i dostarcza m.in mnóstwa informacji o scenie stonerowo-psychodelicznej z naciskiem na Skandynawię. Trzeba przyznać, że obecnie jest to jeden z ciekawszych kierunków dla miłośników brzmień rockowych w klimacie tak zwanego "vintage". Przy okazji muzyczne koleżeństwo z Polski mogłoby się uczyć właśnie od Skandynawów, ale myślę, że większość nie patrzy dalej niż na czubek własnego nosa. Tym niemniej nowej muzyki z tamtych rejonów słucha się bardzo przyjemnie. Co prawda nie trafiłem jeszcze na coś, co by mnie TOTALNIE powaliło, w większość to po prostu granie oparte na starych patentach, ale całokształt jest naprawdę smakowity. Ze "starej" Skandynawskiej gwardii wysoki poziom utrzymało w tym roku Spiritual Beggars albumem Sunrise to Sundown.

Na polskim poletku ucieszyła mnie szczególnie Breaking Habits projektu Meller, Gołyźniak, Duda. Mało ci u nas "supergrup", jeszcze mniej takich, które nagrywają dla samej przyjemności nagrywania. Odezwała się także nasza najstarsza supergrupa i to w najlepszym, oryginalnym składzie: SBB. Nagrali nową płytę, Za linią horyzontu, która nadal czeka na recenzję na łamach Muzycznych Nocy. Jest nieźle, ale...

Dużo łatwiej niż top 10 płyt przyjdzie mi utworzyć top...7 utworów tudzież piosenek, które zrobiły na mnie największe wrażenie w minionym roku. Czasami jest tak, że już po kilku taktach dana kompozycja przykuwa uwagę, a po pierwszym odsłuchu chce się do niej wracać raz po raz. Oto więc lista takich perełek (kolejność przypadkowa).

1. Leonard Cohen You want it darker
2.Roxette Why don't you bring me flowers (ale wersja albumowa - ta do teledysku to jakiś zremiksowany koszmarek)
3. Phish Blaze On (koncertowa premiera odbyła się w 2015, ale studyjna dopiero w październiku 2016 na płycie Big Boat)
4. Blues Pills Lady in Gold
5. David Bowie Blackstar
6. T.Love Pielgrzym
7. Anita Lipnicka Ptasiek

Koncertowo rok 2016 był bardzo bogaty. Tak bogaty, że większość z nas, nie mająca dostępu, do prasowych wejściówek, musiała po prostu selekcjonować to, na co się wybiera. Rok 2017 zapowiada się zresztą nie mniej interesująco. Ja niestety nie uczestniczyłem w tak wielu koncertach jakbym sobie życzył. Żałuję przede wszystkim Iana Gillana z orkiestrą. Cóż, bilety były tak drogie, że koncert przeniesiono z Hali Koło do Progresji, bo chętnych jakby zabrakło. Organizator ani jego otoczenie nie pomyślało, żeby na przykład zwrócić się do twórcow Memoriału Jona Lorda, którego piąta edycja odbyła się w Warszawie miesiąc przed koncertem Gillana i nawiązać jakąś współpracę w celi promocji eventu. Był dostęp do niemal 500 fanów tej muzyki. Ale lepiej robić po swojemu:)
Koncertem, który wywołał we mnie największe emocje był angielski koncert...Rainbow. Reaktywowany zespół, którego występy przyniosły chyba najwięcej kontrowersji ze wszystkich koncertów na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy. Pisałem o tym zarówno tu jak i w Teraz Rocku. I po ponad pół roku ten wieczór nadal mocno tkwi w pamięci i wywołuje emocje. Richie Blackmore nie w formie, zespół mocno średni, a jednak...jakaś magia, ciarki, wzrok i słuch przez bite dwie godziny wbity w scenę. Nie było mowy o uronieniu choćby jednej nutki. Takich koncertów już po prostu nie ma. Wydany w listopadzie na DVD zapis koncertu z Niemiec robi przygnębiające wrażenie, ale tam, na żywo, w Genting Arena, otworzyły się wrota do innego, zapominanego powoli wymiaru. Ritchie na 2017 zaplanował kolejne 4 koncerty Rainbow, tym razem tylko w UK. O rok starszy, z trochę zmienionym repertuarem (więcej Rainbow w Rainbow) - czy zdoła rozświetlić tęcze po raz kolejny?

Jaki był więc ten rok? Relatywnie spora liczba zgonów postaci znaczących dla świata muzycznego jest faktem, ale w dużej części była niestety skutkiem wielu lat zaniedbywania zdrowia. Muzyki jak zwykle ukazało się całe mnóstwo i w tym całym chaosie kto chciał, to wyłapał prawdziwe perełki. Na szczęście to nam, miłośnikom Muzyki przez duże "M", zostało - i żadna władza ani decydenci nie wcisną disco polo w nasze osobiste enklawy.