Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep Purple. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep Purple. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2020

Deep Purple - Whoosh! (2020) - recenzja

 



Deep Purple już dawno osiągneli status "cieszmy się, że jeszcze grają, nic już nie muszą". To ulubione hasła fanów w przypadku nowych wydawnictw wykonawców, którzy przekroczyli 60. rok życia i w świadomości ogółu funkcjonują na zasadzie "to oni jeszcze żyją?!". Robi się z tego trochę takie podejście nakolannikowe - pojawiają się recenzje 10/10, uwypuklanie plusów, pomijanie minusów i inne typowo fanowskie zabiegi. Z resztą sam uległem temu syndromowi w recenzji InFinite sprzed 3 lat, bo jednak jest w tym wiele prawdy. Jesli zespół jest na scenie od pół wieku, każda płyta, każda kolejna trasa może być tą ostatnią. A przecież TAKICH zespołów jest coraz mniej. Dlatego "głaszczemy".

Pierwszy singiel z tegorocznej płyty Deep Purple, Throw my bones, pojawił się kilka dni po zamknięciu nas w domach przez władców tego świata w ramach tak zwanego "lockdownu" i...nie zachwycił. Ładna piosenka, ale - znów fani - gdzie Hammondy, gdzie ciężar? Co to za solo gitary typu "kopiuj-wklej"? W końcu gdy w 2017 pojawiła pierwsza zapowiedź Infinite, głośniki aż rozsadzała energia i moc (mowa o Time for Bedlam oczywiście). Co to będzie? Druga próbka pognębiła tych jeszcze wierzących. Man Alive to jeden z najbardziej eksperymentalnych kawałków Purpury od dawna. Melodeklamacja, fragmenty jakby wyjęte z jakiegoś filmu, brak chwytliwej melodii - zapowiadało to wszystko katastrofę.

W końcu jednak, opóźniona o dwa miesiące (thanx to Coronavirus), pojawiła się dwudziesta pierwsza studyjna płyta Deep Purple Whoosh!. I jak jest? Nie tak źle jak się zapowiadało!

Ustalmy od razu - poprzednik ustawił poprzeczkę dość wysoko i niestety nie udało się jej przeskoczyć ani nawet dotknąć. Na Whoosh brakuje choćby jednego killera, poprzednio mieliśmy ich trzy, a może i cztery. Utworu, który choć nie przejdzie do historii rocka (bo to nie te czasy), to powoduje szybsze bicie serca i przyjemne mrowienie na skórze. Tym razem, zgodnie z zapowiedziami zespołu, jest bardziej piosenkowo, utwory są bardziej zwarte (i jest ich więcej). 

Whoosh na pewno można pochwalić na nieskazitelną produkcję Boba Ezrina i jak zawsze absolutnie najwyższy poziom instrumentalny oraz - tu zawsze można mieć obawy, bo wiek... - wokalny. Gillan odnalazł się w "nowym" sposobie śpiewania, nie forsuje górek, raczej porusza się w rejestrach niższych, przez co jego 75 lat nie ma aż takiego znaczenia. Tak jak na poprzedniej płycie bryluje Don Airey, który ma ten szczególny dar, dzięki któremu z nawet przeciętnego pomysłu muzycznego jakąś zagrywką, szczegółem, brzmieniem wyciągnie to, co najlepsze. Plus oczywiście nienaganne solówki hammondowe oraz fortepianowo-syntezatorowe. Jego partia solowa w Nothing at all to prawdziwy majstersztyk!

Jeśli jesteśmy już przy tym numerze, to trzeci singiel z Whoosh!  jest chyba najbardziej zapadajacym w pamięć fragmentem płyty. Przepiękna, sielska melodia wiodąca, gdzie Steve i Don cudownie przeplatają muzyczne myśli, wyluzowany śpiew Gillana i wspomniana solówka hammondowa (przywodząca na myśl stare progresywne zespoły pokroju Ekseption) powodują, że z przyjemnością wracam do tego utworu.

Oprócz tego jest tak, że jak gra, to jest fajnie, a jak przestanie to niewiele zostaje w głowie.  Niezły bridge w Drop the weapon; damsko-męskie chórki zaakcentowane śmielej niż na jakiejkolwiek wcześniejszej płycie Purpli; intro i outro oraz intrygujący klimat Step by step; rock and rollowy, wypełniony tekstowymi cytatami niczym Speed King, What the What (na zasadzie, że "fajnie grają", a nie że to wybitny kawałek);syntezatorowe solo w Long way round. Jest też fajna miniaturka, służąca jako wstęp do Man alive - Remission possible. Mogłaby się z powodzeniam przerodzić w jakiś pełnokrwisty instrumental, a tak to tylko minutka i do domu.

Całość wieńczy (no prawie, bo mamy jeszcze swego rodzaju bonus) nagranie, które 52 lata temu rozpoczęło płytową karierę Deep Purple - And the adress. Swoista klamra? Pożegnanie? Jak podkreślają sami muzycy, w tym wieku każda płyta może być ostatnia. "Nabrali" nas trochę trzy lata temu (tytuł płyty i trasy zwiastował pożegnanie), ale jednak pociągnęli temat dalej. I chyba faktycznie warto przymknąć oko na pewne mankamenty i cieszyć się takimi, jacy są. Bo przy wszystkich mankamentach Whoosh! to jednak kawałek solidnego grania. Coraz rzadziej występującego w przyrodzie.



środa, 24 maja 2017

Deep Purple - The Long Goodbye Tour - Atlas Arena, Łódź, 23.05.2017 - relacja

Deep Purple to jeden z tych zespołów, które w Polsce zawsze mogą liczyć na przychylność publiczności. Trasa Long Goodbye Tour, w zamyśle pożegnalna, obdarzyła nasz kraj aż dwoma koncertami, co w minimalnym stopniu odbiło się na frekwencji w łódzkiej Atlas Arenie - w końcu ci z południa kraju  mieli bliżej do Katowic. Nie było jednak źle, choć oczywiście marketingowcy zdobyli na pewno trochę duszyczek podkreślając na każdym kroku, że "to już ostatni" raz, choć oczywiście co lepiej obeznani w temacie fani domyślają się, że zespół prawdopodobnie jeszcze do nas wróci.

Nie ma co jednak czarować - okręt pod purpurową banderą kieruje się powoli ku portowi przeznaczenia. Czy zajmie mu to jeszcze rok, trzy czy pięć - żyjemy w momencie pożegnania Głębokiej Purpury ze sceną. Jest to jeden z tych zespołów-symboli, choć przechodzący wiele zmian składu, to jednak o rozpoznawalnym, charakterystycznym brzmieniu i tej specyficznej energii, właściwiej tylko zespołom TAMTYCH lat.  Nie ma i nie będzie już takich zespołów.

Mam świadomość, że moje pisanie o Deep Purple jest nacechowane mocną subiektywnością. Raz, że od małego był to mój ulubiony zespół i nawet obecnie, mimo lekkiej korekty gustu muzycznego, pozostaje w absolutnym topie wszechczasów. Dwa - Memoriał Jona Lorda, który powoduje, że co roku obcuję z tą muzyką wyjątkowo blisko. Trzy, że tych Purpurowych koncertów trochę już zaliczyłem i moje spojrzenie choćby na kwestie setlisty na pewno różni się od spojrzenia osoby postronnej, która po prostu poszła "na koncert".

A setlista, przyznać trzeba, może nie zaskoczyła, ale na pewno mogła zadowolić bardziej niż te z kilku ostatnich lat. Co prawda nie da się uciec od Smoke on the water i Black Night, ale cztery numery z InFinite i dwa z Now What?! spowodowały, że nagle 1/3 zagranych tego wieczoru utworów to były nowości. Od razu muszę dodać, że utwory z najnowszej płyty wypadły po prostu świetnie. Dobrze odnajduje się w nich Ian Gillan (bo dopasowane są do jego obecnych możliwości wokalnych), a same w sobie są po prostu "bardzo fajnymi kawałkami". Nawet wyklęty przez większość, niemal popowy Johnny's Band, zabrzmiał w Łodzi porywająco. I mówcie co chcecie, ale refren tego drobiażdżku jest po prostu doskonały. A otwierającego całość Time for Bedlam i umieszczonego w środku setu The Surprising słucha się właściwie tak wybornie, że  kolejna wersja Highway Star naprawdę nie była nam potrzebna (zespół zresztą pomyślał tak samo i ten kawałek pominął).

Oprócz tego było klasycznie - Lazy, wspomniane wyżej Smoke... i Black Night, Perfect Strangers, Hush, Bloodsucker, Fireball i kilka innych...purpurowa jazda obowiązkowa. Przyznam szczerze, że o ile ograny do nieprzyzwoitości Smoke po prostu mnie już nie grzeje, to takiego Hush, dzięki bardzo intensywnemu dialogowi gitarowo-organowemu w środku, mogę słuchać zawsze i wszędzie. Generalnie Purpura stoi teraz instrumentalistami, z których prym wiedzie Don Airey. Pełno go wszędzie i dzięki urozmaiconemu zestawowi zabawek klawiszowych jest w stanie zaciekawić nawet gitarowych fetyszystów, którzy najchętniej podkręciliby głośniej gitarę Steve'a Morsa. Ten, nie wiem czy z powodu narastających problemów z ręką, czy świadome, troszkę usunął się w cień. Nadal jednak jest to, wraz z sekcją Glover-Paice, świetnie naoliwiona, choć wiekowa, maszyna. Najsłabszym ogniwem pozostaje, z racji wieku, Ian Gillan, ale - o dziwo - tego wieczoru radził sobie nadspodziewanie dobrze. I choć wysokie rejestry dawno poszły w zapomnienie, a niektóre partie "dośpiewuje" za Iana gitara, to przyznać należy, że naprawdę był to wokalnie całkiem dobry występ (a pamiętajmy, że Gillan w tym roku kończy 72 lata).

Jaki był więc to koncert? Na pewno nie było atmosfery pożegnania i  w tym kierunku gestu nie uczynił. Dostaliśmy naprawdę solidne 100 minut klasycznego hard rocka, od zespołu, który powstał 50 lat temu. Zespołu, który w tym roku wydał swoją 20. studyjną płytę, na którą trafiło kilka naprawdę świetnych kawałków. Zespołu, który nadal ma tę iskrę złotych lat 70., mimo że jego członkowie albo już przekroczyli albo właśnie dobiegają do siedemdziesiątki. W momencie, kiedy Polska żyje sporem o festiwal w Opolu, ci panowie proponują MUZYKĘ. Energię, polot, kunszt i jakość, z którą nie mógłby się równać żaden wykonawca wspomnianego "święta polskiej muzyki". 

Nie jest to ten sam zespół, który czarował specyficzną magią i atmosferą nieprzewidywalności za czasów Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda. Tamten duet tworzył MAGIĘ Purpury. Jej już nie ma, bo tacy muzycy rodzą się raz na 1000 lat,a ich spotkanie jest jak zderzenie absolutów. Nadal jednak pozostaje coś wyjątkowego, ulotnego. Ot, choćby w szczegółach, kiedy Don Airey gra swoje solo przed Perfect Strangers i wplata charaktersytyczne dla danego kraju motywy (u nas Chopin i doskonale podchwycona przez publikę Szła dzieweczka do laseczka). Albo gdy pojawia się uotnie piękna, gitarowa introdukcja do Uncommon Man. Takich rzeczy już się nie robi. Kolejne pokolenia mają już inną wrażliwość, a ludożerkę karmii się męskimi graniami. Na tym tle Deep Purple zawsze byli wyjątkowi. Szkoda, że to się kończy. Następców brak.



P.S. Jako support wystąpił kanadyjski Monster Truck. Przyjemny stoner pod nóżkę, dość ciepło przyjęty przez publiczność. Taki z kategorii do sprawdzenia.

piątek, 7 kwietnia 2017

Deep Purple - InFinite (2017) - recenzja

Aż trudno uwierzyć ale w przyszłym roku minie pół wieku istnienia Deep Purple. Panowie powoli żegnają się ze sceną (choć na szczęście będzie to długie pożegnanie), ale cieszy fakt, że mają jeszcze chęci i energię do tworzenia nowej muzyki (co w poprzedniej dekadzie nie było takie oczywiste, a Ian Paice otwarcie mówił, że nie mają motywacji do pracy w studiu, skoro płyty tak słabo się sprzedają). Sukces wydanej w 2013 roku Now What?! dodał jednak zespołowi skrzydeł. Na co więc stać Purpli AD 2017?


Przede wszystkim otrzymujemy płytę bardzo krótką. Łącznie 45 minut materiału, a jeśli odliczyć cover Roadhouse Blues, to zostanie 39. Czas ten zagospodarowany jest jednak bardzo ciekawie
i momentami zaskakująco. Nie wszystko na tej płycie jest w pełni udane, ale...w przypadku, nie bójmy się tego określenia, dinozaurów rocka MUSIMY inaczej patrzeć na nowe wydawnictwa. To nie są już 20-to letni młodzieńcy z głowami, które aż buzują od świeżych pomysłów. Mamy na talerzu owoc pracy muzyków, którzy największe artystyczne sukcesy osiągali na przełomie lat 60. i 70 XX wieku, a obecnie część z nich jest już w wieku emerytalnym. Należy także pamiętać o tym, że jednak artyści i ich propozycje przez pół wieku mogą się jednak zmienić. Jeśli ktoś oczekuje po tych panach kolejnego Highway Star czy Smoke on the water, to niech po prostu InFinite nie słucha.

Płyta ma 4 bardzo mocne punkty, z czego dwa poznaliśmy w postaci singli jeszcze przed premierą całości. Time for Bedlam zachwyca pędem przypominającym mocno klasyczne Pictures of Home, a także intryguje mocno antysystemowym tekstem Gillana (Sucking my milk from the venomous tit of the state/This clearly designed to suppress every thought of escape). All I Got is You to po prostu perełka. Zaczyna się reminiscencją z introdukcji do Cascades: I'm not your lover, mamy też bardzo melodyjne, melancholijne zwrotki (i dwa przekleństwa Gillana;) i pełen furii riff. Ciekawie gra tu Don Airey - syntezatorowe solo, które może irytować "metaluchów", jest miłym urozmaiceniem. Dla wielu najmocniejszy punkt płyty to The Suprising. Jest epicko (znów balladowy, piękny początek i mocniejsze rozwinięcie) i progresywnie (utwór poskładano z kilku motywów,a w środku pojawia się nawet część quasi-fimowa). Nie są to absolutnie "typowi Purple". No i czwarty - Birds of Prey. Za sprawą bębnów na początku trochę Zeppelinowaty, potem znów zahaczający o krainy progresywne (riff bardzo w stylu Rush!). Mam nieodparte wrażenie, że Steve Morse pilnie odrabiał lekcje na sesje z Flying Colors - końcówka tego utworu należy do niego i jest to typowe, epickie, "wykańczające" solo na orkiestrowym podkładzie klawiszy, w jakich lubują się panowie Neal Morse i Mike Portnoy. Szkoda, że zostaje wyciszone.

Z rzeczy bardzo ciekawych, trochę drobniejszych, lecz niewiele ustępujących czterem wyżej przedstawionym utworów są jeszcze oparty na bardzo "abandonowatym" groovie One Night in Vegas, w którym ciekawostką jest brak konwencjonalnego refrenu. Jego rolę z powodzeniem przejmuje jednak świetna, bardzo melodyjna zagrywka Aireya. No i mój osobisty, mały plusik za podkład do solówek - zaczerpnięty jak żywo z genialnego Doing it tonight (pewnie nieświadomie)! No i jeszcze ten fortepianowy pasażyk Dona na końcowym riffie - kolejny smaczek, który sprawia, że ten trwający 3:23 utwór jest po prostu wciągający. Z kolei Johnny's Band to bardzo popowa jak na ten skład propozycja z bardzo funkującym, jajcarskim riffem (który zalatuje trochę czasami...Come Taste the Band!). Melodyjny, acz nienachalny refren "robi" ten utwór. Znów ciekawostka - intro bardzo w stylu Losing my strings z Purpendicular. Niby nic, ale kawałek ma w sobie bardzo pozytywną energię i melodię.

To według mnie najmocniejsze punkty InFinite. Pozostałe trzy autorskie kawałki nie przekonują mnie przede wszystkim pod kątem melodii, aczkolwiek nie są to rzeczy złe albo fatalne - instrumentalnie jak zwykle Purple lśnią, jednak nie ma tu nic "ekstra", co wyróżnia wyżej wymienione pozycje, szczególnie właśnie pod kątem melodyki - trochę przypominają materiał z Abandon, gdzie zespół starał się "przygrzmocić",  zapominając jednak, że piosenka powinna zostawać w głowie słuchacza. W On the Top of The World wyróżnić można sposób prowadzenia i melodie zwrotek -  przypominają mi...Anyone's Daughter z Fireball (1971!). Tym niemniej nieźle się tego słucha choćby pod kątem instrumentalnym.

Płytę kończy cover, którego mogłoby nie być. Roadhouse blues to numer ograny na przestrzeni kilku dekad w tę i z powrotem, wersja Purpli nie wnosi do tematu nic nowego ani ciekawego. Ot, weszli do studia, pobawili się i poszli. Fajnie byłoby usłyszeć w tym miejscu jeszcze jeden autorski numer, ale skoro tak zespół sobie wymyślił, to niech tam będzie. Choć solówki oczywiście mile łechtają ucho.

Dwudziesta studyjna płyta Deep Purple nie zawodzi. Jak napisałem wcześniej - trzeba do tej muzyki podejść z otwartą głową. Panowie uprawiają rocka zupełnie innego niż 40 lat temu, zachowując jednak charakterystyczne dla stylu elementy. Kombinują z formami (The Suprising, Birds of Prey), brzmieniem (szczególnie Airey - więcej tu solówek syntezatorowych niż na poprzednich płytach Purpli; Paice zaś w paru momentach brzmi mocno...Zeppelinowato). Głos Iana Gillana brzmi pewnie mimo 70. na karku. Słychać, że nauczył się korzystać w pełni ze swoich obecnych możliwości - nie ma tu absolutnie rozpaczliwych prób popisów "w dawnym stylu").  Jeśli okaże się, że to ostatnia płyta Purpli - będzie to zakończenie kariery na wysokim poziomie. Jedni z ostatnich z wymierającego gatunku starzeją się godnie.


poniedziałek, 5 września 2016

4. festiwal Kielce Rockują - Nick Simper & Nasty Habits/Focus - Kielce, Kieleckie Centrum Kultury. 4.09.2016

Wspaniała inicjatywa, trochę szkoda, że słabo nagłośniona medialnie. Bo żebym o koncercie Focus i pierwszego basisty Deep Purple, Nicka Simpera, dowiadywał się kilka dni przed wydarzeniem od znajomego? A przecież niemal codziennie śledzę zapowiedzi koncertowe w portalach muzycznych....no właśnie! Patrzę właśnie na największy portal "progresywny" w Polsce - cisza. Strony zajmujące się muzyką rockową - cisza. Żadnej notki, żadnej zapowiedzi. Jedynie lokalne kieleckie media należycie informowały o wydarzeniu. Takie czasy - "dziennikarze" nic od siebie nie dadzą, zero wysiłku - najwyżej kopiuj-wklej z notki przesłanej przez organizatora. A jak nie wyśle - to nic nie będzie.

Godny odnotowania jest fakt, że wstęp na koncerty (festiwal trwa 3 dni) jest darmowy. Ze słów konferansjera wynikało, że całość jest finansowana z budżetu miasta. Fajnie, nie? A popatrzcie na program:


Nurt, Wishbone Ash, Władysław Komendarek, Nick Simper, Focus - z publicznych pieniędzy? A gdzie disco polo? W dobie kolejnych "powitań" i "pożegnań" lata w rytmie wieśniackich porykiwań, taka inicjatywa jest godna nie tyle pochwały, ile gorących oklasków na stojąco.

Jak widać z tytułu wpisu, załapałem się na ostatni wieczór festiwalu, który z mojej perspektywy wydawał się najciekawszy (choć Wishbone Ash w wersji Martina Turnera zagrali podobno pięknie). Na początek półgodzinna obsuwa - zespół Nicka Simpera dojechał z dwugodzinnym opóźnieniem i do ostatniej chwili robili próbę. Czekającą przed wejściem do sali publiczność organizatorzy informowali o stanie rzeczy w miarę na bieżąco, co pozwoliło uniknąć częstej w takich sytuacjach nerwowości. Wreszcie drzwi stanęły otworem i zaczęło się polowanie na miejsca (nie były numerowane). Tych jednak starczyło dla wszystkich - niestety sala nie była wypełniona w 100%. Być może skutek słabej reklamy, bo nie chcę wierzyć, że brakowało chętnych na taki wieczór - po prostu o nim nie wiedzieli.

Nicka Simpera i Nasty Habits widziałem już w 2009 roku w Płocku. Ówczesny polski fan-club Deep Purple zorganizował taką na wpół prywatną imprezę w tamtejszym Domu Technika. Pamiętam salę, która bardziej nadawała się na wesele niż na rockowy koncert, okrągłe stoły i zupełny brak oświetlenia. Repertuar tamtego koncertu oparty był wyłącznie na materiale z pierwszych trzech albumów Deep Purple (i jednym coverze Doorsów), tym razem artyści, oprócz purpurowej i...doorsowej klasyki. zaserwowali nam trzy autorskie kompozycje. Oczywiście coś za coś - z repertuaru wyleciało m.in Kentucky Woman, które w Płocku zabrzmiało znakomicie. I właściwie wspomnienia tamtego koncertu należałoby zachować i ich nie psuć - no ale któż mógł wiedzieć co nastąpi?
zdj: echodnia.eu


Do gry Nicka nie można mieć zarzutu - to nadal te stylowe, urocze linie basowe z drugiej połowy lat 60. Te same, za które został usunięty z Deep Purple, kiedy to Blackmore stwierdził, że jego gra jest zbyt staroświecka na nowe potrzeby zespołu. Sam artysta uśmiechnięty i zadowolony, mimo siedemdziesiątki na karku scena nie jest dla niego terenem walki o przetrwanie, a raczej dobrej zabawy. Wokalistę Christiana Schmida zastąpił, występujący m.in na kilkunastu koncertach Jona Lorda, węgier Attila Scholtz. To tak zwana dobra zmiana, bo choć Christian był lepszym showmanem, to Attila dysponuje naprawdę mocnym, ciekawym wokalem, który fajnie wpasował się w stylistykę utworów z pierwszego okresu działalności Deep Purple. 

Przykro mi to pisać, ale reszta zespołu to dramat. Gitarzysta grający utwory z lat 60. "na metalowo", z chamskim przesterem i brakiem wyczucia, klawiszowiec popełniający elementarne błędy...i przecież tego Korga można było podłączyć do stojącego obok Leslie, przygotowanego dla Thijsa van Leera, a nie puszczać w linię....ale nie, nie będę się wyżywał. Bo nie o to chodzi. A przecież to ten sam skład, który występował w Płocku, z którego to koncertu mam miłe wspomnienia...a może pamięć już szwankuje? 

Podsumowując koncert Nicka Simpera, to było miłe spotkanie z żywą (dla niektórych) legendą, jednakże mocno popsute przez grający z nim skład. Oczywiście repertuar mocno te niedogodności wynagradzał - same cudowności z płyt MK 1. Wring that Neck, Mandrake Root, Emmaretta, Painter, Lalena, Bird has flown....wszystkie z delikatną, ale jakże orzeźwiającą dawką solówek
i improwizacji. A na sam koniec: "na na na na Hush!", który - jak można się domyślać - poderwał publiczność na nogi. Do plusów zaliczyć można także brzmienie basu Nicka, tak zwiewnie kojarzące się z latami 60. No gdyby nie ten zespół....


Krótka przerwa i na scenę dostojnym, aczkolwiek radosnym krokiem wmaszerowuje Thijs van Leer. Człowiek też już w słusznym wieku, a jeszcze bardziej słusznej postury, z bezkompromisowo zawieszoną na szyi saszetką turystyczną ,w koszulce swojego własnego zespołu, luźno zwisającej koszuli i okularach o bardzo grubych szkłach...siada za Hammondem, bierze do ręki flet poprzeczny 
i zaczyna grać. O, i tak rozpoczyna się magia. Za chwilę pojawiają się pozostali członkowie Focus, w tym jeden z najsłynniejszego składu - perkusista Pierre van der Linden - i dwóch "młodzieniaszków". Gdy w czasie House of King najpierw siada piec gitarowy,  a zaraz potem Hammond (który ponoć już podczas próby dźwięku stroił fochy, jak na model B3/C3 przystało), wydaje się,  że koncert jest stracony. Sam mega pozytywny Thijs wydaje się zniesmaczony (it's ridiculous - rzuca, a obsługa techniczna jakoś nie kwapi się do natychmiastowej pomocy). Jednak po chwili, także dzięki pozytywnej reakcji publiczności, wszystko wraca na swoje tory.
 
zdj: fanpage Kielce Rockują

Różnicę klasy pomiędzy muzykami z obu składów słychać po pierwszym takcie. Patrząc na gitarzystę Menno Gootjesa nie powiedzielibyście, że gra jazz, bo wygląda jakby urwał się z jakiejś punkowej ekipy, Londyn, circa 1977 rok.
A jednak on i basista Bobby Jacobs (pasierb lidera) dodają do zespołu naprawdę sporo jazzowego szaleństwa, które uwydatni się w pełni w partiach solowych, wypływających bezpośrednio z Harem Scarem. Także van der Linden będzie miał sporo do powiedzenia w swojej solówce. Oj, młodszy o dwa lata Ian Paice mógłby pozazdrościć tej energii i dynamiki!
Nad wszystkim króluje lider,  Thijs van Leer. Choć z upływem lat jego gra na flecie straciła odrobinę tego tullowego szaleństwa i stała się bardziej liryczna, to sceniczna charyzma i humor pozostają nietknięte. Dyrygowanie publicznością zza Hammonda, "głupie" miny, gesty i oczywiście charakterystyczne jodłowanie - to wszystko dostajemy w pakiecie. Nie wiem ile ten koncert trwa-jeden utwór stapia się z następnym, tworząc jedną, długą, w większości instrumentalną suitę. Muzyka unosi, a gdy zamykam oczy, czuję się jakby przeniesiony do lat 70. i jest mi nadzwyczaj błogo. Całe (23 minuty, to sprawdzałem) Eruption, magiczna Sylvia, fragmenty z mojego ulubionego LP Hamburger Concerto, brzmią nadzwyczaj bogato, świeżo, a jednocześnie zachowują posmak TAMTYCH lat. Z klasycznymi dźwiękami bardzo udanie mieszają się te nowsze, jak choćby All Hens on Deck z Focus X. A zagrane na koniec Hocus Pocus to oczywiście  euforia publiczności i owacje na stojąco. Gdy trakcie zaprezentowanego na bis medleya Focus III/Answers? Questions! Questions? Answers! Thijs mówi, że w Kielcach czują się jak w domu, że jest im tu po prostu dobrze, to jestem w stanie mu uwierzyć.
Po koncertach można było bez problemów i typowego "wyczekiwania" zrobić sobie zdjęcie z artystami i zdobyć autografy - ot, wszystko ładnie zorganizowane i przystosowane do potrzeb słuchaczy, których większość była niewiele młodsza od obu liderów.
Z tego miejsca chciałbym szczerze pogratulować organizatorom tak udanej imprezy i sprawnego jej ogarnięcia. Oby takie inicjatywy nie zanikały. Serce rośnie, gdy człowiek uświadamia sobie, że (jeszcze) nie wszystko w tym kraju diskiem z pola malowane. Chociaż przy wjeździe do Warszawy wita billboard
z zapowiedzią "tanecznego Narodowego".

środa, 17 sierpnia 2016

Made in Japan 40 lat póżniej...4 lata później, czyli jak rodził się Memoriał Jona Lorda

Cztery lata temu, 17 sierpnia 2012 w Amfiteatrze Bemowo, odbył się koncert upamiętniający czterdziestolecie słynnych japońskich koncertów Deep Purple. A także pierwszy na świecie koncert-hołd dla Jona Lorda, zmarłego miesiąc wcześniej hammondzisty i współzałożyciela tego zespołu. Jeszcze wtedy bez nazwy Memoriał Jona Lorda, zapoczątkował ważną, przynajmniej dla niektórych, tradycję.

Droga do pierwszego Memoriału nie była łatwa. Pierwszy raz pomysł zagrania w całości Made in Japan Adam Panasiuk przedstawił mi około marca tego roku. Idea była ciekawa: po pierwsze kreatywne upamiętnienie rocznicy legendarnego dla fanów rocka sierpnia '72, po drugie rodzaj reunion zespołu Panteon, który rozpadł się pół roku wcześniej. Adam był wtedy uroczym ideowcem i gorąco wierzył w to, że ja i gitarzysta Kamil Wysocki powinniśmy grać razem, ponieważ tworzymy duet rzadko spotykany. Co prawda Panteon rozpadł się w atmosferze niesnasek i pretensji, ale próbując nie chować długo urazy przystałem na pomysł. Adam zorganizował miejsce i plakat i droga wydawała się otwarta.


Początkowo nie chciałem angażować się w wydarzenie organizacyjnie. Nie miałem doświadczenia, właśnie urodził się mój syn, cała rodzina przeprowadzała się do nowego mieszkania, a ja byłem w trakcie nagrywania Ambiwalencji z Maćkiem Dłużniewskim, która to współpraca dawała mi nieźle w kość. Widząc jednak konieczność promocji ciekawej idei zająłem się częścią PR-ową. Informacje o koncercie powoli rozprzestrzeniały się po Internecie, nie mieliśmy jednak ani patronów medialnych ani sponsorów. Do przygotowania została część muzyczna. 


Patrząc na całość z perspektywy czterech lat, zdobytego doświadczenia i większej (czego nie potwierdzają moje ex) dojrzałości, uświadamiam sobie, że ten koncert nie miał prawa się odbyć. Jakoś na początku czerwca spotkaliśmy się w sali prób, by nagrać promujące wydarzenie Highway Star oraz Smoke on the water. Oprócz składu szykowanego na koncert (Adam Panasiuk - wokal, Kamil Wysocki - gitara, Maciej Kożuszek - perkusja i moja skromna osoba - instrumenty klawiszowe) w nagraniach uczestniczył także Błażej Grygiel - bas. Na miejscu okazało się, że nie dość że perkusja (własność Maćka) jest mocno zdekompletowana (element stopy, bez którego efektywnie grać nie da rady, pękł ze starości - pamiętam zakończony sukcesem, szaleńczy rajd po okolicznych spawaczach, którzy pomogli ów element naprawić), to jeszcze sam muzyk niezbyt kojarzy zadany materiał. Cóż, byłem pewien, że będac pod skrzydłami deklarującego dozgonną miłość do purpury Wysockiego, będzie przygotowany przynajmniej do tego nagrania. Niestety, zespół Echo (którego obaj panowe byli wtedy filarami) miał wówczas bardzo duże ciśnienie na nagranie własnej płyty i ogólnie rzecz mówiąc sukces, a że zobowiązali się do czegoś...no cóż, TO mogło poczekać. 
Po kilku godzinach zmagań wysmażyliśmy coś takiego:


 


Muszę stwierdzić, że mimo nieświadomości granych nutek, perkusista rodzi sobie całkiem dobrze - cóż, trzeba przyznać, że był z niego kawał świetnego muzyka. Co dawało nadzieję na ciekawy efekt końcowy. Niestety, była to jedyna próba owego składu...mijały kolejne dni, tygodnie, a muzyków Echa do pracy zagnać się nie dało. A to obowiązki, a to letnie wyjazdy, a to odwiedziny cioci(!). To ostatnie, o ile pamiętam, przelało moją czarę goryczy. Nagle zrobił się koniec lipca...w połowie miesiąca otrzymaliśmy druzgocącą wiadomość o śmierci Jona Lorda, co oczywiście z automatu tylko podbiło wagę tego koncertu. Moja uwaga, że jednak są sprawy ważne i ważniejsza spotkała się z wielkim fochem i...zakończeniem współpracy przez Kożuszka, a co za tym idzie Wysockiego (lojalność!). To nie był jedyny powód, bo nerwowość w relacji "my" (Adam, ja) i oni (Kamil, Maciek) gromadziła się od jakiegoś czasu, choćby w fakcie opłat za salę prób. Ponieważ zespół Echo wynajmował salę na zasadach wyłączności, płacąc comiesięczny czynsz, założyłem (błędnie), że jej udostępnienie - dla nich zupełnie bezkosztowe, bo płacili tak czy inaczej - będzie ich wkładem w ten koncert. Adam włożył sporą, jak na ówczesne możliwości, gotówkę w sprawy organizacyjne, ja poświęciłem naprawdę konkretną ilość czasu na pisanie, mailowanie i promowanie koncertu, a w końcu to wspólna sprawa. Myliłem się. Do dziś mam w telefonie niemal wzywającego do zapłaty SMSa od Maćka....

...And Then There Were Three....

Na około 12 dni przed koncertem zostaliśmy bez gitarzysty i perkusisty (pozycję basisty zajął występujący wcześniej w Delhy Seed Miłosz "Zeus" Cierebiej). Co gorsza, także bez pomysłów na rozwiązanie problemu. Znajomości w branży miałem wtedy nikłe, nie było chyba nawet jeszcze facebookowych grup w stylu "szukam muzyka". A znajomi, którzy przyszli mi do głowy, byli albo z planami (koncert miał się odbyć w środku długiego weekendu, w środku sierpnia, w Warszawie - genialny termin:) albo bez chęci. Dramat wisiał w powietrzu i chociaż wrodzona ambicja absolutnie wykluczała odwołanie wydarzenia, robiło się coraz mniej ciekawie.

Co tu dużo mówić: dwa strzały. Mój - Kuba Mikulski. Adama - Robert "Kazon" Kazanowski uratowały to przedsięwzięcie. Ludzie, którzy 10 dni przed koncertem zgodzili się zagrać ten materiał na zasadzie przygody...wariaci? Kuba uwielbiał Purpli od dawna, pisał o nich nawet pracę licencjacką, a jako szkolony bębniarz na szczęście znał materiał i w dużej mierze formy utworów. No i nie miał planów na długi weekend. To uratowało nam tyłki! Kazon z kolei nie słyszał wcześniej nic ponad Smoke on the water i chyba Highway Star....ale, jak sam potem przyznał, spodobało mu się szaleństwo tego pomysłu.

Ile prób zdążyliśmy odbyć? Cztery...może pięć. Nie zagraliśmy tego materiału w całości ani razu, a część fragmentów, głownie improwizowanych, ustalaliśmy na zasadzie "jakoś to będzie". Czas gonił nas okrutnie. I tak skład:

Adam Panasiuk - wokal
Łukasz Jakubowicz - instrumenty klawiszowie
Robert "Kazon" Kazanowski - gitara
Miłosz Cierebiej - bas
Jakub Mikulski - perkusja

17 września 2012 wszedł na scenę bemowskiego Amfiteatru.







Szaleństwo...pycha...ale przede wszystkim nieskrępowana niczym miłość do muzyki sprawiły, że ten koncert jednak się odbył. Bo według wszelakich prawideł nie powinien. Jak prawie dwugodzinny występ, wypełniony muzyką z albumu najbardziej kultowego z kultowych, zagrać ma skład, który poznał się ledwie kilka dni wcześniej, który nigdy wcześniej nie wystąpił razem na scenie, którego członkowie nie mieli wtedy aż tak dużego doświadczenia (popularność kazonowego Night Mistress vel Nocnego Kochanka miała dopiero nadejść) muzycznego? Porwać się na materiał, który nagrał zgrany do granic możliwości, genialny i legendarny Deep Purple Mark II? Nie dysponując nawet sprzętem "z epoki"? Czyste szaleństwo.

Co pamiętam z 17 sierpnia? Duże zaskoczenie frekwencją. Nie wiem ile finalnie osób pojawiło się w Amfiteatrze, ale przed koncertem mówiliśmy sobie, że sto to będzie dobrze...było dobre trzy razy więcej. Pamiętam wejście na scenę, Highway Star i burzę braw, która wybuchła zaraz po ostatniej nucie utworu. To dodało energii i niemal zaparło dech w piersiach. Na tyle, że zapomniałem o wyłączeniu przesteru w organach na pierwsze takty Child in time...Pamiętam szalone, rozpędzone Space Truckin, które powędrowało nam aż do 22. minuty. Miłosza depczącego swoją gitarę basową podczas totalnie improwizowanej solówki (tego nie było nawet w "ustnych" planach z prób!). Kazona nie wiedzącego jak zakończyć jedną z partii solowych i konsultującego ciąg dalszy z Adamem, który z kolei musiał skonsultować sprawę ze mną. Dziewczynę, która wpadła na scenę i uścisnęła naszego wokalistę...




Dziś, przeglądając archiwalne filmiki, zastanawiam się jak to się udało. Ale udało się! Następnego dnia otrzymaliśmy kilkadziesiąt niesamowicie miłych wiadomości z gratulacjami. Wiem, że było warto, chociaż znawcy i profesjonaliści mają się do czego przyczepić; sam zgrzytam zębami przy wielu fragmentach. Ale to był taki koncert, któremu wiele się wybacza. To jak bitwa 5 nie mających nic do stracenia rycerzy z siłami, wydawałoby się,  nie do pokonania. Bo i problemy organizacyjne, personalne, ogrom i status materiału muzycznego...a jednak z tarczą, mimo że poobijani!

Zawsze będę miał niesamowity sentyment do tego wieczoru. Wyszliśmy na scenę lekko podminowani, ale absolutnie bez kompleksów względem "starszych kolegów". Naiwność? Być może. Nieświadomi swoich ograniczeń po prostu graliśmy...pozwalaliśmy, by muzyka nas poniosła, tak jakby Jon nad nami czuwał i jakąś nieogarniętą przez ludzki umysł mocą nie dał zniszczyć tej idei. Moje solo w Space Truckin', choć pełne mielizn i muzycznych naiwności, oddaje w pełni tego niekrępowanego niczym ducha wolności...wiem, że teraz trudno byłoby mi zagrać coś podobnego, szczególnie mając za sobą "szkołę profesjonalizmu", która - mimo wielu zalet - niesamowicie skrępowała moją intuicyjność. Ale to chyba nie wina szkoły, lecz nauczycieli...

Tego wieczoru zakiełkowała także idea, którą rozwijamy do dziś pod postacią Memoriału Jona Lorda. I choć skład personalny uległ dużym zmianom (z tamtego składu pozostałem ja i Kazon, czego z racji jego zainteresowań muzycznych nie spodziewałem się - dziękuję:), a formuła koncertu wygląda dziś zupełnie inaczej, to właśnie cztery lata temu to wszystko się zaczęło.

Lazy
 

Space Truckin' - część I i II



                                     

Smoke on the water

                                     
.........................










piątek, 12 sierpnia 2016

V Memoriał Jona Lorda - koncert poświęcony pamięci klawiszowca Deep Purple

Ze "świętej trójcy" klawiszowców lat 70. został już tylko Rick Wakeman. W marcu 2016 pożegnaliśmy Keitha Emersona. Jon Lord odszedł w 2012 roku. To właśnie jemu poświęcony jest już piąty koncert z tego cyklu.

 Jak zwykle czeka nas solidna, ponad 3-godzinna dawka hard-rocka w wybornym wydaniu. Odwiedzą nas dobrzy znajomi: Grzegorz Kupczyk i Piotr Brzychcy, ale także "perfect strangers": po raz pierwszy mamy zaszczyt gościć jednego z największych fanów "purpury" w Polsce - Wojtka Cugowskiego (gitara/wokal), oraz wspaniałe, rockowe gardła w postaci Tomka Struszczyka (Turbo) i Łukasza Drapały (Chemia), a także odrobinę progresywnego posmaku w postaci Bartka Kossowicza (Quidam). Zapowiedział się także Sierściu z 4 SZMERÓW i...Anja Orthodox (Closterkeller).
Z Wojtkiem Cugowskim wystąpią muzycy zespołu BRACIA:
Tomasz Gołąb - bas
Jarosław Chilkiewicz - gitara,
Bartek Pawlus – perkusja.
Gospodarzem będzie grupa Made in Warsaw, dowodzona przez klawiszowca Łukasza Jakubowicza (m.in Ania Rusowicz, Panteon, Hippocampus). W składzie występują również: Robert "Kazon" Kazanowski z czołowego metalowego zespołu młodego pokolenia, Night Mistress (Nocny Kochanek), Darek Goc (Lorien), Błażej Grygiel (Hellectrecity) oraz Szymon Pawlak (Hippocampus)


BILETY: 30 zł w przedsprzedaży, 38 zł w dniu koncertu dostępne na stronie Palladium oraz serwisie e-bilet.pl, Ticketpro.pl oraz Empikach, sklepach Saturn itp.

W tym roku organizatorzy poszerzyli Memoriał o drugi dzień. 14 października w Club Rocku na ul. Kolejowej 8 członkowie Made in Warsaw wraz z Piotrem Brzychcym (Kruk) zagrają w całości repertuar płyty “On Stage” zespołu Rainbow oraz kilka innych, tęczowych klasyków Ritchiego Blackmore’a. Bilety na ten koncert będzie można nabyć w klubie w dniu koncertu w cenie 25 zł.
Stronę wydarzenia można na bieżąco śledzić na Facebooku 

KARNETY na 2 dni (Tribute to Deep Purple oraz Tribute to Rainbow) w cenie 50 zł możliwe do zarezerwowania u organizatorów: prosimy o kontakt na adres memorial(at)jonlord.art.pl


poniedziałek, 2 maja 2016

Ritchie Blackmore Story (DVD, 2015)

Dziś mniej typowo, bo o filmie dokumentalnym. DVD "Ritchie Blackmore Story"  premierę miało w listopadzie 2015, ale z powodów niekoniecznie wytłumaczalnych miałem okazję zaznajomić się z nim dopiero teraz.

Nie ukrywam, że z klasycznie rockowych gitarzystów to Blackmore jest mi najbliższy. We wszelakich rankingach "popularności" ustępuje Page'owi, Iommiemu, Hendrixowi i innym tuzom z tamtych złotych lat muzyki rockowej. Ba, wyprzedza go nawet Kurt Cobain, co za każdym razem wywołuje uśmiech politowania i sprawia, że epitety wobec tego typu zestawienień same cisną się na usta. Oglądając "Ritchie Blackmore Story" można odnaleźć odpowiedź na pytanie o ten stan rzeczy. Przede wszystkim Ritchie jest introwertykiem. Najjaśniejszy (dosłownie) przejaw jego ekspresji to słynny wybuch wzmacniaczy na California Jam (omówiony ze szczegółami w filmie). Bardzo spektakularny, ale nie mogący być papierkiem lakmusowym jego scenicznego wizerunku. Owszem, zdarzało mu się tu i ówdzie roztrzaskać na scenie gitarę i pomachać głową podczas ekspresyjnych solówek (widać to szczególnie w nagraniach z koncertów z  przełomu lat 60. i 70.), ale w późniejszych latach utarło się, że Ritchie to mruk i człowiek raczej skupiony na instrumencie, niż na umizgach wobec pierwszych rzędów fanów. W tym kontekście bardzo szybko przestał być "herosem" gitary. Oczywiście, wielu było i jest "mało ruchliwych" muzyków, którzy zawsze  i wszędzie są kochani, ale powiedzmy, że mowa ciała naszego bohatera zdradzała jego myśli i nastawienie. Jeśli obejrzymy nagrania z lat 60. i wczesnych 70, to wszystko wydaje się w porządku, aczkolwiek ostatnie 10 lat rockowego grania Ritchiego to raczej podkówka z ust i intensywne spojrzenia rzucane kolegom na scenie. Bardzo ważnym czynnikiem, wpływającym na pozycję gitarzysty w popkulturze, jest jego brzmienie. I tu jestem skłonny dopatrywać się przyczyn stosunkowo niskiej (chociaż oczywiście nadal jest to pierwsza pięćdziesiątka) pozycji Ritchiego w rankingach. Podczas, gdy większość mistrzów sześciu strun stawiało nacisk bądź na ciężar (Iommi i cała metalowa gromada), bądź na szeroko pojęty feeling i zagrywki (Clapton, Beck, Hendrix itd.), Blackmore przedstawiał wizję zupełnie odmienną. Bardzo ciekawy materiał poglądowy zapewnia bootleg Rainbow Extra Long, nagrany 3 listopada 1995 r. w Londynie. Nie dość, że przedstawia zespół w znakomitej formie (a Blackmore'a w wyśmienitym humorze, stąd "extra" długość koncertu), to jeszcze sposób nagrania uwypukla mocno partie gitary, co pozwala wsłuchać się w niuanse jego gry (aby zgłębić tajniki gry gitarzysty, warto też zajrzeć do tego poradnika). Nie jest to "typowa gra na gitarze", prawda? Nie mieści się w typowych kanonach, uznawanych przez niedzielnych słuchaczy rocka, dlatego większość nie jest w stanie rozsmakować się w jego grze. Szalę goryczy przechyliło wycofanie się Ritchiego z krainy rocka w 1997 r. i przywdzianie stroju minstrela u boku czarującej małżonki w Blackmore's Night. Ale, na szczęście, historia jeszcze się nie skończyła...

"Ritchie Blackmore's Story" daje nam półtoragodzinny wgląd w historię gitarzysty. Nie ma tu jakichś rewelacji, jeśli chodzi o treść i fakty - średnio obyty fan zna wydarzenia z California Jam czy Montreux na pamięć. Ci, którzy są po lekturze którejś z książkowych biografii Purpli, wiedzą jaki Ritchie potrafił być. Tym razem jednak mamy unikalną możliwość posłuchania tych wszystkich historii z ust samego mistrza. Dzięki temu dostajemy ostateczne potwierdzenie pewnych faktów, ale przede wszystkim widzimy jak Blackmore podchodzi do tych spraw po latach. Tak, jest już siedemdziesięcioletnim człowiekiem, ale błysk w oku i specyficzne poczucie humoru wcale go nie opuściły. Jest w nim wiele spokoju i dystansu, ale i niezachwiana pewność siebie i stuprocentowa wiara we własne czyny. Odpowiada na pytania, których unikał od bardzo dawna. Omawia chociażby trudną relację z Ianem Gillanem, nie szczędząc mu zarówno słów uznania jak i (zasłużonej) krytyki. Z ujmującą szczerością opowiada o tym, jak Gillan nie mógł wpasować się w jego oczekiwania co do stylu śpiewania i dlaczego już w 71. rozważał odejście (razem z Paicem) z Deep Purple. Dostaje się też m.in Grahamowi Bonettowi (za fatalną, "nierockandrollową" fryzurę) oraz samemu Dio. Bohater filmu nie oszczedza nikogo (kto choć trochę zasłużył), ale za to "goście specjalni", wypowiadający się o gitarzyście, nie szczędzą pochlebstw i laurek. Posłuchać możemy m.in Briana Maya, Steve'a Lukatera, Joe Lynn Turnera, wspomnianego Grahama Bonetta, Steve'a Vaia czy Joe Satrianiego (który mowi m.in o doświadczeniach w zastępowania Blackmore'a w Purplach). Jest niemal rodzinnie, ale nie czuję to jakiegoś nadmiernego lizodupstwa - Ritchie wielkim gitarzystą był/jest i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Szkoda tylko, że w dokumencie znalazło się tak mało fragmentów związanych z techniką gry i charakterystycznymi zagrywkami - ale też na zawartość muzyczną nie ma co narzekać, jest to końcu pozycja nie tylko dla muzyków. Miedzy poszczególnymi wypowiedziami dostajemy mniej lub bardziej znane fragmenty koncertów i teledysków zarówno wczesnych składów, w których rozgrzewał się Ritchie, jak i wiadomych zespołów. Jako bonus...jeszcze więcej wypowiedzi Ritchiego na najróżniejsze tematy. Całość jest jednak porządnie przemyślenia i ani przez chwilę nie nuży - myślę, że może być ciekawa nawet dla kogoś, kto kompletnie w tym klimacie nie siedzi.

Ot i tak - dobry dokument o ponadprzeciętnym muzyku i artyście. Warto zobaczyć przed koncertami Rainbow i...Tribute to Rainbow, które planowane jest w Warszawie na 14.10.2016.

----------------------------------------------------------
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00



niedziela, 1 listopada 2015

Katedra - "Zapraszamy na łąki" (2015)

Ta płyta brzmi jak nocny koszmar Anny Gacek i Kuby Galińskiego. I dlatego jest tak dobra.

Dawno, dawno temu, w latach 60. XX wieku, w kraju nad Wisłą ukuto pojęcie "big bitu". Do języka wprowadził je Ś.P. Franciszek Walicki, a chodziło generalnie o zmylenie władzy ludowej, której określenie "muzyka rockowa" średnio pasowało. Tak więc polska młodzież mogła grać swojski big bit (mocne uderzenie), a rock&rolla już nie. Ot absurdy PRLu, na szczęście w komediowym wydaniu.
Namnożyło się u nas wtedy tych big-bitowych artystów, bo mimo żelaznej kurtyny świeży powiew muzyczny z Wysp Brytyjskich docierał i do Polski. Byli więc Niebiesko-Czarni, Karin Stanek, Czerwone Gitary, wczesny Niemen, Halina Frąckowiak, Ada Rusowicz i wielu innych.

W XXI big bit wprowadziła ponownie na salony córka Ady Rusowicz, Ania, ze swoim albumem "Mój Big Bit" (2011). Chociaż już wcześniej próby nawiązania do retro przeprowadzała m.in Ania Dąbrowska, to powszechnie za królową "vintage" w Polsce przyjmuje się uważać właśnie Rusowicz, która otworzyła drogę takim wykonawcom jak Organek czy Natalia Przybysz. I choć można dyskutować czy twórczość wyżej wymienionych jest faktycznie powodowana prawdziwie artystyczną, vintage'ową duszą czy tylko zgrabnym przystosowaniem się do mody zapoczątkowanej przez koleżankę, faktem jest, że nareszcie zaczęto w Polsce grać bardziej po staremu (chociaż to temat na oddzielny wpis, traktujący o muzykach sesyjnych).

Ciągle jednak czegoś mi w tym brakowało. Może takiej 100% autentyczności w działaniu. Może braku zachowania naturalnego dla prawdziwej rockowej sztuki progresu, który wynikałby nie z liczenia pieniędzy, ale z prawdziwych poszukiwań, rozwoju. To, co miało miejsce na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia jest teraz nieumiejętnie kopiowane i to w wykastrowanej formie. W dodatku  wszystko przechodzi przez śliskie ręce "producenta, który niby się zna" (bo przesłuchał debiut The White Stripes) i tak naprawdę kreuje brzmienie artysty według obecnych mód. Na szczęście zupełnie inaczej jest z omawianym dziś zespołem.

Katedra to grupa przyjaciół z Wrocławia, którzy marzyli o tym żeby założyć zespół i im się udało, co już samo w sobie jest obecnie sztuką. Trafili nawet do znanego "talent show", gdzie dotarli ze swoją niezbyt modną muzyką do samego finału. Już wtedy poznaliśmy m.in rewelacyjną piosenkę "Zapraszamy na łąki", która rozpoczyna wydany kilka tygodni temu debiutancki LP pod tym samym tytułem.

Pierwszy numer to Katedra w pigułce. Czego tu nie mamy: zaczyna się mocnym akcentem przypominającym intro do Speed Kinga Deep Purple, zaraz potem wchodzi nalepowski riff, by po kilku sekundach oddać pola psychodelicznej zwrotce.  A tam w podkładzie czysty Exodus (ten polski). Pojawia się także mellotron na modłę The Moody Blues. Wszystko okraszone rasowymi chórkami w stylu Alibabek. A za chwilę dostajemy naprawdę mocarny, chwytliwy refren, w stylu Hush. A w tak zwanej "części C" (czyli bridge) mamy "exodusową" melodeklamację, która płynnie przechodzi w piękna, wzorowaną na Skaldach, harmonie wokalną. I to wszystko w jednym, niespełna 4-ro minutowym kawałku!

Na albumie trudno wskazać numer, który odstawałby od reszty, choć jeśli miałbym strzelać, to do lekko ciągnącego się Kiedy kochasz. Jednakże każdy utwór ma coś w sobie, a całość tworzy bardzo spójną całość, w której odnajdujemy co i rusz odniesienia do zespołów, które są dla Katedry ważne.

Nie śmiej się z miłości zaczyna się, niespodziewanie, dość nowocześnie - to są chyba te ślady Tame Impala, które zespół także podaje jako inspiracje. Zwrotkę pomysłowo podzielono na część "współczesną" i "big bitową", głównie za sprawą zmiennych brzmień klawiszy. Refren to już jednak totalny big bit. A urocza końcówka zawiera ciekawie ulokowane cytaty m.in z Beatlesów i Doorsów. Echa tych drugich usłyszymy też w pełnej czadu części instrumentalnej Strach i pragnienie. Z kolei  Kim jesteś czaruje partią gitary zagraną skrzypkiem połączoną z wokalizą przypominającą Wielki Ogień Breakoutu. W Czarnym szlaku mamy rasowy hard rock, który po półtorej minuty zmienia się w santanowską sambę z syntezatorem w roli głównej. Z kolei rodzimy Exodus (nie mylić z metalowym!) odnajdziemy ponownie, zarówno tekstowo jak i muzycznie, w Wolnym Elektronie. Pobrzmiewają też echa Uriah Heep (Pieśń o świcie) i wczesnej Budki Suflera. Miłym akcentem jest też gościnny udział Ani Rusowicz w Wicher wiele.

Co mi się w tej płycie podoba, to bardzo dobre wypośrodkowanie pomiędzy partiami wokalnymi a instrumentalnymi. Jednak posiadanie w składzie śpiewającego gitarzysty to zdecydowanie fajna sprawa. Fryderyk Nguyen (wokal, gitara) i Michał Zasłona (klawisze) sprawnie poruszają się po elementarzu rasowych zagrywek z tamtych lat  i co chwila zaskakują bardzo ciekawymi partiami. Przy czym numery na płycie są relatywnie krótkie, nie ma w nich miejsca na przesadnie długie solówkowanie, po prostu wszystko ma swoje miejsce i czas. Jednocześnie utwory są tak skonstruowane, że aż proszą się o wydłużenie na koncertach. 

"Zapraszamy na łąki" nie wprowadza niczego nowego, jest pewnego rodzaju zabawą konwencjami i - jak zespół sam przyznaje we wkładce - muzyczną podróżą do lat pełnych natury i duszy. Jest kolorowo, jest psychodelicznie. Płyta jako całość została naprawdę dobrze przemyślana, a zespół znalazł sposób by pokazać wszystkie swoje atuty - umiejętność tworzenia i aranżowania naprawdę ciekawych, chwytliwych melodii, biegłość instrumentalną i wokalną (urocze chórki Katarzyny Radoń i Teresy Grabiel) oraz znajomość historii muzyki popularnej. Gdyby nie pewne zabiegi produkcyjne (np. nowocześnie brzmiące bębny w Nie śmiej się z miłości) można by uznać, że to jakiś zaginiony album z przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Tym bardziej, że - ku mojej radości - płyta brzmi naprawdę soczyście i zaryzykuję twierdzenie, że jest to obecnie najlepiej brzmiący pod kątem aranżacji album "retro". Nie ma tu rażącej mnie zewsząd surowości i suchotnikowatości. Jest bogato, kolorowo, widocznie zespół nie miał za plecami pseudo-znawców, lubujących się w stwierdzeniach typu "tak się dzisiaj nie gra".

Ciesze się ,że zespół mimo wszystko na swoim debiucie nie sili się na przesadną nowoczesność, za którą tak pędzą teraz wszelkiej maści producenci-specjaliści od "nowoczesnego vintage" (jeszcze kilka lat temu zajmujący się hip hopem czy r'n'b). Że jak nawiązuje do przeszłości, to tym razem nie do ogranych Led Zeppelin, a do niemodnych Uriah Heep czy zapomnianego Exodusu. Wyobrażam sobie minę redaktor Anny Gacek po usłyszeniu tego albumu. Brakuje jeszcze tylko  jej "ukochanych" Pink Floyd.

Jest jeszcze jedna sprawa, która bardzo mnie do Katedy przyciąga. To ich zespołowy duch. Mimo, że zazwyczaj za lidera uznajemy zazwyczaj frontmana, Fyderyk nie rozpycha się na tej pozycji (a znam chłopaków ze sceny i zza kulis). Czuć coś, co w obecnych, nastawionych na ego jednostki czasach, zanikło. Dla słuchacza to duży plus - nie podaje mu się na talerzu jednostki chcącej wypromować swoje nazwisko, a kompletne, składające się z kilku równoważnych składników danie. Nie mamy do czynienia z "gwiazdą" i kilkoma anonimowymi muzykami sesyjnymi, których można podmienić w dowolnym momencie i którzy nauczyli się grać "po staremu" pięć minut temu. Tu każdy muzyk częścią większej całości, każdy czuje tę muzykę całym sercem i dzięki temu kolektywnemu działaniu otrzymujemy efekt synergii. To podejście pozwala mi wierzyć, że Katedra będzie się rozwijać jako zespół nie tylko muzycznie ale i duchowo, tak jak robiły to najwspanialsze bandy w historii rocka. Miejmy nadzieje, że żaden "magik" od gałek im tego nie popsuje.








czwartek, 29 października 2015

2 tygodnie października - część I - Snarky Puppy, Deep Purple + CETI

Cztery koncerty w dwa tygodnie. Muzyczny październik ma się ku końcowi. Jeszcze we wrześniu kolega fotograf policzył, że w następnym miesiącu czekają go, lekko licząc, 20 wieczory w fosie. Fotograficznej, ma się rozumieć.
Ja trochę skromniej, bo ani ze mnie zawodowy dziennikarz, ani akredytacji nie dostaję, ale co nieco uszczknąć się zawsze uda.

16 października, Proxima, to oczywiście IV Memoriał Jona Lorda. O nim pisać nie będę, bo - jako organizator - nie mogę. Nadmienię tylko, że udało się wszystko pospinać, mimo wkurwów, złorzeczeń i deklaracji "robietoporazostatni". Pewnie, że nie po raz ostatni, ale na pewno wiele rzeczy trzeba usprawnić i przefiltrować mocno ludzi, z którymi wchodzi się we współpracę. Szczególnie co niektórych wokalistów (a to ci niespodzianka - syndrom wokalisty wciąż żywy:), którzy ni stąd, ni zowąd wybierają urodziny cioci zamiast koncertu, na który umawiali się pól roku wcześniej. Cóż, prawo amatorów. Ale to temat na książkę. Było łatanie, były nerwy - ale impreza przeszła do historii jako udana i tego się trzymajmy.

SNARKY PUPPY

21.10.2015

PALLADIUM, WARSZAWA


Kilka dni później, 21 października, siostrzane Palladium i Snarky Puppy. Co można o nich powiedzieć...zespół stworzony przez muzyków sesyjnych dla muzyków sesyjnych. Amerykański, więc jest czego posłuchać. Lubię tego amerykańskiego ducha, nie jest to tajemnicą. Mam ogromną słabość, w końcu jestem fanatykiem Phisha. Więc chłopcy (bo jeszcze nie panowie) z "Kąśliwego" oczywiście zafundowali dużo jamowania (a raczej "solówkowania") i nieprzewidywalną setlistę (dla laików: amerykańskie bandy, jeśli czerpią z estetyki jamowej, co wieczór zmieniają zestaw utworów). Czy było to w jakikolwiek sposób magiczne? Nie...w ogole przyjechał jakiś zamienny skład (kto ich tam ogarnia?). Żadnego afroamerykanina (przede wszystkim chodziło o magika od klawiszy, Conry'ego Henry'ego, objawienie ostatnich lat w tej dziedzinie), raczej takie collage'owo - nerdowe twarzyczki, ale poziom utrzymany. Parę uniesień, parę peaków (czyli punktów kulminacyjnych w solówkach, kiedy już nie można szybciej i mocniej), poza tym sporo tanecznych rytmów,funku i czegoś uchwytnego, co tylko Amerykanie potrafią zawrzeć w muzyce. Magicznie nie było, co nie znaczy że to słaby koncert. Nudzić się nie dało, bo a to dęte, a to klawisze, a to gitara, nie wspominając o fenomenalnym perkusiście. Słów wyśpiewanych podczas koncertu: zero. Na sali komplet lub prawie komplet. Pewnie 90% to muzycy, pozostałe 10% to ich niewiasty, które przez pomyłkę dały się skusić na wieczór pełen instrumentalnych uniesień (no dobrze, część z nich to nawet lubi...). Był też support, ale niestety zdążyłem na samą końcówkę - wymiatający na gitarze akustycznej, młody chłopak + sekcja. Przyjęci dość entuzjastycznie, co - sądzac po minach - mocno ich zaskoczyło. Także grali instrumentalnie, żeby nie było. A nie spóźnienie moje wynikało przede wszystkim z fatalnej polityki władz miasta cudownego ,Warszawy, w dziedzinie miejsc parkingowych. Coraz ich mniej...Godzina 20:00, środek tygodnia,a znalezienie miejsca postoju dla mojego wypasionego Audi A4, rocznik 2002, graniczy z cudem. Bo miasto ma być dla pieszych, a Ty się muzyku z 200 kg sprzętu bujaj metrem....no dobrze, tym razem miałem do przewiezienia tylko mój szacowny tyłek, ale jakoś mi się nie chciało przesiadać do metra. Mogę być czasem leniwy, prawda?

Kilka dni przerwy i 25 października ląduję pod Atlas Areną w Łodzi. Deep Purple po raz....sam nie wiem, chyba najczęściej oglądany przeze mnie zespół. Zaraz obok Kultu, choć dla wielu takie zestawienie nie przystoi.
Na ten koncert tak naprawdę się nie wybierałem, bo - wstyd przyznać - Purple już mi się przejedli. Raz, że obecny skład jest chyba najbardziej przewidywalnym w historii. Dwa ,że Memoriał i przesyt tą muzyką srogi. Ale Dobry Duch zjawił się z wejściówką w odpowiednim momencie i wyprawa do Łodzi stała się faktem.

 

DEEP PURPLE & CETI

25.10.2015 ATLAS ARENA, ŁÓDŹ


Na początek gość specjalny, CETI. Mieli być Rival Sons i wielu ostrzyło sobie uszka na to wydarzenie, ale niestety panowie wybrali studio zamiast tej części trasy i smakowity kąsek przepadł m.in Polakom. Niektórzy nawet z tego powodu sprzedawali zakupione wcześniej bilety, a w social mediach wytworzył się lekki syfik oburzonych. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, zamiast tego dostaliśmy solidną dawkę heavy metalu w rodzimym wydaniu. Punktualnie o 20:00 na scenę Atlas Areny, przy akompaniamencie orkiestrowego intro, wparowało CETI. Wydawało się, że rzucone na pożarcie, a jednak wyszli z tego obronną ręką. Nie ma się co dziwić, bo zespół Grzegorza Kupczyka to prawdopodobnie najlepszy heavy-metalowy band w Polsce, a niesieni sukcesem artystycznym wydanego rok temu krążka Brutus Syndrome za każdym razem przejmują scenę we władanie. Tak było i tym razem. Grzesiek - nie do zdarcia. Formy wokalnej i fizycznej zazdrościć może niejeden 30-dziestoletni wokalista. Górki ,doły, wszystko na najwyższym poziomie. Dzielnie w scenicznych bojach partnerował mu Tomek Targosz, basista mocno zapatrzony w image Steve'a Harrisa z Iron Maiden - zadziorność, bieganie po scenie w te i z powrotem, opieranie nogi na odsłuchu i mocne, uwypuklone brzmienie instrumentu nadają tej muzyce jeszcze bardziej maidenowski sznyt. Reszta zespołu, jakby lekko wycofana - ale nie pozbawiona entuzjazmu - doprawiała ten spektakl, tworząc mięsiste (mimo nie najlepszego nagłośnienia) brzmienie całości. 45 minut gościnnego występu minęło nadspodziewanie szybko, a całość zwieńczyły słynne Dorosłe Dzieci, które Grziesiek śpiewał jeszcze w Turbo.

Pół godziny przerwy technicznej, kolejki po piwo i inne frykasy i odpalamy kolejne intro tego wieczoru, Mars, the bringer of war Holsta. Gromkie brawa i Deep Purple są już na scenie.
Ten koncert można oceniać dwojako: albo z perspektywy długoletniego fana, który wie, że najlepsze lata zespół ma już dawno za sobą, albo po prostu jako koncert rockowy, bez oczekiwań na cuda z jakich ta marka swego czasu słynęła.
Ponieważ już mi się nie chciało oglądać po raz n-ty tego samego składu, oczekiwań zbytnich nie miałem i nastawiłem się raczej na drugą opcję. I wyszło nadspodziewanie satysfakcjonująco.
Przede wszystkim pierwszy koncert trasy, więc wokal Gillana nie drażni, a wręcz może się podobać (aczkolwiek między numerami pokasływał dość mocno). Była moc. Gdy zbytnio nie forsuje górek, nadal przyjemnie go słuchać, choć oczywiście Gillan AD 1972 i AD 2015 to dwaj zupełnie różni wokaliści.
Po drugie setlista - wreszcie panowie coś pozmieniali, pogrzebali i tak dostaliśmy Demon's eye (spytnie skrócony o ostanią, forsującą gardło, zwrotkę), Silver Tongue, Battle rages on, The Mule (z solem perkusyjnym), Hard Lovin man (to już od paru lat, ale nadal robi wrażenie), improwizowaną impresję gitarową zamiast Contact Lost i, co ciekawe, absolutną premierę, Hip Boots. Kawałek na pierwszy rzut ucha średni, szczególnie w warstwie wokalnej, ale dajemy szansę (śpiewany z kartki, co też wpływa na wykonanie). Instrumentalnie coś tam się dzieje. Były jeszcze wyjątki z Now What!? , dla mnie nieograne na żywo, bo to mój drugi koncert, na którym promują tę płytę.
Coś za coś - to chyba pierwszy koncert od 1984, na którym nie zagrali Perfect Strangers. Nie było też Highway Star, ale to zdarzało się już na paru trasach. Dla mnie super, dla niedzielnych fanów spory zawód. A skoro mowa o fanach, to frekwencja całkiem przyzwoita. Ceny biletów rzędu 200-330 zł, ale Atlas Arena nie świeciła nachalnie pustkami. Oczywiście ludzi zmieściłoby się więcej, ale to kwestia obiektu - Spodek byłby zwyczajowo wypełniony.

To najdłużej działający, już ósmy i pewnie ostatni, skład Purpli. Najbardziej też przewidywalny i skostniały. Jeśli posłuchacie nagrań koncertowych z 2002 roku, a zaraz potem z 2014 czy 2015, nie usłyszycie żadnej zmiany w brzmieniu ,w aranżacjach, w niczym.  W składach z Blackmorem i Lordem każda trasa to było nowe pomysły na większość utworów - raz krótsze, raz dłuższe, jakieś cytaty z klasyki, przygrywki ludowe, jednym słowem działo się. Nawet w latach 80. kiedy podejście stało się bardziej piosenkowe, bo nie ma co wspominać lat '70, kiedy Mandrake Root czy Wring that neck raz osiągały 20, a za drugim razem 30 minut. Mam wrażenie, że obecnie zespół koncertowo żyje pewnego rodzaju nostalgią połączoną ze schlebianiem mniej wymagającej publiczności, która jednakże sama siebie uważa się za wyrobioną. To ciężkie zadanie, bo łatwo stać się swoim własnym "cover bandem". Młodsza publiczność niby chce hard rocka, macha głowkami, nawet słucha, ale trzebą ją wyczuć, żeby nie było za długo, żeby odlot nie był za odlotowy, bo weźmie ci i wyjdzie na piwo albo zacznie sprawdzać powiadomienia na Facebooku. Stąd ten kompromis, który ma godzić starszych i młodszych. Dlatego zespół prezentuje wykastrowane Strange kind of woman  i When a blind man cries (akurat nie na tej trasie),  jednocześnie oferując naprawdę smakowity dialog organowo-gitarowy w granym na bis Hush

Broń Boże nie można czepiać się instrumentalistów - mają gdzie i umieją pograć. Steve Morse gra tak daleko od Blackmore'a jak tylko można, natomiast Don Airey okazał się chyba najlepszym możliwym następcą Jona Lorda. Znów - nie kopiuje go (tylko tam, gdzie naprawdę trzeba), gra bardziej po swojemu, ale z wyczuciem, oczywiście ze zniewalającą techniką. Sekcja rytmiczna Glover - Paice to solidna podstawa, jedyna słuszna do tej muzyki (nic nie ujmując Glennowi...). Tandem Rickenbacker-Pearl pozostanie wzorcem staromodnego hard rocka.

Mimo pewnych mankametnów, widocznych jednakże tylko przez osoby "siedzące w purpurze" od lat, to naprawdę bardzo dobry, warty zobaczenia koncert. Trochę w starym, odchodzącym stylu. Z oddzielnymi solówkami poszczególnych muzyków, z cytowaniem muzyki klasycznej danego kraju w solówce klawiszowca (Chopin, Mazurek Dąbrowskiego), ze skromną scenografią i swingującym hard-rockowo perkusistą. Z rozpędzonymi partiami Hammonda. Nikt już tak nie gra i nikt nie będzie grał, chyba że na skalę stukrotnie mniejszą. Obecna scena vintage kocha Led Zeppelin (bo skończyli się w 1980, a perkusiści wolą wyżyć się w stylu Bonhama niż swingować jak Paice - ale nie miejmy im tego za złe), Sabbath na zawsze pozostaną protoplastami metalu (i od dawna grają okazjonalnie, a teraz już naprawdę kończą), a Purple to taki niemodny, trochę śmierdzący naftaliną dziadek, który na złość młodym lokatorom bloku nie chcę kopnąć w kalendarz i cały czas łazi z chodzikiem po podwórku. Na szczęście dla nas te przedwojenne roczniki są długowieczne i mają masę ciekawych historii do opowiedzenia.

A 3 dni później w Ergo Arenie....to już w kolejnym wpisie:)