Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 stycznia 2017

Subiektywne podsumowanie 2016 roku

To byl trudny i dziwny rok. Tak się jakoś składa, że dla większości osób, ktore znam był właśnie albo trudny, albo co najmniej nijaki. Miłośnicy pop-kultury odliczali kolejne zgony muzyków, aktorów i innych wpływowych person. Konflikty zbrojne na świecie i politykierstwo w kraju przybierały na sile. Doszło do tego, że już od listopada co niektórzy zaczęli mamrotać jak mantrę: "niech ten rok się już skończy...". Oczywiście w kontekście śmierci bardziej to irytuje niż czyni cokolwiek innego. Bo jakże, wraz ze zmianą dat w kalendarzu cokolwiek w tej materii się zmieni?

źródło: polityka.pl

Z pomocą redakcyjnego kolegi publicysta  Roland Hughes zebrał nekrologi, jakie opublikowano lub wyemitowano w BBC (w telewizji, radiu, w internecie) w pierwszym kwartale każdego roku, poczynając od 2012, na bieżącym kończąc. Trend jest wyraźny. Znani umierają coraz częściej. Oczywiście ma na to wpływ rozmydlenie gradacji słowa "znany". Teraz celebrytą zostaje byle idiota z reality show i gdy, nie daj Boże, mu się zemrze, to tabloidy/pudelki w internecie zaraz o tym napiszą. 

Jednak interesujące nas, naprawdę utalentowane osoby z pokolenia urodzonego w trakcie lub zaraz po II Wojnie Światowej, faktycznie "zwijają" się coraz częściej. Właśnie dobiegają lub właśnie przekroczyły 70. rok życia i coś pęka. Oczywiście najczęściej jest to rak, ale łatwo możemy wysnuć logiczne wnioski. Dekady (bo nawet nie lata) zażywania wszelakich substancji słodzących żywot na tej ziemii właśnie o sobie przypominają. Greg Lake czy George Michael (to akurat późniejszy rocznik) pod koniec życia nie wyglądali najlepiej. Zmarły jeszcze pod koniec 2015, konkurujący z Keithem Richardem o miano muzyka o najbardziej odpornym organizmie Lemmy z Motorhead, okazał się przeżartym przez choroby od środka korpusem. Nie oszukujmy się więc - nie będzie lepiej, będzie gorzej. 

Ten rok oszczędził moich osobistych idoli, oprócz jednego - w marcu Keith Emerson, jeden z najbardziej wpływowych i innowatorskich klawiszowców w historii rocka, odebrał sobie życie. Depresja. Świat wspomniał o nim bardzo delikatnym pierdnięciem, po czym wrócił do stanu normalnego, czyli ignorancji. Bo Keith nie zmienił dzieciństwa/młodości gości z fejsbuka, którzy parę dni temu, każdy z osobna i razem, opłakiwali rzewnie George'a Michaela. George dał im Last Christmas i Careless Whisper, co wielu zapewniło podkład pod macanki na dyskotekach w podstawówce. George dał fenomenalne - to trzeba przyznać - wykonanie Somebody to love na koncercie poświęconym pamięci Freddiego Mercur'ego. Każdy lubi/chce (lecz nie każdy powinien) śpiewać, a śpiewakiem - tudzież wokalistą - George był wyśmienitym. Miał głos. A co miał Keith? Wizję, tupet, odwagę, talent, które w specyficznym okresie rozwoju muzyki rockowej dały mu sławę i pieniądze, ale także dość szybko ją odebrały, a cały gatunek rocka progresywnego, który firmował, stał się niemodnym, pogardzanym dinozaurem, który ściągnął na nas wszystkich zarazę zwaną punk rockiem. Ręka do góry, komu dziś potrzebny jest rockowy klawiszowiec tego kalibru? Na pewno nie w Polsce.

W Polsce 2016 to kolejny rok produkowania "imienia i nazwiska". Nie ma już zespołów (pozostają zazwyczaj na etapie przeglądu Emergenza i klubowych koncertów dla kilkudziesięciu osób; nie liczę sezonowych ciekawostek, opartych na "jajowaniu", takich jak np. Nocny Kochanek), są "artyści". Ostatni liczący się zespół, jaki powstał w Polsce, to Riverside i było to bodajże 15 lat temu. Teraz mamy zazwyczaj kobitę, która koniecznie chce coś temu światu przekazać, od zawsze przejawiała talent (według rodziców), a teraz wreszcie dojrzała do publicznej ekspresji. I nie ma tu znaczenia czy najpierw przefiltrują ją w jakimś programie typu "talent show" czy pojawi się znikąd. Śpiewać (technicznie rzecz biorąc) umie, dobiera się jej muzyków sesyjnych i jazda w Polskę. Komercyjno-medialne aspekty takiej działalności to jedna sprawa, mnie w tym miejscu interesuje efekt artystyczny. A ten jest w 99% przypadków nijaki. Ja, jako odbiorca, nie wiem o czym one wszystkie grają, śpiewają, po co one w ogóle istnieją. Nie pamiętam ani jednego kawałka. Melodii. To wszystko jest robione na zasadzie strzępka pomysłu "artystki" przetrawionego przez wynajętego SPECJALISTĘ-PRODUCENTA, który za 10 tys PLN za utwór robi z tego nagranie nadające się do publikacji. Ile ja się nasłuchałem ochów-achów nad kolejnymi pannami "imię i nazwisko". Że to takie zajebiste, że innowacyjne, jak wyprodukowane, jak brzmi! A potem przychodzi umierający Leonard Cohen i nawet nie zmiata, a ściera to wszystko jednym You want it darker. A człowiek uświadamia sobie po raz kolejny, że ARTYŚCI faktycznie odchodzą.

Dzięki Bogu i opatrzności pojawiło się jednak w 2016 trochę Muzyki. Pożegnalne, jak się okazało, płyty Davida Bowiego (Blackstar) czy wspomnianego Cohena (You want it darker) to dzieła wyśmienite, które odniosły także komercyjny sukces (w obu przypadkach twórcy zmarli kilka dni po wydaniu swoich albumów, co z całą pewnością podbiło zainteresowanie ze strony szerokiej publiczności). Santana powrócił do korzeni w bardzo stylowy sposób na płycie Santana IV, nagranej w składzie z przełomu lat 60. i 70. Ale akurat to wydarzenia jakoś światem nie wstrząsnęło. Może takie jamowe granie nie jest JUŻ w modzie? (tu oczywiście stosowny uśmieszek, bo pytanie ni mniej, ni więcej, a retorycznym jest). Podobnie sprawa ma się z Glennem Hughesem i jego Resonate - nareszcie powrót do hard rockowych żródeł.

Bardzo udaną płytę, lecz innego kalibru, wydał szwedzki duet Roxette. Właściwie jest to już sprawa pożegnalna, bo jeszcze przed jej wydaniem okazało się, że artyści rezygnują z działalności koncertowej. Stan zdrowia Marie Fredriksson zmusił ją najpierw do siedzenia na koncertach,a w efekcie do ich wykreślenia z planów zawodowych. A bez koncertów wydawanie płyt przez takie instytucje jak Roxette nie ma sensu, bo to jedyna sensowna forma zwrotu inwestycji. Płyty, jak bowiem wiemy, obecnie sprzedają się w ilościach mikroskopijnych.

Marillion wydał zaskakująco dobrą F.E.A.R., wreszcie nieprzegadaną i pełną niemal floydowskiej przestrzeni, zaopatrzoną też w pakiet dobrych pomysłów melodycznych. Spisała się również Metallica, mimo skrajnych ocen nowego materiału słychać, że weterani thrash metalu nie odpuszczają. Metal to jest to moja bajka, więc płyty szerzej nie omawiałem, ale wchodzi to to naprawdę dobrze. Takich płyt jest oczywiście więcej, dlatego nie roszczę sobie praw to tworzenia rankingów i podsumowań płytowych, bo wiem, że musiałbym przesłuchać dosłownie kilogramy muzyki. Robi to m.in kolega Bizon na swoim blogu, który niesie kaganek muzycznej oświaty i dostarcza m.in mnóstwa informacji o scenie stonerowo-psychodelicznej z naciskiem na Skandynawię. Trzeba przyznać, że obecnie jest to jeden z ciekawszych kierunków dla miłośników brzmień rockowych w klimacie tak zwanego "vintage". Przy okazji muzyczne koleżeństwo z Polski mogłoby się uczyć właśnie od Skandynawów, ale myślę, że większość nie patrzy dalej niż na czubek własnego nosa. Tym niemniej nowej muzyki z tamtych rejonów słucha się bardzo przyjemnie. Co prawda nie trafiłem jeszcze na coś, co by mnie TOTALNIE powaliło, w większość to po prostu granie oparte na starych patentach, ale całokształt jest naprawdę smakowity. Ze "starej" Skandynawskiej gwardii wysoki poziom utrzymało w tym roku Spiritual Beggars albumem Sunrise to Sundown.

Na polskim poletku ucieszyła mnie szczególnie Breaking Habits projektu Meller, Gołyźniak, Duda. Mało ci u nas "supergrup", jeszcze mniej takich, które nagrywają dla samej przyjemności nagrywania. Odezwała się także nasza najstarsza supergrupa i to w najlepszym, oryginalnym składzie: SBB. Nagrali nową płytę, Za linią horyzontu, która nadal czeka na recenzję na łamach Muzycznych Nocy. Jest nieźle, ale...

Dużo łatwiej niż top 10 płyt przyjdzie mi utworzyć top...7 utworów tudzież piosenek, które zrobiły na mnie największe wrażenie w minionym roku. Czasami jest tak, że już po kilku taktach dana kompozycja przykuwa uwagę, a po pierwszym odsłuchu chce się do niej wracać raz po raz. Oto więc lista takich perełek (kolejność przypadkowa).

1. Leonard Cohen You want it darker
2.Roxette Why don't you bring me flowers (ale wersja albumowa - ta do teledysku to jakiś zremiksowany koszmarek)
3. Phish Blaze On (koncertowa premiera odbyła się w 2015, ale studyjna dopiero w październiku 2016 na płycie Big Boat)
4. Blues Pills Lady in Gold
5. David Bowie Blackstar
6. T.Love Pielgrzym
7. Anita Lipnicka Ptasiek

Koncertowo rok 2016 był bardzo bogaty. Tak bogaty, że większość z nas, nie mająca dostępu, do prasowych wejściówek, musiała po prostu selekcjonować to, na co się wybiera. Rok 2017 zapowiada się zresztą nie mniej interesująco. Ja niestety nie uczestniczyłem w tak wielu koncertach jakbym sobie życzył. Żałuję przede wszystkim Iana Gillana z orkiestrą. Cóż, bilety były tak drogie, że koncert przeniesiono z Hali Koło do Progresji, bo chętnych jakby zabrakło. Organizator ani jego otoczenie nie pomyślało, żeby na przykład zwrócić się do twórcow Memoriału Jona Lorda, którego piąta edycja odbyła się w Warszawie miesiąc przed koncertem Gillana i nawiązać jakąś współpracę w celi promocji eventu. Był dostęp do niemal 500 fanów tej muzyki. Ale lepiej robić po swojemu:)
Koncertem, który wywołał we mnie największe emocje był angielski koncert...Rainbow. Reaktywowany zespół, którego występy przyniosły chyba najwięcej kontrowersji ze wszystkich koncertów na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy. Pisałem o tym zarówno tu jak i w Teraz Rocku. I po ponad pół roku ten wieczór nadal mocno tkwi w pamięci i wywołuje emocje. Richie Blackmore nie w formie, zespół mocno średni, a jednak...jakaś magia, ciarki, wzrok i słuch przez bite dwie godziny wbity w scenę. Nie było mowy o uronieniu choćby jednej nutki. Takich koncertów już po prostu nie ma. Wydany w listopadzie na DVD zapis koncertu z Niemiec robi przygnębiające wrażenie, ale tam, na żywo, w Genting Arena, otworzyły się wrota do innego, zapominanego powoli wymiaru. Ritchie na 2017 zaplanował kolejne 4 koncerty Rainbow, tym razem tylko w UK. O rok starszy, z trochę zmienionym repertuarem (więcej Rainbow w Rainbow) - czy zdoła rozświetlić tęcze po raz kolejny?

Jaki był więc ten rok? Relatywnie spora liczba zgonów postaci znaczących dla świata muzycznego jest faktem, ale w dużej części była niestety skutkiem wielu lat zaniedbywania zdrowia. Muzyki jak zwykle ukazało się całe mnóstwo i w tym całym chaosie kto chciał, to wyłapał prawdziwe perełki. Na szczęście to nam, miłośnikom Muzyki przez duże "M", zostało - i żadna władza ani decydenci nie wcisną disco polo w nasze osobiste enklawy.








czwartek, 1 grudnia 2016

Rolling Stones, The - Blue & Lonesome (2016) - recenzja

Stonesi grający bluesa to temat stary niemal jak świat. W końcu od bluesa zaczynali, a było to ponad pół wieku temu (!). Na samym początku kariery byli po prostu białymi chłopakami zafascynowanymi takimi postaciami jak Muddy Waters, Willie Dixon czy Howlin' Wolf. Klasyków (już wtedy) bluesa przenosili na grunt brytyjski z młodzieńczą pasją i bez zbytniego zastanawiania się "co będzie dalej" (robił to za nich manager, Andrew Loog Oldham, jednak wbrew plotkom, jego wpływ na muzykę kwintetu był znikomy). Dlatego wielu uważa ten wczesny okres działalności największego rock & rollowego zespołu na świecie za najbardziej fascynujący. Mniej myślenia, więcej tego, co w duszy gra. I faktycznie, takie podejście sprawdzało się świetnie mniej więcej do wczesnych lat 70. (z małymi przerwami na wątpliwej jakości eksperymenty w rodzaju Their Satanic Majesties Request). Potem coraz więcej "myślenia" (oraz podążanie za modami) przyniosło zespołowi oczywiście wielką sławę i pełne stadiony, ale zabrało tego pierwotnego ducha, dzięki któremu w ogóle zaczęli grać.

Od ostatniej studyjnej płyty, The Bigger Bang, minęło już 11 lat i, oprócz dwóch premierowych utworów przygotowanych na składankę Grrr, w obozie Stonesów pod względem kreatywności niewiele się dzieje. Nie wiadomo zatem czy składający się wyłącznie z bluesowych coverów Blue and Lonesome to próba przywrócenia dawnej radości grania z nadzieją, że zespół jeszcze choć jeden raz zbierze się i nagra premierowy materiał, czy raczej faktycznie ostatnie studyjne dzieło wielkich The Rolling Stones, sprytnie spinające klamrą 54 lata ich działalności. Jedno jest pewne: tak dobrze nie brzmieli od dekad.

Trudno wyróżniać jakikolwiek utwór na płycie, która w całości składa się z bluesowych standardów. Nie są to na szczęście rzeczy ograne do nieprzytomności, nie znajdziemy tu milionowej wersji Hoochie Coochie Man. Zespół sięgnął dużo głębiej, zamknął się na kilka dni w studio i zupełnie na żywo, w kwintecie, zarejestrował 43 minuty muzyki. Na szczęście drzwi na parę chwil się uchyliły i zdążył się się przez nie prześlizgnąć Eric Clapton, którego słychać w Everybody Knows About My Good Thing i I Can't Quit You Baby (nagrywał akurat w studiu obok), a także stały współpracownik grupy, pianista Chuck Leavell, którego charakterystyczne partie słychać m.in w wyżej wspomnianym Everybody.....jednakże udział osób spoza ścisłego "kierownictwa" jest tu bardzo ograniczony (pojawiają się jeszcze Jim Keltner na instrumentach perkusyjnych w Hoo Doo Blues i Matt Clifford na Hammondzie; nie licząc oczywiście basisty Darryla Jonesa, który nigdy oficjalnie członkiem grupy nigdy nie został, ale gra z nią od początku lat 90.).

Stonesi nie byliby jednak sobą, gdyby trochę nie namieszali. Nie jest to bezładne jam session panów w mocno średnim wieku. Mimo słyszalnej swobody i okazjonalnej niedbałości całość wyprodukowana jest tak,  że bardziej niż latami 60. zalatuje "bluesem" spod znaku Jacka White czy Black Keys, pokryta jest tą charakterystyczną mgiełką przesteru. Dzięki temu oczywiście będzie bardziej przemawiać do współczesnego słuchacza, ale jednocześnie nie zrazi fanów będących rówieśnikami muzyków. Jaggerowa smykałka do nowych trendów nadal jest w pełni aktywna.

W ogóle Mick gra na tej płycie rolę pierwszoplanową. Niejako dyryguje całością, jego wokal jest bardzo mocny, zdecydowany, sporo jest też harmonijki, której może nigdy nie był mistrzem, ale na której wypracował sobie charakterystyczny styl gry. Zawsze wydawało się, że to Keith Richards jest rhythm and bluesowym sercem zespołu, a Mick wiecznie młodym, podążającym za modami chłoptasiem. Na Blue & Lonesome Mick sięga jednak w głąb duszy i wydobywa stamtąd pokłady autentycznych emocji. Jak choćby w utworze tytułowym, gdzie akcentuje i przeciąga słowo "please" w sposób wywołujący ciarki na plecach. A zaraz potem chwyta za harmonijkę i dosłownie poraża słuchacza krótkim, ale wypakowanym po brzegi dramatyzmem solem. Nie oznacza to, że gitarzyści próżnują. Mamy charakterystyczne dla Richardsa i Ronniego Wooda "tkanie" w Hoo Doo Blues, pięknie napędzają też Hate To See You Go, jednak to właśnie Micka wypuszczono (albo sam się wypuścił) na tej płycie na pierwszy plan. Czy wspominałem o nieodzownej, swingującej grze Charliego Wattsa? Nie, a przecież bez niej nie byłoby The Rolling Stones.

Podsumowując, zmian w Twoim życiu ta płyta nie wywoła, równie dobrze mogłoby jej nie być, ale jednak fajnie, że jest. Bo Stonesi to od dawna nie tyle marka, co niezastąpiona część naszej kultury. I dobrze, że nadal są, koncertują i co jakiś czas obdarowują nas nowymi pomysłami - nawet jeśli w tym wypadku są one "tylko" coverami. Bo nadejdzie taki dzień, że i ich zabraknie. Co prawda Keith Richards obwieścił, że prędzej pomrą niż przejdą na emeryturę, ale zeszłoroczna śmierć Lemmy'ego potwierdziła rzecz oczywistą: na starość nie ma mocnych. Kto jednak widział wyświetlany właśnie w kinach dokument The Rolling Stones Ole,Ole, Ole, ten bez wątpienia przyzna, że Stonesi póki co ten pojedynek wygrywają.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Meller Gołyźniak Duda - Breaking Habits (2016)

Nie uważam, żeby określenie "supergrupa" wobec tego projektu/zespołu było jakoś specjalnie nieadekwatnym, z prostego powodu - w Polsce supergrup jak na lekarstwo. W USA kooperacje międzyzespołowe to niemal codzienność, bo muzycy żyją z muzyki i pomiędzy trasami czasami się nudzą i potrzebują nowych wyzwań. W Polsce - zazwyczaj muszą wrócić do pracy "na etat" i zarobić na rodzinę. Dlatego niezmiernie cieszą takie płyty jak Braking Habits, szczególnie gdy ich zawartość jest tak bliska sercu.

Całej historii narodzin, powstawania i finalizacji prac nad płytą przytaczać nie będę. Nie jestem jakimś specjalnym znawcą polskich realiów progresywnych, nikt mnie nie głaszcze po główce (aczkolwiek fragmencik płyty słyszałem parę miesięcy temu - to może jednak jestem minimalnie uprzywilejowany;). Wiedziałem, że Maciej Meller odszedł 4 lata temu z Quidamu, wiedziałem, że "zgadali się" z Mariuszem Dudą i bliżej mi nieznanym Maciejem Gołyźniakiem (ale w odwrotnej kolejności). Że miało to być coś, co nie będzie przypominać ich dotychczasowych dokonań (stąd tytuł). Że były jakieś przymiarki, zdjęcia, sesje i...cisza. Ale w końcu (długi czas oczekiwania to oczywiście sprawa zawalonego kalendarza Mariusza) płyta się ukazała. 

Co odróżnia Breaking Habits od przyzwyczajeń trzech wspomnianych muzyków, to na pewno organiczność. Całość nagrywano na tak zwaną setkę, a przygotowano podczas dwóch kilkugodzinnych spotkań. W efekcie powstał materiał trwający tyle, co dobre płyty z lat 70, nie nużący, wciągający, zapraszający do kolejnych odsłuchań. Doskonale czuć radość grania, chemię łączącą trójkę muzyków, czuć też granice, która oddziela "odloty" od część przygotowanych, być może przyniesionych na próby jako szkice lub gotowe pomysły. Z biegiem czasu uznaję takie podejście za bardzo, bardzo korzystne dla finalnego efektu. Oczywiście mamy "Zosie-samosie" typu Roger Waters, którego (baaaaaaaaaardzo rzadko wydawane) dzieła są zapięte na ostatni guzik i nie zniosłyby zbyt dużej ingerencji współpracowników, ale jak widać obecnie takie metody pracy są zbyt mało efektywne. A takie muzyczne spotkania i łączenie wspólnych fascynacji (nawet poprzedzone wieloma rozmowami, jak w przypadku omawianego projektu) to zupełnie inna para kaloszy. Mogą skutkować tworami ciężko strawnymi, mogą też wciągać, frapować, intrygować.

Na płycie zaobserwować można pewien schemat: zazwyczaj utwory podzielone są na dwie części. Pierwsza to "część właściwa", piosenkowa (jeśli można użyć tu takiego słowa!), druga - improwizacja, jakby panowie po każdym utworze właściwym kiwali do siebie i sprawdzali "w którą stronę to pójdzie". Nie ukrywam, że bliższe mojemu sercu są właśnie te "improwizowane ogony". Nie mamy tu bowiem do czynienia z bluesowym schematem "podkład + solo". Są to pełnokrwiste, zespołowe improwizacje, które nazwać można "komponowaniem na żywo". Najbardziej jaskrawym przykładem niech będzie najdłuższy na płycie, prawie dziesięciominutowy Floating Over, gdzie autorzy w ogóle postanowili puścić wodze fantazji. Wspomnianej piosenkowości wymyka się też tytułowy, w  całości instrumentalny, Braking Habits. Jeśli chodzi o klimat części wokalno-instrumentalnych, to raczej jest mroczniej niż weselej. Specyficzne połączenie Stevena Wilsona i King Crimson? Każdy, kto spodziewał się jakichś nawiązań do macierzystych formacji Mariusza Dudy czy Maćka Mellera, srogo się zawiedzie. To jest powrót do korzeni, rockowej ekspresji i surowości. Osobiście jestem fanem aranżacyjnego bogactwa, ale muszę przyznać, że w tym wypadku ta formuła się sprawdza. Na pewno mocno odcisnął się na płycie charakterystyczny styl wokalny Mariusza Dudy. Ale nie brakuje tu też niespodzianek, takich jak na przykład funkujące zwrotki Tatoo. Nie ma jednak co na siłę szukać szufladek - w przypadku takich muzycznych spotkań uzewnętrznia się to, co akurat w ich uczestnikach siedzi i czeka na wydobycie i mam nieodparte wrażenie, że w przypadku Breaking Habits właśnie tak było.

Moje marzenie w związku z tą premierą? Żeby za jakiś czas panowie spotkali się na scenie i z tych 43 minut i, powiedzmy, ciekawego covera lub dwóch, upichcili cały koncert - bez hamulców i bez ograniczeń . A potem drugi...i kolejny, oczywiście zupełnie odmienne od pierwszego. Mają ku temu znakomity przyczółek w postaci Braking Habits.


piątek, 18 listopada 2016

Neal Morse Band, The - The Similitude Of A Dream (2016) - recenzja

The Similitude Of A Dream to druga płyta pod szyldem The Neal Morse Band. Po latach wydawania płyt solowych Neal uznał (przynajmniej na jakiś czas), że optymalny skład warto uhonorować właśnie dopiskiem "band". Czy chodzi tylko i wyłącznie o muzykę, czy również o pieniądze - tego nie wiemy. Na pokładzie oprócz lidera mamy również (oczywiście) Mike'a Portnoya, ale też Randy'ego George'a (bas), Erica Gillette'a (gitara) oraz Billa Hubauera (instrumenty klawiszowe). Ten, sądząc po zdjęciach, wesoły kwintet zaserwował nam dwupłytowy album, który już przed premierą Portnoy ochrzcił dziełem życia i osiągnięciem na miarę The Wall i Quadrophenii, przebijającym jego własne dokonania pokroju Scenes from a memory Dream Theater.

Osobiście mam uczulenie na takie szumne zapowiedzi, gdyż niezmiernie kojarzą mi się z pewnym warszawskim zespołem "na S". Z tym, że oczywiście Portnoy to facet pięćdziesięcioletni, z dorobkiem płytowym ilościowo zawstydzającym większość muzyków rockowych, natomiast nasze chłopaki stroszą piórka po kilku latach działalności, ale zawsze takie gadki-szmatki pachną podwórkowym marketingiem. Że wcześniej to było fajnie, ale teraz będzie najfajniej i jacy my to nie...fajni. Jak to się ma jednak do rzeczywistości? 

The Similitude Of A Dream to ponad 100 minut muzyki, 23 utwory - jak na Neala średnia  raczej skromna. To prawda, nie ma tu żadnego "epika", ale album to przecież (jak zwykle) dzieło koncepcyjne, więc tak naprawdę wszystko łączy się tu elegancko, tu i ówdzie połyskując motywami zaczerpniętymi z otwierającej całość Uwertury. Treść słowną albumu oparł Neal na Wędrówce Pielgrzyma" Johna Bunyana, opublikowanej po raz pierwszy w 1678, prawdopodobnie najsłynniejszej w dziejach światowej literatury alegorii opisująca doświadczenia chrześcijańskiego życia przedstawionego w barwnej narracji pielgrzymki z Miasta Zagłady na Górę Syjon. Czyli, jak to często zawsze u Neala bywa, płyta dotyczy chrześcijaństwa i łączenia się z Bogiem. Swoją drogą, jest to jeden z niewielu twórców, którzy takie przesłanie mieszają z rockiem bardzo konsekwentnie i jednocześnie bezboleśnie.

Muzycznie także nic nowego, w stosunku do poprzednich dzieł spółki Morse & Portnoy, nie znajdziemy. Owszem, pojawia się na przykład bluegrass (Freedom Song), ale w 99% to kolejny "Neal Morse". Diabeł tkwi w szczegółach - na pewno słychać tu tę organiczność, jaką osiągnąć może tylko zgrany skład (a nie kolejni przychodzący i odchodzący muzycy sesyjni), słychać więcej vinatge'owych barw klawiszowych dzięki dołączeniu Billa Hubauera. Ale przecież Neal w tej konfiguracji ma być właśnie taki.  Trochę staromodny, ale pełen świeżych, porywających melodii. I tego nie brakuje - tych dwóch płyt słucha się wyśmienicie. Pomysł goni pomysł i choć często mamy wrażenie, że "już to przecież słyszeliśmy", to jednak bogactwo i fantastyczna energia tego zespołu niwelują wszelakie wrażenia powtarzalności. 

Ciężko wyróżnić tu jakieś fragmenty, bo całość jest niezwykle równa. A przecież obecnie ciężko zespołom nagrać nawet dobry 45-cio minutowy krążek! Poczynając od wspomnianej, pachnącej starym, dobrym rockiem symfonicznym, Uwertury, mamy przegląd wszystkich inspiracji współczesnego retro-progowca: Genesis, Yes, Styx, Led Zeppelin, ELP a nawet Queen (The Ways of a Fool). Nawet jeśli jakiś pomysł do końca nie zaiskrzy, to zaraz pojawia się jakaś wstawka, jakiś kolejny szczegół, które przyciągają uwagę. I nie ma tu jakiegoś nachalnego kopiowania mistrzów z przeszłości. Neal Morse już dawno wykształcił swój własny, niepodrabialny styl, w ramach którego oczywiście czerpie słyszalnie z przeszłości, ale robi to naprawdę po swojemu, a teraz - z pomocą stałego zespołu - udało mu się całość jeszcze bardziej doszlifować. I tak przez ponad 100 minut. Pochwalić należy też produkcję albumu - zachowano bogactwo brzmienia każdego instrumentu przy jednoczesnej przejrzystości. Jak gra Hammond, to gra Hammond i go słychać. Niby oczywiste, ale nie zawsze stosowane w praktyce.

Nie nazwałbym The Similitude Of A Dream płytą życia Mike'a Portnoya, bo zapomniał on chyba o wyjątkowości niektórych dzieł Dream Theater, ale jeśli odrzucimy tę emocjonalną bańkę, którą zawsze toczy przed sobą perkusista, otrzymamy naprawdę bardzo dobry, świetnie napisany, zagrany i wyprodukowany album. Nie ma przełomu, nie ma ARCY-dzieła, ale jest dzieło, którego słuchanie wywołuje niejednokrotnie uśmiech na twarzy. I o to w takiej muzyce chodzi - o pozytywną energię, którą ładuje słuchacza. Wielki ukłon dla zespołu!

czwartek, 6 października 2016

Phish - Big Boat (2016) - recenzja

No dobrze, jedyną recenzję nowej płyty Phisha w polskim internecie czas zacząć.
Należy więc podkreślić (ale to czytelnicy tego bloga jak i słuchacze audycji Muzyczne Noce doskonale wiedzą), że Phish to zespół wybitnie koncertowy. Taki, którego płytowe poczynania to tylko niepozorna introdukcja do tego, co wyprawia na scenie. Improwizacje, a właściwie komponowanie na żywo, to znak rozpoznawczy kwartetu z Vermont. Właściwie Phisha słucha się głównie w wersji "live" (zespół wydaje KAŻDY swój koncert i udostępnia poprzez własną platformę livephish.com, oczywiście odpłatnie). Po co więc nagrywają albumy? Cóż, teraz, po ponad 30-tu latach od założenia zespołu, chyba tylko i wyłącznie z potrzeby serca.

Nie ma się co oszukiwać - Phish 3.0 (tak zwykło się nazywać obecną reinkarnację zespołu, który zmartwychwstał w 2009 po 5-cio letniej przerwie) to zespół składający się z dojrzałych, będących już po pięćdziesiątce facetów. Czasy szalonych, bezkompromisowych, przełamujących kolejne granice przygód odeszły w siną dal, pozostała stabilizacja i bardziej rodzinne życie (co członkowie kwartetu podkreślają bardzo często), a jeśli chodzi o sprawy muzyczne - większe skupienie na projektach solowych. Mimo to Phish płynie dalej i oto dostajemy trzynasty album studyjny w ich karierze.

Ciężko mi sobie wyobrazić co mógłby czuć człowiek nie będący fan(atyki)em zespołu po wysłuchaniu tych trzynastu utworów. Producent Bob Ezrin (tak, ten od The Wall) rzucił zespołowi wyzwanie - pokażcie co czujecie, jacy jesteście, nauczcie się 10 folkowych piosenek na pamięć, zapomnijcie je i stwórzcie własny materiał. Ponieważ zespołowi daleko obecnie od dyktatury i raczej tarza się we wzajemnej miłości i akceptacji, powstał album złożony z kompozycji wszystkich czterech muzyków. Oczywiście, jak to już wcześniej bywało, najmocniejsze propozycje to dzieła Treya Anastasio (jak zwykle powstałe we współpracy z tekściażem Tomem Marshallem). Znane już od półtora roku z wykonań koncertowych (podczas których zdążyły się rozciągnąć do 15-20 minut) Blaze On i No Men In No Man's Land to naprawdę fajne, phishowe kawałki. Szczególnie ten pierwszy, z ultra optymistycznym tekstem, powinien stać się hitem lata w jakimś alternatywnym uniwersum: 

you got your nice shades on, and the worst days are gone
so now the band plays on, you got one life, blaze on

Trey pozwolił sobie też na dwa, napisane zupełnie solo, urocze utwory. Tide Turns to piękna opowieść o spełnionej miłości i dbaniu o ukochaną osobę, zaczynająca się dęciakami wprost z produkcji Motown. Na tyle przekonująca, że kilka tygodni po koncertowym debiucie pojawiła się jako "pierwszy taniec" na weselu pewnej pary fanów.


Zupełnie odmienną w klimacie propozycją pozostaje Miss You - napisana dla zmarłej w 2009 siostry, mówi o tęsknocie i żalu spowodowanym odejściem kogoś bliskiego. Jeśli jesteśmy już przy Treyu - odpowiedzialny jest on za najambitniejszy i najdłuższy utwór na Big Boat, Petrichor. Rzecz powstała z myślą o współpracy z orkiestrą, przearanżowana na zespół rockowy, bardzo przyjemnie nawiązuje do wczesnych kompozycji gitarzysty, w rodzaju You Enjoy Myself czy Divided Sky. Mniej tu rocka, więcej klasyki, ale i tak da się wyłapać może nie nawiązania, ale lekkie mrugnięcia okiem w kierunku Pink Floyd i Yes. Piękny, 13-to minutowy fragment, stanowiący opus magnum płyty.

Pozostali członkowie kwartetu dostarczyli materiału różnego i różniastego. Fajnie wypada McConellowskie, bluegrassowe Things People Do. Umieszczone równo w połowie albumu, stanowi pewnego rodzaju oddech pomiędzy pieczołowicie wyprodukowanymi przez Ezrina utworami. Słyszymy bowiem wersję...demo, nagraną na Iphona leżącego na Wullitzerze pianisty w jego domu. Czuć nawet pewne zawahania w tekście i przede wszystkim młoteczki vintage'owego piana. Home tegoż samego autora kusi intrygującą linią wokalną i zalążkiem części improwizacyjnej, z pięknym motywem syntezatorowym, która może być ciekawie rozszerzona w wersji koncertowej. Basista Mike Gordon odpowiedzialny jest za bardzo stylowy Waking up dead, natomiast perkusista Jon Fishman dostarczy baaaardzo inspirowany The Who Friends.

Do czego więc można się przyczepić? Z pozycji fana - do wszystkiego. Nie ma co ukrywać, Phish już albumem Joy, wydanym z okazji reunion w 2009, wkroczył w fazę tak zwanego "daddy's rocka", czyli rocka tatusiowego. I Big Boat takie właśnie jest. Zbiór piosenek napisanych przez 50-cio latków bez ambicji zaskakiwania świata. Mocno retrospektywnych, osobistych, podrasowanych przez znanego producenta. Nijak mających się  do tego, co wyrabiali w latach 90., kiedy nie było dla nich rzeczy niemożliwych. Nadal jednak są niepokonani jako zespół improwizujący i jest duża szansa, że kilka z tych utworów doczeka się, podobnie jak Blaze On i No Men..., porywających wersji koncertowych. Przy czym przyznać należy, że piosenki z Big Boat są przyjemne i w większości przebojowe. Takie, których zwrotka czy refren od razu pozostają w pamięci. Można więc patrzeć na płytę z tej strony i nie być wcale rozczarowanym. Nie puściłbym jej jednak komuś nie będącemu w temacie z komentarzem "to jest właśnie TEN Phish, posłuchaj....". Pozycja raczej nieprzystosowana dla ludzi "z zewnątrz". Ale paradoksalnie Phish wcale takich nie potrzebuje. Oparta wyłącznie na hardcore'owych fanach społeczność skupiona wokół zespołu pozwala na całkowitą wolność artystyczną.
Osobiście bardzo polubiłem większą część tej płyty, ale w końcu sam jestem już ojcem.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Blues Pills - Lady in Gold (2016)

Nie załapałem się na pierwszą falę zachwytów nad Blues Pills, co w oczach wielu dyskwalifikuje mnie z grupy osób uprawnionych do wydawania opinii o muzyce rockowej. W końcu ich debiut był w 2104 niemałą sensacją, wróżącą po raz kolejny renesans rocka i wskrzeszenie muzycznych idei lat 60. Nie pamiętam, ale pewnie musiałem być wtedy mocno zajęty czymś innym. W każdym razie mój pierwszy pełny kontakt z Blues Pills nastąpił na koncercie w warszawskiej Progresji 17.06.2015. Na salę koncertową wchodziłem jako totalny pillsowy naturszczyk. I faktycznie, pierwsze trzy-cztery utwory robiły bardzo mocne wrażenie. Może nie "niesamowite", ale mocne właśnie. To była ta nieposkromniona, rockowa energia. Mocny, damski wokal, mocna gitara, którą władał gość nie bojący się muzycznych odjazdów. Sekcja rytmiczna może nie porywała i grała trochę topornie ("niemiecko"),  ale początek mieli bardzo wciągający. Jednak po chwili wszystko zaczynało zlewać się w jedno...gitarowe popisy, pląsy Elin Larsson z tamburynem, klimacik...i tak w każdym kawałku. Zdecydowanie zabrakło urozmaicenia, dramaturgii...może geniuszu? Koncert, po początkowej euforii, pozostawił mnie dość obojętnym wobec zjawiska Blues Pills. I tak powoli o zespole zapominałem, aż do premiery nowego singla Lady in Gold w czerwcu br. Ooo, to było coś! Mocny strzał, który nuciłoby się przy goleniu (gdybym się golił) i który faktycznie robił wrażenie jako wzorcowa piosenka nawiązująca do lat 60. XX wieku.

Od razu napiszę prosto z mostu: ta płyta to dla mnie rozczarowanie. Miłośnicy Blues Pills prawdopodobnie będą zadowoleni, wręcz zachwyceni, ale ponieważ się do nich nie zaliczam, skuszony singlem sięgnąłem po pełny album z pewnymi oczekiwaniami. Jak mawia znana mi i pewnie wielu z was wokalistka, oczekiwań mieć nie można. Swoją drogą wydaje się wierutną bzdurą, ale akurat w tym wypadku ma kobita rację. Moim grzechem było to, że oczekiwałem, iż poziom pierwszej kompozycji przeleje się na cały album.

Na początku mamy trzęsienie ziemi: Lady in Black to świetna piosenka. Nie tylko przywołuje tak pożądany klimat lat 60, ile po prostu mogłaby być wtedy nagrana i być do dziś jednym z - wielu, co prawda - klasyków tamtego okresu. Począwszy od przyjemnej jak zwykle oktawki na pianinie, poprzez mocny, charyzmatyczny wokal Elin, skończywszy na ultra melodyjnym refrenie - wszystko się tu zgadza. Są przesterowane gitary, stopniująca napięcie sekcja rytmiczna, organowe tło. Sam miód! Problem polega na tym, że kolejny numer, Little Boy Preacher, czerpiący z podobnych wzorców, wypada gorzej. Nie jest ŹLE - ale doskwiera brak odpowiednio nośnej melodii. Instrumentalnie bez zarzutu. Producent Don Alsterberg (bo chyba nie członkowie zespołu...) zadbał o bardzo dobre i wręcz niezbędne w wypadku tej płyty klawisze. Są tu organy, e-piano, nawet klawinet. Jest wszystko, czego szanujący się fan "starej muzyki" mógłby chcieć.

Ale mój problem polega na tym, że pod względem dobrych melodii ta płyta wyraźnie kuleje. Hype jaki otacza Blues Pills wyzwala właśnie te przeklęte oczekiwania. Skoro są to zbawcy, skoro jest to (może chwilowa, ale jednak) ikona, to niech będą najlepsi. Niech kopią tyłki aż wióry lecą. Niech nie dają zasnąć ani normalnie spożywać posiłków. Niech zabijają na raty swoją zajebistością. A tu...nic z tych rzeczy się nie dzieje. Gdy słucha się tej płyty, wszystko jest w porządku. Główka i nóżka same chodzą w rytm, ucho raduje się ciekawymi, bogatymi aranżacjami, a nad wszystkim króluje mocny, lekko zachrypnięty wokal Elin Larsson (oczywiście dla słuchaczy płci męskiej nierozerwalnie związany z jej niebanalną urodą). Gdy płyta się kończy...zostaje utwór tytułowy i może jeszcze I Felt A Change, gdzie wokalistka z towarzyszeniem e-piana opowiada o swojej stracie. Małe reminiscencje Changes Black Sabbath, ale żadna to zżyna. Reszta przepływa, przelatuje i oczywiście możemy to puścić znów i znów i nawet doszukać się kolejnych intrygujących momentów, ale po prostu chciałoby się więcej. 

Lady in Gold na pewno spodoba się dotychczasowym fanom zespołu, spodoba się także miłośnikom brzmień vintage. Już widzę te teksty o rycerzach (i księżniczce) hippisowskiego rocka. Ja jednak czuje mocny niedosyt. Nie wiem czy to zboczenie muzyka, ale mając taki potencjał, taką wokalistkę, otaczający zespół swoisty kult, zadbałbym o konkretne, wrzynające się w pamięć melodic hooks. Na najnowszej płycie Blues Pills wyraźnie tego brakuje. Dlatego, pod tym względem, dla mnie to rozczarowanie.

P.S. Trzebaby powoli się zakładać o to kiedy Elin odbije i zacznie karierę solową. Bo bycie w zespole jest takie niemodne...




piątek, 5 sierpnia 2016

Steven Tyler - We're All Somebody from Somewhere (2016)

Od kiedy Aerosmith zawitało do mojego kręgu zainteresowań, czyli gdzieś około 1994 roku dzięki TV Polonia i emitowanym codziennie videoklipom do Crying i Livin' on the edge, Steven Tyler wydawał mi się najbardziej kumatym gościem z całej tej gromadki. Wiadomo - wokalista, lider, frontman. Ale nie zawsze to idzie w parze. Tu i owszem. Dlatego pewnie on pociągnął zespół ku zwiększonej ilości pościelówek, z I don't want to miss a thing na czele, bo w drugiej połowie lat 90. aerosmithowy rock zaczynał być już mocno passe. To on kilka lat temu zasiadł w jury amerykańskiego Idola, kiedy Aeromith popadło w kolejny już w historii okres stagnacji. I to on w końcu nagrał płytę solową "z potencjałem". Bo choć pierwszy był Joe Perry, to dopiero płyta Tylera jest płytą "dla ludzi". Straszono country, a We’re Somebody from Somewhere - bo tak nazywa się pierwszy solowy album Stevena - trafił nawet na szczyt listy najlepiej sprzedających się albumów w tej kategorii. Na szczęście dla nas wszystkich nie wszystko jest czarno-białe.


Steven nagrał płytę z materiałem, który niespecjalnie, a w większości w ogóle, nie sprawdziłby się w macierzystej formacji. Taki zazwyczaj jest motyw wydawania płyt solowych przez członków znanych zespołów. Z tym, że nasz bohater dokonał tego w wieku 68 lat. Czyli kisiło mu się to w trzewiach dość długo. I jak już wybuchło, to poszło w stronę korzeni. Które w Ameryce najłatwiej nazwać "country", ale w rzeczywistości dużo tu folku, popu, bluesa, tak zwanej americany. Country też oczywiście jest, ale raczej pod postacią jego nowoczesnej wersji.Odnajdujemy je w klimacie całości, w aranżacjach ze skrzypcami i banjo.

Całość pilotowała piosenka "Red, White and you", którą z początku odszyfrowałem jako Red wine and you....Prosty, chwytliwy pop, ale z gatunku tych, które chwytają od razu pewną specyficzną nostalgią i melancholią. Najbardziej przebojowy numer na płycie, ale też kwintesencja jej wakacyjnego, beztroskiego klimatu. Ja jestem amerykańskim chłopakiem, Ty bądź mają amerykańską dziewczyną. Wszystko wokół jest tak wspaniałe, wujek Sam dba o nas, a reszta nie ma znaczenia, póki Tom Petty śpiewa w radio - tak można streścić przesłanie Red, White and you. Bo dobrze być Amerykaninem i Steven doskonale o tym wie. Podobnie zwiewny klimat panuje choćby w Gipsy Girl i Love is your name - znów rzecz o płci pięknej, szukaniu swoich szans, tęsknocie. Te tekstowe banały wraz z przebojowymi melodiami doskonale pasują do letniej pory. Niezależnie czy podróżujemy właśnie po bezdrożach USA czy walczymy z komarami na działce pod Wyszkowem - klimat We’re Somebody from Somewhere trafia w samo sedno lata. Dlatego cieszmy się tą płytą póki noce są ciepłe, a kobiety bardziej rozebrane niż ubrane. To się powtórzy dopiero za rok.

Są tu także numery, które jasno pokazują z jaką kapelą Steven związany jest/był przez całe dorosłe życie - taki My Own Worst Enemy, po lekkim przearanżowaniu, mógłby zamykać którąś z tych nowocześniejszych płyt Aerosmith. Także zaśpiewy z kawałka tytułowego przywołują ducha Powietrznego Kowala. Jest też nawiązanie wprost - przeróbka Janie's Got a Gun, obdarta z rockowego puchu, podana na surowo, zachowuje tajemniczość oryginału, do którego szczyptę klimatu południa Stanów Zjednoczonych dodają skrzypce i mandolina. To podejście wpisuje się w obowiązujący obecnie trend "stripped", w którym tak gustują wszelakie indie-zespoliki, ale tu mnie jakoś nie drażni. Nic za to nie wnosi cover Pieace of my heart. Skrzypce też są, ale całość brzmi bardzo podobnie do oryginału, więc jest tylko miłym dodatkiem, rodzajem bonusu. A wspomniany blues? W formie mocno nowoczesnej występuje w The Good, The Bad, The Ugly And Me i Hold On (Won’t Let Go). Przy okazji zwrócie uwagę na linię melodyczną zwrotki w tym pierwszym utworze - echa Don't get mad, get even Aerosmith bardzo miło łechtają ucho.

Czyli nie takie country straszne jak je malują. Otrzymaliśmy fajny, letni, popowy album od zasłużonego rockmana, który powoli zamyka rozdział pod nazwą Aerosmith. Można się zżymać, że takie piosenki jak I Make My Own Sunshine to rozmienianie się na drobne, ale jest to zrobione z takim urokiem i naturalnością, że naprawdę ciężko się czepiać. Pod warunkiem, że nie rządzą nami hormony z gatunku "musi być szatan". Czyli słuchaczom po 30. ta płyta powinna dobrze wchodzić wraz z letnim drinkiem....gdziekolwiek jesteście tego lata!

...........................................................................................
Zapraszam na moją audycję "Muzyczne Noce" w radiopraga.pl
Muzyczne nowości, archiwalia i ciekawostki koncertowe.
W każdą niedzielę o 21:00




 



niedziela, 17 kwietnia 2016

Santana - Santana IV (2016)

Kontynuacja myśli sprzed ponad 40 lat. Wbrew pozorom bardzo świeża.

Wiadomość o chęci skrzyknięcia "okołowoodstockowego*" składu Santany pojawiła się bodajże w 2013 roku i pamiętam, że poważnie mnie wtedy zelektryzowała. Nie to, że obecnemu zespołowi Carlosa czegoś brakuje (wystaczy posłuchać koncertówki Corazon - Live From Mexico), ale nie oszukujmy się - od parunastu lat twórczość gitarzysty to mniej lub bardziej udany, latynoski pop z coraz to bardziej wymyślnymi gośćmi. Dlatego powrót starej gwardii był jak najbardziej wskazany. 

I wreszcie jest. Pilotowana singlem "Anywhere you want to go" (piosenką już wcześniej wykonywaną przez Grega Rollie w jego solowym zespole) płyta "Santana IV" kontynuuje to, co przerwano w 1971 roku. Rodzaj pewnej magii ZESPOŁU SANTANA, który na początku lat 70. ustąpił miejsca Santanie - soliście. 

16 utworów, ponad 75 minut muzyki. Trochę dużo. Dałoby się wyciąć to i owo, ale w końcu na płytę "czekaliśmy" dobre 40 lat, więc możemy darować te kilka zbędnych chwil. Zaczyna się od Yambu, które - na moje ucho - powstało dosłownie w 5 minut. To taki jam, jaki zespół mógł zagrać pewnie na pierwszej próbie po 40 latach przerwy. Nie mniej wraz z kolejnym utworem, Shake it, przyjemnie wprowadza w tę bardziej piosenkową część płyty. Absolutnie nie ma jednak tu czego czepiać. Wręcz przeciwnie, cudownie jest posłuchać takiego jamowego grania na najwyższym poziomie, z TĄ gitarą (a właściwie dwiema, ale jedną bardzo rozpoznawalną) TYMI Hammondami i TYMI perkusjonaliami. Powiedzmy to sobie szczerze: to najlepsza rzecz jaka wyszła spod palców Santany od wielu, wielu lat. Anywhere you want to go to rasowy, santanowski numer, mimo że napisany kilka lat wcześniej przez Gregga Rolie. Ale właśnie to jest kluczowe w tym składzie. Że "santanowsko" brzmi nie tylko sam Santana, ale cały zespół. To oni wspólnie tworzyli to brzmienie czterdzieści parę lat temu i teraz mamy okazję posłuchać nowych nagrań ludzi, którzy stworzyli ten styl. Nie są to naśladowcy, kopiści czy zręczni kuglarze, żonglujący inspiracjami. To ci goście wymyślili latino-rocka.

Żeby było jasne: nie mamy tu tematów na poziomie Oye Como Va czy Samby Pa Ti. Ale nikt się chyba cudów nie spodziewał. Pojawiają się miłe, skomponowane tematy w postaci Sueños czy You and I, ale "nic w życiu nie zmieniają". Dominuje jamowanie, cieszenie się muzyką: raz żywiej (doskonałe, połączone ze sobą Choo Choo i All Aboard - takiego grania można by słuchać w nieskończoność), raz bardziej nostalgicznie (dedykowane jednej z tych magicznych sal koncertowych tamtych lat Fillmore East). Pojawiają się propozycje piosenkowe (wspomniany singiel i nagrane z gościnnym udziałem Rolanda Isleya, wokalisty na stałe współpracującego z Santaną, Love Makes  The World  Go Round oraz Freedom in your Mind), ale nie są to w żadnym razie potworki, jakimi raczył nas Carlos przez ostatnie lata. Coś magicznego jest w tej kontynuacji "woodstockowego" Santany. Chyba nie mogło być lepiej. Ta muzyka po prostu cieszy. Latynoski posmak powoduje, że nogi same rwą się do tańca, a fenomenalne dialogi gitarowo-gitarowo-hammondowe masują uszy spragnione dobrego grania.

Tak jak zaznaczyłem na wstępie: nie zaszkodziłoby małe odchudzenie płyty - na przykład o raczej wymuszone Leave Me Alone. Z drugiej strony nawet te "słabsze" momenty są jak najbardziej słuchalne. A to zawsze kilka minut więcej spędzonych z tym składem. Dla mnie Santana IV na pewno ścisła czołówka płyt roku.


* skład obejmuje Carlosa Santanę, Michaela Carabello, Gregg Rolie, Michaela Shrievea, Neala Schona, czyli muzyków biorących udział w nagraniu albumu Santana III.  Dodatkowo pojawili się  Benny Rietveld i drugi perkusjonalista Karl Perazza