środa, 12 sierpnia 2020

Deep Purple - Whoosh! (2020) - recenzja

 



Deep Purple już dawno osiągneli status "cieszmy się, że jeszcze grają, nic już nie muszą". To ulubione hasła fanów w przypadku nowych wydawnictw wykonawców, którzy przekroczyli 60. rok życia i w świadomości ogółu funkcjonują na zasadzie "to oni jeszcze żyją?!". Robi się z tego trochę takie podejście nakolannikowe - pojawiają się recenzje 10/10, uwypuklanie plusów, pomijanie minusów i inne typowo fanowskie zabiegi. Z resztą sam uległem temu syndromowi w recenzji InFinite sprzed 3 lat, bo jednak jest w tym wiele prawdy. Jesli zespół jest na scenie od pół wieku, każda płyta, każda kolejna trasa może być tą ostatnią. A przecież TAKICH zespołów jest coraz mniej. Dlatego "głaszczemy".

Pierwszy singiel z tegorocznej płyty Deep Purple, Throw my bones, pojawił się kilka dni po zamknięciu nas w domach przez władców tego świata w ramach tak zwanego "lockdownu" i...nie zachwycił. Ładna piosenka, ale - znów fani - gdzie Hammondy, gdzie ciężar? Co to za solo gitary typu "kopiuj-wklej"? W końcu gdy w 2017 pojawiła pierwsza zapowiedź Infinite, głośniki aż rozsadzała energia i moc (mowa o Time for Bedlam oczywiście). Co to będzie? Druga próbka pognębiła tych jeszcze wierzących. Man Alive to jeden z najbardziej eksperymentalnych kawałków Purpury od dawna. Melodeklamacja, fragmenty jakby wyjęte z jakiegoś filmu, brak chwytliwej melodii - zapowiadało to wszystko katastrofę.

W końcu jednak, opóźniona o dwa miesiące (thanx to Coronavirus), pojawiła się dwudziesta pierwsza studyjna płyta Deep Purple Whoosh!. I jak jest? Nie tak źle jak się zapowiadało!

Ustalmy od razu - poprzednik ustawił poprzeczkę dość wysoko i niestety nie udało się jej przeskoczyć ani nawet dotknąć. Na Whoosh brakuje choćby jednego killera, poprzednio mieliśmy ich trzy, a może i cztery. Utworu, który choć nie przejdzie do historii rocka (bo to nie te czasy), to powoduje szybsze bicie serca i przyjemne mrowienie na skórze. Tym razem, zgodnie z zapowiedziami zespołu, jest bardziej piosenkowo, utwory są bardziej zwarte (i jest ich więcej). 

Whoosh na pewno można pochwalić na nieskazitelną produkcję Boba Ezrina i jak zawsze absolutnie najwyższy poziom instrumentalny oraz - tu zawsze można mieć obawy, bo wiek... - wokalny. Gillan odnalazł się w "nowym" sposobie śpiewania, nie forsuje górek, raczej porusza się w rejestrach niższych, przez co jego 75 lat nie ma aż takiego znaczenia. Tak jak na poprzedniej płycie bryluje Don Airey, który ma ten szczególny dar, dzięki któremu z nawet przeciętnego pomysłu muzycznego jakąś zagrywką, szczegółem, brzmieniem wyciągnie to, co najlepsze. Plus oczywiście nienaganne solówki hammondowe oraz fortepianowo-syntezatorowe. Jego partia solowa w Nothing at all to prawdziwy majstersztyk!

Jeśli jesteśmy już przy tym numerze, to trzeci singiel z Whoosh!  jest chyba najbardziej zapadajacym w pamięć fragmentem płyty. Przepiękna, sielska melodia wiodąca, gdzie Steve i Don cudownie przeplatają muzyczne myśli, wyluzowany śpiew Gillana i wspomniana solówka hammondowa (przywodząca na myśl stare progresywne zespoły pokroju Ekseption) powodują, że z przyjemnością wracam do tego utworu.

Oprócz tego jest tak, że jak gra, to jest fajnie, a jak przestanie to niewiele zostaje w głowie.  Niezły bridge w Drop the weapon; damsko-męskie chórki zaakcentowane śmielej niż na jakiejkolwiek wcześniejszej płycie Purpli; intro i outro oraz intrygujący klimat Step by step; rock and rollowy, wypełniony tekstowymi cytatami niczym Speed King, What the What (na zasadzie, że "fajnie grają", a nie że to wybitny kawałek);syntezatorowe solo w Long way round. Jest też fajna miniaturka, służąca jako wstęp do Man alive - Remission possible. Mogłaby się z powodzeniam przerodzić w jakiś pełnokrwisty instrumental, a tak to tylko minutka i do domu.

Całość wieńczy (no prawie, bo mamy jeszcze swego rodzaju bonus) nagranie, które 52 lata temu rozpoczęło płytową karierę Deep Purple - And the adress. Swoista klamra? Pożegnanie? Jak podkreślają sami muzycy, w tym wieku każda płyta może być ostatnia. "Nabrali" nas trochę trzy lata temu (tytuł płyty i trasy zwiastował pożegnanie), ale jednak pociągnęli temat dalej. I chyba faktycznie warto przymknąć oko na pewne mankamenty i cieszyć się takimi, jacy są. Bo przy wszystkich mankamentach Whoosh! to jednak kawałek solidnego grania. Coraz rzadziej występującego w przyrodzie.



piątek, 19 czerwca 2020

Cigarettes After Sex "Cry" (2019) - recenzja

Wyobraź sobie….

Listopadowa noc w Częstochowie. Jesień ustępuje miejsca zimie, ale czyni to bardzo, to bardzo powoli. Właściwie niezauważalnie, bo to jeszcze nie ten moment. Już niedługo, ale jeszcze nie teraz.



Wyobraź sobie tę noc bardzo dokładnie. Właśnie wybiła 1:00, ulice są właściwie puste, gdyby wiał wiatr, można by powiedzieć, że nadaje tu rytm. Nieliczni przechodnie raczej przemykają niż dumnie kroczą. Ty snujesz się ze kumplami i butelką Ballenteinsa w dłoni. Macie do tego prawo. Właśnie zagraliście dobry koncert w lokalnej knajpie. Taki, który słyszało może 70 osób, ale który był po prostu dobry. Większość ludzi nie słyszała w życiu dobrego koncertu.

Jak się spotykacie? Po prostu idziesz. Ona też. Ona i koleżanka. Są tu na szkoleniu, mieszkają w Anglii. Zupełny przypadek. Moglibyście się minąć.

Saw you on the side of the road
I could see you walkin' slow
Drinkin' a Slurpee
In a peach baseball cap
Fallin' in my lap
You were so thirsty

Wiesz co to jest miłość od pierwszego wejrzenia? Wierzysz w nią? Teraz już tak.

Nie możecie od siebie oderwać oczu. Jakbyście znali się lata, dekady, stulecia. Jakbyście znali się od zarania dziejów. Po prostu jesteście, Ty i ona.

Przeżyłeś kiedyś coś takiego? Czas i przestrzeń stają w tej samej chwili, niewidoczne, niemierzalne, wyklęte poza nawias Waszej chwili. Czujesz jakbyś unosił się w powietrzu, wyrwany z objęć rzeczywistości.

Po prostu idziecie. Idziecie i rozmawiacie. Nie wiesz gdzie jest początek, bo nigdy go nie było.

Wanting your love to come into me
Feeling it slow, over this dream
Touch me with a kiss
Touch me with a kiss

-Rozwodzę się - mówi
-ja też…
-I mam dziecko..
-ja tez…

Nieważne czy faktycznie masz żonę czy nie, czy się rozwodzicie czy jeszcze nie, czy masz dziecko, gromadkę dzieci czy jesteś bezpłody. To wszystko w tej chwili nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Słowa pojawiają się same, nietknięte prozą logiki. Wszelaka codzienność jest w tym momencie zupełną abstrakcją. Dajcie sobie niesamowitą energię przez samą obecność. Obydwoje czujecie coś, czego nigdy nie było dane wam zaznać. W filmach nazywają to „tym czymś”, ale wy jesteście tu i teraz. Zawieszeni pośród częstochowskiej nocy.

Ten pocałunek jest magiczny
Przykrywa wszystkie inne pocałunki całunem zapomnienia
Boże, jaka ona jest piękna. I dobra. Kochana taka. Jakby anioł spłynął z nieba i dotknął Cię opuszkiem palca. Tu, w tej chwili, na częstochowskim bruku wiesz, że zawsze będziecie razem.

Come to me now
Don’t let me go
Stay by my side

Ona nie mieszka ani tu ani nigdzie w tym kraju. To by było za łatwe. Mieszka w Anglii. Tej Anglii, która już raz Cię pokonała. Teraz Twoja kolej.

O czym myślisz, gdy się rozstajecie?
O tym, że ona Cię uwolni?
O tym, że to koniec tułaczki po świecie?
Pocałunek jest tak nieskazitelnie delikatny, pozbawiony wulgarnej erotyki, napełniony waszą bliskością. Jakbyś całował najbliższą sobie istotę. Jakbyś całował Anioła.


Now you’re above feeling it still
Tell me it’s love, tell me it’s real
Touch me with a kiss, feel me on your lips


Jak myślisz, co było dalej?


When you walk in the room in a white bodysuit
& I say, “take it off” so you tell me to watch

When it’s pure, only your love could get me to fall
When it’s deep, gets so hot & it’s so beautiful

Nic z tych rzeczy. Byłeś pewny, że tak będzie. Że będziecie się kochać, bez krzty wstydu smakując swoje ciała w jej łóżku, w którym spłodziła syna ze swoim ex-mężem. A może jeszcze mężem, przecież są w trakcie rozwodu. Ale czy to ma znaczenie? Nie bardzo.

Po prostu byłeś pewny. Po takiej uwerturze tylko głupiec by zwątpił.

A jednak.

Wasz wirtualny kontakt to zupełne przeciwieństwo tego, co dzieliliście przez to 20 minut
Brak odpowiedzi. Brak komunikacji. Rwane zdania. Robisz dobrą minę do złej gry. Ona nie chce rozmawiać. Nie chce żebyś zadzwonił. Jak długa zajmie Ci zrozumienie prawdy?

Could you love me instead of
all the boyfriends you get?
Know I’d make you forget
about all of those rich fuckboys


“Fuckboy” zjawia się po 3 miesiącach. Piszesz dla niej wiersz, akurat w sam raz na Walentynki. Liczysz, ze ta pieprzona wrażliwość zrobi na niej jakiejkolwiek wrażenie. Czyta i mówi, że dziękuję, że „fajny”.

Żebyś wiedziała, że fajny, zaczyna się przecież od słów „Tak pięknie się w Tobie zakochałem”. Cholera, musi być fajny!

Because this is where
I want to be
Where it’s so sweet & heavenly
I’m giving you all my love


I gdy myślisz, że jednak nie wszystko stracone, że przyjedzie tu na ostatnią rozprawę rozwodową, kiedy już jej mąż będzie ex-mężem na mocy prawa, nagle następuje cisza.
Dzień
Dwa
Trzy

Przegrałeś.


When I was young
I thought the world of you
You were all that I wanted
That faded and I
never saw you again
But I wont forget the love we had



„Spotykam się z kimś”. Te cztery słowa są jak cięcie. Ostateczne cięcie. Przecież mogłeś się spodziewać, głupcze. Tak trudno było pojąć, że taka miłość się nie zdarza? Że wszystko to sobie wymarzyłeś, szczytując z jej wiadomości to, co chciałeś przeczytać? Ale jak to…3 dni? 3 dni wystarczyły? Przecież mieliście być na zawsze. Miałeś tam, kurwa, lecieć. Rzucić wszystko i lecieć do tej pieprzonej Anglii. 

And my heart goes out to you wherever you are

Zostajesz z niczym. Magia towarzysząca waszemu pierwszemu i ostatniemu spotkaniu to za mało. Pozostaje muzyka.

…………………

To przepiękna płyta. W recenzjach setek albumów przewija się zdanie „podszyta melancholią”, ale po usłuszeniu Cigarettes After Sex zrozumiesz, że to określenie przynależne jest tylko tej muzyce. Pod jednym z nagrań grupy w serwisie Youtube ktoś napisał „Cigarettes After Sex makes me feel like I'm in love with someone who doesn't exist.”.

To prawda. Podczas słuchania Cry wszystkie romantyczne uczucia, jakie kiedykolwiek żywiłeś do osób, których już przy Tobie nie ma, łączą się w jedno i eksplodują przenikliwą ferią nostalgii i poczucia straty. Dlatego przestrzegam osoby, które akurat są na życiowym zakręcie i nie mogą sobie poradzić z rozstaniem – nie słuchajcie Cigarettsów.

Zarzuty? Od początku do końca to muzyka dość jednostajna i niemalże monotonna. Te same zabiegi aranżacyjne – ascetyczna sekcja rytmiczna, grająca te same tempa; shoegaze’owa gitara i syntezatorowe tła. Ale zapewniam Was – w tym szaleństwie (o ile to słowo w ogóle pasuje do tej muzyki) jest metoda. Trzeba się w tę magmę zanurzyć.

Nad wszystkim króluje głos, który zniewala od samego początku, androgeniczny, hipnotyzujący, pełen nostalgii, smutku ale i niesamowitego ciepła. Można pomylić z kobietą, ale to Greg Gonzalez, frontman i założyciel kwartetu (w wywiadach brzmiący jak najbardziej męsko). To on i jego teksty są kolejnym elementem układanki. Proste, miejscami nasiąknięte niespodziewanie erotyką, trafiające w sedno, zostające w głowie, łączące się wściekle szybko z emocjami, które w nas drzemią.    

Naturalnie to płyta późno-jesienna. Gdy dni są krótkie, miasto zatopione w szarudze, a minione lato i nadchodząca zima niebezpiecznie mieszają nasze emocje. Kilka taktów i przepadłeś. Ale warto tak przepaść. Pozwolić omotać się tym dźwiękom. Spróbować melancholii i zadurzyć się w tej muzyce.  A potem wracać i wracać….


I was meant to love you and always keep you in my life
I was meant to love you, I knew I loved you at first sight






Wszystkie cytaty pochodzą z tekstów piosenek na płycie Cry. Ostatni cytat pochodzi z piosenki Opera House z płyty Cigarettes After Sex

Roma Lobos Beauty Art Studio. Roma Lobos to piękna kobieta. Niestety fałszywa.
R

czwartek, 1 listopada 2018

Per Gessle's Roxette 21.10.2018, Stodoła, Warszawa [relacja]

Koncert, którego nikt nie chciał - można by powiedzieć patrząc na frekwencję na warszawskim koncercie Pera Gessle, jednego z najbardziej utytułowanych twórców piosenek pop lat 80. i 90. XX wieku oraz połówki popularnego w tamtych czasach duetu Roxette. Jeśli takie portfolio wystarcza na zapełnienie naciąganej połowy Stodoły, to zaiste smutne nastały czasy. Czynników mogło być kilka - przede wszystkim TO NIE ROXETTE, więc 95% niedzielnych fanów, którzy w 2011 i 2015 zapełnili warszawski Torwar (a w 2012 w mniejszym stopniu gdańską Ergo Arenę) odpadło. No i termin - ubóstwiane przez wszystkich Riverside akurat tego dnia wyznaczyło w Warszawie finał polskiej części trasy promującej album Wasteland. Z Nocnym Kochankiem i Riverside nie wygrasz- gdy oni grają w mieście, każdy mniejszy koncert skazany jest na braki frekwencyjne. No po prostu tak jest, że ludzie kochają heheszki Sokołowskiego i smuty Dudy i nic nie zdziałasz, szczególnie jeśli jesteś już lekko przebrzmiałą (przynajmniej medialnie) gwiazdą lat 90. XX wieku i do tego nie masz przy sobie TEJ wokalistki.

Oczywiście trochę przesadzam -  Per Gessle to nie jest gość, który przyciągnie na swój koncert rockową publiczność. I tu można napisać: a szkoda. Bo solowe koncerty Pera (poprzedni mieliśmy okazję podziwiać w tym samym miejscu 9 lat wcześniej) to wulkan energii i rockowego sznytu (poprzedzielany oczywiście słynnymi balladami). W niedzielę na dobry początek poleciało The Look. I od razu muzycy narzucili klimat wieczoru. Na tej trasie Perowi towarzyszy powiększony skład. Więc w sumie (miejscami, bo wiadomo że Per gitarę trzyma bardziej dla efektu niż konkretnej gry) 3 gitary oraz bardziej hammondowe niż syntezatorowe aranżacje utworów powodują, iż rockowe serce od razu mocniej bije. Z resztą - toż to klasyk i po prostu świetna piosenka! I takich świetnych piosenek pojawiło się tego wieczoru równo 20. Zgodnie z nazwą trasy - głównie z repertuaru Roxette, ale na szczęście Per sięgnął po dwie perełki ze swoich solowych krążków. Urocze I Have a Party in My Head (I Hope It Never Ends) i niesamowite "Doesn't Make Sense" nie stoją daleko od swoich roxettowych braci. Szkoda tylko "Do you wanna be my baby", które było jednym z najbardziej energetycznych punktów poprzedniej solowej trasy Pera (co na szczęście uwieczniono na albumie "Gessle over Europe").

Trasa Per Gessle's Roxette zbiegła się z premierą nowego krążka Szweda, stąd w setliście koncertu jeszcze jedna piosenka "solowa" - Small Town Talk. Co ciekawe, w dużej mierze zaśpiewana przez gitarzystę Christoffera Lundqvista. Okazało się, że "profesor" (jak nazywa go Per) dysponuje całkiem ciekawym, melodyjnym głosem. A poza tym jest bardzo uniwersalnym, a jednocześnie charyzmatycznym gitarzystą. Udowodnił to między innymi w końcówce jak zwykle czarującego Doesn't make sense - bardzo intensywne uderzanie w struny spowodowało, że na instrumencie pojawiła się krew z rozciętego palca Oczywiściej, jak na profesjonalistę przystało Christoffer grać nie przestał.. Zespół Pera to w ogóle zgrana paczka - na scenie czują się bardzo swobodnie, mimo że obecna trasa to zespół aż 8-mio osobowy i momentami jest trochę tłoczno - w porównaniu z poprzednimi doszła skrzypaczka i gitarzysta (to pokłosie amerykańskiego rodowodu nowej płyty, którą nagrywano w Nashville, a więc bez słuchania można wyobrazić sobie, że brzmi trochę...amerykańsko). Aranże stały się przez to bogatsze, a skrzypce w muzyce Roxette to może niekonieczny, ale bardzo sympatyczny dodatek. Jeśli chodzi o aranże to mam tylko jedno zastrzeżenia - kompletnie zmieniono (także harmonicznie) dwa klasyki, Spending my time i Fading like a flower. Niby kombinowanie jest fajne, ale...uleciała gdzieś lekkość i przepiękna melodyka tych kawałków. Całość uratowała urocza i czarująca anielskim głosem Helena Josefsson. Na trasie w 2009 i w Roxette zajmowała się raczej chórkami (zbierając jednak ogromne owacje), teraz niejako weszła w skórę Marie Fredriksson po prostu ją zastępując (co oczywiście - z tego co wiem - spowodowało wśród fanów (oczywiście w Internecie) wiele negatywnych komentarzy, że jak to, skandal, że Marie jest nie do podrobienia i tak dalej. Owszem, ale ktoś musiał te piosenki zaśpiewać. Naprawdę cieszy, że Per nie pozwolił im odejść w zapomnienie (nie oszukujmy się, moda na Roxette umarła śmiercią naturalną jakieś 20 lat temu) i postanowił ruszyć w trasę pod tym szyldem. Helena nie dysponuje głosem aż tak mocnym jak Marie, ale moim zdaniem poradziła sobie z zadaniem znakomicie, a jej sceniczna prezencja jest po prostu niesamowita - miks dziewczęcego uroku, humoru i dużo, dużo uśmiechu.

I tak sobie ten koncert płynął - 110 minut super pozytywnego power popu wprost z lat 80 i 90. przekładanego balladami, które każdy zna z radia. Wszystko podlane naprawdę sporą energią i charyzmą sceniczną, a także zabawnymi "gadkami" pomiędzy utworami (tu prym wiedli Per i basista Magnus Borjeson, co chwilę przekomarzając się). Nie zapomnijmy też o stojącym/siedzącym nieco z tylu klawiszowcu Clarence Ofwermanie - to producent współpracujący z Perem od lat 80., jak stwierdził żartując lider, "odpowiedzialny za wszystkie hity i wtopy zespołu". Super pozytywny wieczór, podczas którego można było bezkarnie pokrzyczeć jedne z najbardziej melodyjnych refrenów w historii popu. Szkoda, że tylko, że publiczność nie zapełniła Stodoły, ale niech żałują ci, co nie byli.


środa, 24 maja 2017

Deep Purple - The Long Goodbye Tour - Atlas Arena, Łódź, 23.05.2017 - relacja

Deep Purple to jeden z tych zespołów, które w Polsce zawsze mogą liczyć na przychylność publiczności. Trasa Long Goodbye Tour, w zamyśle pożegnalna, obdarzyła nasz kraj aż dwoma koncertami, co w minimalnym stopniu odbiło się na frekwencji w łódzkiej Atlas Arenie - w końcu ci z południa kraju  mieli bliżej do Katowic. Nie było jednak źle, choć oczywiście marketingowcy zdobyli na pewno trochę duszyczek podkreślając na każdym kroku, że "to już ostatni" raz, choć oczywiście co lepiej obeznani w temacie fani domyślają się, że zespół prawdopodobnie jeszcze do nas wróci.

Nie ma co jednak czarować - okręt pod purpurową banderą kieruje się powoli ku portowi przeznaczenia. Czy zajmie mu to jeszcze rok, trzy czy pięć - żyjemy w momencie pożegnania Głębokiej Purpury ze sceną. Jest to jeden z tych zespołów-symboli, choć przechodzący wiele zmian składu, to jednak o rozpoznawalnym, charakterystycznym brzmieniu i tej specyficznej energii, właściwiej tylko zespołom TAMTYCH lat.  Nie ma i nie będzie już takich zespołów.

Mam świadomość, że moje pisanie o Deep Purple jest nacechowane mocną subiektywnością. Raz, że od małego był to mój ulubiony zespół i nawet obecnie, mimo lekkiej korekty gustu muzycznego, pozostaje w absolutnym topie wszechczasów. Dwa - Memoriał Jona Lorda, który powoduje, że co roku obcuję z tą muzyką wyjątkowo blisko. Trzy, że tych Purpurowych koncertów trochę już zaliczyłem i moje spojrzenie choćby na kwestie setlisty na pewno różni się od spojrzenia osoby postronnej, która po prostu poszła "na koncert".

A setlista, przyznać trzeba, może nie zaskoczyła, ale na pewno mogła zadowolić bardziej niż te z kilku ostatnich lat. Co prawda nie da się uciec od Smoke on the water i Black Night, ale cztery numery z InFinite i dwa z Now What?! spowodowały, że nagle 1/3 zagranych tego wieczoru utworów to były nowości. Od razu muszę dodać, że utwory z najnowszej płyty wypadły po prostu świetnie. Dobrze odnajduje się w nich Ian Gillan (bo dopasowane są do jego obecnych możliwości wokalnych), a same w sobie są po prostu "bardzo fajnymi kawałkami". Nawet wyklęty przez większość, niemal popowy Johnny's Band, zabrzmiał w Łodzi porywająco. I mówcie co chcecie, ale refren tego drobiażdżku jest po prostu doskonały. A otwierającego całość Time for Bedlam i umieszczonego w środku setu The Surprising słucha się właściwie tak wybornie, że  kolejna wersja Highway Star naprawdę nie była nam potrzebna (zespół zresztą pomyślał tak samo i ten kawałek pominął).

Oprócz tego było klasycznie - Lazy, wspomniane wyżej Smoke... i Black Night, Perfect Strangers, Hush, Bloodsucker, Fireball i kilka innych...purpurowa jazda obowiązkowa. Przyznam szczerze, że o ile ograny do nieprzyzwoitości Smoke po prostu mnie już nie grzeje, to takiego Hush, dzięki bardzo intensywnemu dialogowi gitarowo-organowemu w środku, mogę słuchać zawsze i wszędzie. Generalnie Purpura stoi teraz instrumentalistami, z których prym wiedzie Don Airey. Pełno go wszędzie i dzięki urozmaiconemu zestawowi zabawek klawiszowych jest w stanie zaciekawić nawet gitarowych fetyszystów, którzy najchętniej podkręciliby głośniej gitarę Steve'a Morsa. Ten, nie wiem czy z powodu narastających problemów z ręką, czy świadome, troszkę usunął się w cień. Nadal jednak jest to, wraz z sekcją Glover-Paice, świetnie naoliwiona, choć wiekowa, maszyna. Najsłabszym ogniwem pozostaje, z racji wieku, Ian Gillan, ale - o dziwo - tego wieczoru radził sobie nadspodziewanie dobrze. I choć wysokie rejestry dawno poszły w zapomnienie, a niektóre partie "dośpiewuje" za Iana gitara, to przyznać należy, że naprawdę był to wokalnie całkiem dobry występ (a pamiętajmy, że Gillan w tym roku kończy 72 lata).

Jaki był więc to koncert? Na pewno nie było atmosfery pożegnania i  w tym kierunku gestu nie uczynił. Dostaliśmy naprawdę solidne 100 minut klasycznego hard rocka, od zespołu, który powstał 50 lat temu. Zespołu, który w tym roku wydał swoją 20. studyjną płytę, na którą trafiło kilka naprawdę świetnych kawałków. Zespołu, który nadal ma tę iskrę złotych lat 70., mimo że jego członkowie albo już przekroczyli albo właśnie dobiegają do siedemdziesiątki. W momencie, kiedy Polska żyje sporem o festiwal w Opolu, ci panowie proponują MUZYKĘ. Energię, polot, kunszt i jakość, z którą nie mógłby się równać żaden wykonawca wspomnianego "święta polskiej muzyki". 

Nie jest to ten sam zespół, który czarował specyficzną magią i atmosferą nieprzewidywalności za czasów Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda. Tamten duet tworzył MAGIĘ Purpury. Jej już nie ma, bo tacy muzycy rodzą się raz na 1000 lat,a ich spotkanie jest jak zderzenie absolutów. Nadal jednak pozostaje coś wyjątkowego, ulotnego. Ot, choćby w szczegółach, kiedy Don Airey gra swoje solo przed Perfect Strangers i wplata charaktersytyczne dla danego kraju motywy (u nas Chopin i doskonale podchwycona przez publikę Szła dzieweczka do laseczka). Albo gdy pojawia się uotnie piękna, gitarowa introdukcja do Uncommon Man. Takich rzeczy już się nie robi. Kolejne pokolenia mają już inną wrażliwość, a ludożerkę karmii się męskimi graniami. Na tym tle Deep Purple zawsze byli wyjątkowi. Szkoda, że to się kończy. Następców brak.



P.S. Jako support wystąpił kanadyjski Monster Truck. Przyjemny stoner pod nóżkę, dość ciepło przyjęty przez publiczność. Taki z kategorii do sprawdzenia.

piątek, 7 kwietnia 2017

Deep Purple - InFinite (2017) - recenzja

Aż trudno uwierzyć ale w przyszłym roku minie pół wieku istnienia Deep Purple. Panowie powoli żegnają się ze sceną (choć na szczęście będzie to długie pożegnanie), ale cieszy fakt, że mają jeszcze chęci i energię do tworzenia nowej muzyki (co w poprzedniej dekadzie nie było takie oczywiste, a Ian Paice otwarcie mówił, że nie mają motywacji do pracy w studiu, skoro płyty tak słabo się sprzedają). Sukces wydanej w 2013 roku Now What?! dodał jednak zespołowi skrzydeł. Na co więc stać Purpli AD 2017?


Przede wszystkim otrzymujemy płytę bardzo krótką. Łącznie 45 minut materiału, a jeśli odliczyć cover Roadhouse Blues, to zostanie 39. Czas ten zagospodarowany jest jednak bardzo ciekawie
i momentami zaskakująco. Nie wszystko na tej płycie jest w pełni udane, ale...w przypadku, nie bójmy się tego określenia, dinozaurów rocka MUSIMY inaczej patrzeć na nowe wydawnictwa. To nie są już 20-to letni młodzieńcy z głowami, które aż buzują od świeżych pomysłów. Mamy na talerzu owoc pracy muzyków, którzy największe artystyczne sukcesy osiągali na przełomie lat 60. i 70 XX wieku, a obecnie część z nich jest już w wieku emerytalnym. Należy także pamiętać o tym, że jednak artyści i ich propozycje przez pół wieku mogą się jednak zmienić. Jeśli ktoś oczekuje po tych panach kolejnego Highway Star czy Smoke on the water, to niech po prostu InFinite nie słucha.

Płyta ma 4 bardzo mocne punkty, z czego dwa poznaliśmy w postaci singli jeszcze przed premierą całości. Time for Bedlam zachwyca pędem przypominającym mocno klasyczne Pictures of Home, a także intryguje mocno antysystemowym tekstem Gillana (Sucking my milk from the venomous tit of the state/This clearly designed to suppress every thought of escape). All I Got is You to po prostu perełka. Zaczyna się reminiscencją z introdukcji do Cascades: I'm not your lover, mamy też bardzo melodyjne, melancholijne zwrotki (i dwa przekleństwa Gillana;) i pełen furii riff. Ciekawie gra tu Don Airey - syntezatorowe solo, które może irytować "metaluchów", jest miłym urozmaiceniem. Dla wielu najmocniejszy punkt płyty to The Suprising. Jest epicko (znów balladowy, piękny początek i mocniejsze rozwinięcie) i progresywnie (utwór poskładano z kilku motywów,a w środku pojawia się nawet część quasi-fimowa). Nie są to absolutnie "typowi Purple". No i czwarty - Birds of Prey. Za sprawą bębnów na początku trochę Zeppelinowaty, potem znów zahaczający o krainy progresywne (riff bardzo w stylu Rush!). Mam nieodparte wrażenie, że Steve Morse pilnie odrabiał lekcje na sesje z Flying Colors - końcówka tego utworu należy do niego i jest to typowe, epickie, "wykańczające" solo na orkiestrowym podkładzie klawiszy, w jakich lubują się panowie Neal Morse i Mike Portnoy. Szkoda, że zostaje wyciszone.

Z rzeczy bardzo ciekawych, trochę drobniejszych, lecz niewiele ustępujących czterem wyżej przedstawionym utworów są jeszcze oparty na bardzo "abandonowatym" groovie One Night in Vegas, w którym ciekawostką jest brak konwencjonalnego refrenu. Jego rolę z powodzeniem przejmuje jednak świetna, bardzo melodyjna zagrywka Aireya. No i mój osobisty, mały plusik za podkład do solówek - zaczerpnięty jak żywo z genialnego Doing it tonight (pewnie nieświadomie)! No i jeszcze ten fortepianowy pasażyk Dona na końcowym riffie - kolejny smaczek, który sprawia, że ten trwający 3:23 utwór jest po prostu wciągający. Z kolei Johnny's Band to bardzo popowa jak na ten skład propozycja z bardzo funkującym, jajcarskim riffem (który zalatuje trochę czasami...Come Taste the Band!). Melodyjny, acz nienachalny refren "robi" ten utwór. Znów ciekawostka - intro bardzo w stylu Losing my strings z Purpendicular. Niby nic, ale kawałek ma w sobie bardzo pozytywną energię i melodię.

To według mnie najmocniejsze punkty InFinite. Pozostałe trzy autorskie kawałki nie przekonują mnie przede wszystkim pod kątem melodii, aczkolwiek nie są to rzeczy złe albo fatalne - instrumentalnie jak zwykle Purple lśnią, jednak nie ma tu nic "ekstra", co wyróżnia wyżej wymienione pozycje, szczególnie właśnie pod kątem melodyki - trochę przypominają materiał z Abandon, gdzie zespół starał się "przygrzmocić",  zapominając jednak, że piosenka powinna zostawać w głowie słuchacza. W On the Top of The World wyróżnić można sposób prowadzenia i melodie zwrotek -  przypominają mi...Anyone's Daughter z Fireball (1971!). Tym niemniej nieźle się tego słucha choćby pod kątem instrumentalnym.

Płytę kończy cover, którego mogłoby nie być. Roadhouse blues to numer ograny na przestrzeni kilku dekad w tę i z powrotem, wersja Purpli nie wnosi do tematu nic nowego ani ciekawego. Ot, weszli do studia, pobawili się i poszli. Fajnie byłoby usłyszeć w tym miejscu jeszcze jeden autorski numer, ale skoro tak zespół sobie wymyślił, to niech tam będzie. Choć solówki oczywiście mile łechtają ucho.

Dwudziesta studyjna płyta Deep Purple nie zawodzi. Jak napisałem wcześniej - trzeba do tej muzyki podejść z otwartą głową. Panowie uprawiają rocka zupełnie innego niż 40 lat temu, zachowując jednak charakterystyczne dla stylu elementy. Kombinują z formami (The Suprising, Birds of Prey), brzmieniem (szczególnie Airey - więcej tu solówek syntezatorowych niż na poprzednich płytach Purpli; Paice zaś w paru momentach brzmi mocno...Zeppelinowato). Głos Iana Gillana brzmi pewnie mimo 70. na karku. Słychać, że nauczył się korzystać w pełni ze swoich obecnych możliwości - nie ma tu absolutnie rozpaczliwych prób popisów "w dawnym stylu").  Jeśli okaże się, że to ostatnia płyta Purpli - będzie to zakończenie kariery na wysokim poziomie. Jedni z ostatnich z wymierającego gatunku starzeją się godnie.


środa, 29 marca 2017

The Neal Morse Band, 28.03.2017, Progresja, Warszawa - relacja

Niby od paru lat nie jesteśmy już koncertowym zaściankiem Europy, niby wszystkie ważniejsze trasy koncertowe docierają także do Polski, ale co chwila "wielcy" tego świata, w postaci tłustych panów za biurkami, dają nam odczuć, że jednak nie wszystko jest takie różowe. Ot, choćby sprawa Metalliki - bilet na koncert kosztuje prawie 1/5 średniej krajowej, cała pula rozchodzi się w ciągu kilkudziesięciu minut (nie mówiąc już o fakcie, że sprzedawanie biletów imiennych bez możliwości zwrotu na ponad rok(!) przed wydarzeniem to chamski zabieg pod płaszczykiem walki z konikami) i...macie Polaki jeden koncert i niech ci, co zdążyli upolować bilet, uważają się za WYBRANYCH. Dla porównania: Szwedzi, Niemcy, Francuzi, Holendrzy i jeszcze kilka narodów "lepszego sortu" ma w swoich krajach po 2 i więcej występów "Bogów Metalu". Czyli jednak zaścianek...

Drugą taką anomalią są koncerty klubowe trochę artystów trochę mniej komercyjnych (umówmy się: Metallica to szczyt szczytów). Jakoś tak dziwnie się składa, że gro takich tras płynnie i sprytnie omija nasz kraj. Ot, choćby ostatnio Glenn Hughes. Albo Blackberry Smoke. Albo (tu trochę większe obiekty) Dave Matthews z Timem Reynoldsem - w takich Czechach się da, ale u nas już nie. Można by wymieniać w nieskończoność. Po prostu - u nas można być pewnym tylko Iron Maiden i Deep Purple. Cała reszta zajrzy jak wiatry dobrze powieją. Czemu? Nie wiem. 

Dlatego miło, że mała, acz ambitna Music Landscapes Productions pokusiła się o zorganizowanie w Polsce koncertu Neala Morse'a i jego zespołu. Jeszcze bardziej cieszy, że wszystko udało się bez najmniejszych zastrzeżeń - przynajmniej z perspektywy widza.

Nie było niespodzianek - zespół na tej trasie gra w całości (bardzo udany) The Similitude of a Dream. Mamy więc ponad 110 minut muzyki "nowej", zaprezentowanej niemal ciurkiem (z 15-to minutową przerwą w środki) plus bisy, także nie sięgające w przeszłość zbyt głęboko. Koncert w Progresji pokazał jednak, że materiał ten broni się na żywo bardzo dobrze. I jak to zostało zagrane! Nie raz i nie dwa można było złapać się za głowię i krzyknąć "jak oni to robią!?". Sprawność techniczna muzyków tworzących Neal Morse Band doprawdy robi piorunujące wrażenie. Niełatwy przecież materiał został wykonany nie tylko perfekcyjnie, ale i z duża dozą swobody, luzu, miejscami wręcz humoru. Zastrzelcie mnie, ale nie wydaje mi się, żeby polscy muzycy byli w stanie zrobić coś takiego. Nie chodzi mi tu absolutnie o umiejętności gry na instrumentach, gdyż przecież nasi krajanie sroce spod ogona nie wypadli...chodzi o "to coś", co łączy tą sprawność z luzem, "jajem", wrażliwością. A na dodatek te harmonie wokalne, zaśpiewane jak gdyby nigdy nic. No i kompozycje. Obłęd. 

Neal Morse Band to teraz prawdziwy zespół, choć oczywiście pod przywództwem Morse'a. A ten dwoi i troi się, nadając całości to rockowej dynamiki, to teatralnej mistyki. Będący tym razem lekko w cieniu Mike Portnoy pokazał po raz kolejny po prostu klasę. Jego strata to dla Dream Theater cios, po którym prawdopodobnie (artystycznie) zespół nigdy się nie podniesie. Ten facet ma w sobie po prostu to "coś" - charyzmę, artyzm, miłość do muzyki. Nie wspominając o stylu, który niesie tę muzykę w inny wymiar. Uzupełniani przez młodego Erica Gillete i trochę starszych Bill'ego Hubauera oraz Rand'ego George tworzyli na scenie jeden, idealnie zgrany organizm. 

Wychodząc z takiego koncertu można mieć tylko jedno pytanie: czemu taka muzyka nie jest popularna? Do cholery, jest tu wszystko: czad, refleksja, zabawa, przesłanie - a do tego perfekcyjne wykonanie. Czy wiecie, że bilet do Progresji kosztował 99 zł? I choć frekwencja absolutne nie rozczarowała (a trochę się tego obawiałem), to tłum jak zwykle poleci za Metallicą....