Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 listopada 2022

PG Roxette - Pop-up Dynamo! (2022) [recenzja]



Oj, namieszał Per w zapowiedziach tej płyty i narobił apetytu, choć co bardziej racjonalni odbiorcy mogli traktować owe PR-owe chwyty z przymrużeniem oka. No bo „brakujące ogniwo pomiędzy Look Sharp i Joyride”? Ponad trzydzieści lat później? No dajcie spokój. 62 latek ścigający się ze swoim o trzy dekady młodszym „ja”, które w owym czasie było jednym z najlepszych popowych songwriterów na świecie? Dobre sobie.


Roxette to ukochane dziecko Pera, które dało mu przede wszystkim międzynarodową sławę. Dlatego nie dziwi, że po śmierci Marie Fredriksson nie za bardzo wiedział co dalej z tym zrobić. Jasne, on pisał piosenki i był spirytus movens duetu, ale głos i osobowość Marie były absolutnym dopełnieniem. Bez niej nie ma jego jako Roxette. Dlatego dość karkołomnym wydał mi się pomysł swoistej kontynuacji dziedzictwa pod nazwą PG Roxette. Że niby Marie, nie mogąc już występować, dala swoje błogosławieństwo, że niby przemyślał i tak dalej. Cholera wie, ważne że postanowił działać, nagrał nowy materiał, a my możemy wydać wyrok.


Pierwszy kontakt z materiałem powoduje, delikatnie mówiąc, konsternację. No bo to NIE jest Roxette! Oszukali mnie, banda złodziei, szwedzkich decydentów – chciałoby się krzyknąć. Ale trzeba posłuchać. Odrzucić loga, etykiety. Po prostu skupić się na fakcie, że to Per Gessle. W wersji eksportowej. Tu musi być co najmniej dobrze.


Bo to jest fajna płyta. Taka zupełnie niedzisiejsza, jak cały Per. Zawieszona gdzieś tam między latami 80. (te syntezatory!) a ostatnim pełnowymiarowym Roxette [Good Karma,2016]. Podzielona pomiędzy zwrotki śpiewane wyraźnie postarzałym głosem Gessle a refreny współtworzone przez dziewczęco brzmiący duet Heleny Josefsson i Dea Norberg. A te refreny są zaiste zacne. Totalnie niedzisiejsze, postronnemu słuchaczowi mogące wydawać się- jak to się określa  - „cringowe” (Me nad you nad everything in between, Debris), ale żrące jak cholera. To jest songwriting, który odjeżdża w przeszłość w tempie ekspresu, ale za każdym razem uświadamia jaki powinien być pop. Dziecięca ekscytacja coraz to nowszymi wtyczkami i pomnikowanie producentów jako głównych twórców produkcji „muzycznych” zabiło „fajność” tak zwanej muzyki popularnej, jej niesamowitą zaraźliwość, a także artyzm, który towarzyszył jej, gdy królem popu obwoływano chociażby Michaela Jacksona. Został tylko produkt, goły produkt, który ma napchać kieszenie. Kiedyś też napychał, ale było to jednak coś zdecydowanie więcej. Na pierwszym miejscu była PIOSENKA.


Ale czy to wina biznesu, czy jednak odbiorców? To temat zdecydowanie szerszy.


My zostajemy na planecie Gessle. Na Pop-up Dynamo! królują proste piosenki z wyraźnymi melodiami, natomiast wbrew tytułowi i zapowiedziom trochę brak mi tu jednak dynamiki. Przeważają wolne i średnie tempa, a „hiciory” (ale znów, wbrew oczekiwaniom, mało gitarowe a i przez delikatność głosów wokalistek trochę, jak choćby Walking on air, rozwodnione) bardziej przedzielają senny klimat niż stanowią o klimacie płyty.


Mimo to, jako całość, płyta wypada bardzo spójnie. Jest świetnie wyprodukowana, ale nie przeprodukowana. 11 propozycji na podstawowej wersji albumu trzyma równy poziom i właściwie do każdej wraca się z przyjemnością. Gdzieniegdzie odnajdziemy ducha Roxette (You hurt the one you love the most, które ponoć powstało z pomysłu typu: „napiszmy nowe Listen to your heart!” – hmm, jednak nie; Debris, którego pierwsze akordy to głęboki ukłon w stronę przepięknego Crash! Boom!Bang!), ale ciężko mi traktować Pop-up Dynamo! jako jakiś nowy rozdział Roxette. Lepiej wypada jako po prostu kolejny anglojęzyczny projekt Pera.


Czy to nowy start dla całej ekipy? Wydaje mi się, że oczekiwania co do komercyjnego potencjału były większe i pomimo użycia marki Roxette muzyka z Pop-up dynamo! nie zawojuje raczej list przebojów. Miejmy jednak nadzieję, że będzie trampoliną do kolejnych nagrań w tym stylu oraz  koncertów PG Roxette, w tym tych w Polsce, bo ci, którzy byli na obu solowych koncertach Pera w naszym kraju, wiedzą jak potężna dawką energii i jednocześnie nostalgii charakteryzują się te występy.



piątek, 19 czerwca 2020

Cigarettes After Sex "Cry" (2019) - recenzja

Wyobraź sobie….

Listopadowa noc w Częstochowie. Jesień ustępuje miejsca zimie, ale czyni to bardzo, to bardzo powoli. Właściwie niezauważalnie, bo to jeszcze nie ten moment. Już niedługo, ale jeszcze nie teraz.



Wyobraź sobie tę noc bardzo dokładnie. Właśnie wybiła 1:00, ulice są właściwie puste, gdyby wiał wiatr, można by powiedzieć, że nadaje tu rytm. Nieliczni przechodnie raczej przemykają niż dumnie kroczą. Ty snujesz się ze kumplami i butelką Ballenteinsa w dłoni. Macie do tego prawo. Właśnie zagraliście dobry koncert w lokalnej knajpie. Taki, który słyszało może 70 osób, ale który był po prostu dobry. Większość ludzi nie słyszała w życiu dobrego koncertu.

Jak się spotykacie? Po prostu idziesz. Ona też. Ona i koleżanka. Są tu na szkoleniu, mieszkają w Anglii. Zupełny przypadek. Moglibyście się minąć.

Saw you on the side of the road
I could see you walkin' slow
Drinkin' a Slurpee
In a peach baseball cap
Fallin' in my lap
You were so thirsty

Wiesz co to jest miłość od pierwszego wejrzenia? Wierzysz w nią? Teraz już tak.

Nie możecie od siebie oderwać oczu. Jakbyście znali się lata, dekady, stulecia. Jakbyście znali się od zarania dziejów. Po prostu jesteście, Ty i ona.

Przeżyłeś kiedyś coś takiego? Czas i przestrzeń stają w tej samej chwili, niewidoczne, niemierzalne, wyklęte poza nawias Waszej chwili. Czujesz jakbyś unosił się w powietrzu, wyrwany z objęć rzeczywistości.

Po prostu idziecie. Idziecie i rozmawiacie. Nie wiesz gdzie jest początek, bo nigdy go nie było.

Wanting your love to come into me
Feeling it slow, over this dream
Touch me with a kiss
Touch me with a kiss

-Rozwodzę się - mówi
-ja też…
-I mam dziecko..
-ja tez…

Nieważne czy faktycznie masz żonę czy nie, czy się rozwodzicie czy jeszcze nie, czy masz dziecko, gromadkę dzieci czy jesteś bezpłody. To wszystko w tej chwili nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Słowa pojawiają się same, nietknięte prozą logiki. Wszelaka codzienność jest w tym momencie zupełną abstrakcją. Dajcie sobie niesamowitą energię przez samą obecność. Obydwoje czujecie coś, czego nigdy nie było dane wam zaznać. W filmach nazywają to „tym czymś”, ale wy jesteście tu i teraz. Zawieszeni pośród częstochowskiej nocy.

Ten pocałunek jest magiczny
Przykrywa wszystkie inne pocałunki całunem zapomnienia
Boże, jaka ona jest piękna. I dobra. Kochana taka. Jakby anioł spłynął z nieba i dotknął Cię opuszkiem palca. Tu, w tej chwili, na częstochowskim bruku wiesz, że zawsze będziecie razem.

Come to me now
Don’t let me go
Stay by my side

Ona nie mieszka ani tu ani nigdzie w tym kraju. To by było za łatwe. Mieszka w Anglii. Tej Anglii, która już raz Cię pokonała. Teraz Twoja kolej.

O czym myślisz, gdy się rozstajecie?
O tym, że ona Cię uwolni?
O tym, że to koniec tułaczki po świecie?
Pocałunek jest tak nieskazitelnie delikatny, pozbawiony wulgarnej erotyki, napełniony waszą bliskością. Jakbyś całował najbliższą sobie istotę. Jakbyś całował Anioła.


Now you’re above feeling it still
Tell me it’s love, tell me it’s real
Touch me with a kiss, feel me on your lips


Jak myślisz, co było dalej?


When you walk in the room in a white bodysuit
& I say, “take it off” so you tell me to watch

When it’s pure, only your love could get me to fall
When it’s deep, gets so hot & it’s so beautiful

Nic z tych rzeczy. Byłeś pewny, że tak będzie. Że będziecie się kochać, bez krzty wstydu smakując swoje ciała w jej łóżku, w którym spłodziła syna ze swoim ex-mężem. A może jeszcze mężem, przecież są w trakcie rozwodu. Ale czy to ma znaczenie? Nie bardzo.

Po prostu byłeś pewny. Po takiej uwerturze tylko głupiec by zwątpił.

A jednak.

Wasz wirtualny kontakt to zupełne przeciwieństwo tego, co dzieliliście przez to 20 minut
Brak odpowiedzi. Brak komunikacji. Rwane zdania. Robisz dobrą minę do złej gry. Ona nie chce rozmawiać. Nie chce żebyś zadzwonił. Jak długa zajmie Ci zrozumienie prawdy?

Could you love me instead of
all the boyfriends you get?
Know I’d make you forget
about all of those rich fuckboys


“Fuckboy” zjawia się po 3 miesiącach. Piszesz dla niej wiersz, akurat w sam raz na Walentynki. Liczysz, ze ta pieprzona wrażliwość zrobi na niej jakiejkolwiek wrażenie. Czyta i mówi, że dziękuję, że „fajny”.

Żebyś wiedziała, że fajny, zaczyna się przecież od słów „Tak pięknie się w Tobie zakochałem”. Cholera, musi być fajny!

Because this is where
I want to be
Where it’s so sweet & heavenly
I’m giving you all my love


I gdy myślisz, że jednak nie wszystko stracone, że przyjedzie tu na ostatnią rozprawę rozwodową, kiedy już jej mąż będzie ex-mężem na mocy prawa, nagle następuje cisza.
Dzień
Dwa
Trzy

Przegrałeś.


When I was young
I thought the world of you
You were all that I wanted
That faded and I
never saw you again
But I wont forget the love we had



„Spotykam się z kimś”. Te cztery słowa są jak cięcie. Ostateczne cięcie. Przecież mogłeś się spodziewać, głupcze. Tak trudno było pojąć, że taka miłość się nie zdarza? Że wszystko to sobie wymarzyłeś, szczytując z jej wiadomości to, co chciałeś przeczytać? Ale jak to…3 dni? 3 dni wystarczyły? Przecież mieliście być na zawsze. Miałeś tam, kurwa, lecieć. Rzucić wszystko i lecieć do tej pieprzonej Anglii. 

And my heart goes out to you wherever you are

Zostajesz z niczym. Magia towarzysząca waszemu pierwszemu i ostatniemu spotkaniu to za mało. Pozostaje muzyka.

…………………

To przepiękna płyta. W recenzjach setek albumów przewija się zdanie „podszyta melancholią”, ale po usłuszeniu Cigarettes After Sex zrozumiesz, że to określenie przynależne jest tylko tej muzyce. Pod jednym z nagrań grupy w serwisie Youtube ktoś napisał „Cigarettes After Sex makes me feel like I'm in love with someone who doesn't exist.”.

To prawda. Podczas słuchania Cry wszystkie romantyczne uczucia, jakie kiedykolwiek żywiłeś do osób, których już przy Tobie nie ma, łączą się w jedno i eksplodują przenikliwą ferią nostalgii i poczucia straty. Dlatego przestrzegam osoby, które akurat są na życiowym zakręcie i nie mogą sobie poradzić z rozstaniem – nie słuchajcie Cigarettsów.

Zarzuty? Od początku do końca to muzyka dość jednostajna i niemalże monotonna. Te same zabiegi aranżacyjne – ascetyczna sekcja rytmiczna, grająca te same tempa; shoegaze’owa gitara i syntezatorowe tła. Ale zapewniam Was – w tym szaleństwie (o ile to słowo w ogóle pasuje do tej muzyki) jest metoda. Trzeba się w tę magmę zanurzyć.

Nad wszystkim króluje głos, który zniewala od samego początku, androgeniczny, hipnotyzujący, pełen nostalgii, smutku ale i niesamowitego ciepła. Można pomylić z kobietą, ale to Greg Gonzalez, frontman i założyciel kwartetu (w wywiadach brzmiący jak najbardziej męsko). To on i jego teksty są kolejnym elementem układanki. Proste, miejscami nasiąknięte niespodziewanie erotyką, trafiające w sedno, zostające w głowie, łączące się wściekle szybko z emocjami, które w nas drzemią.    

Naturalnie to płyta późno-jesienna. Gdy dni są krótkie, miasto zatopione w szarudze, a minione lato i nadchodząca zima niebezpiecznie mieszają nasze emocje. Kilka taktów i przepadłeś. Ale warto tak przepaść. Pozwolić omotać się tym dźwiękom. Spróbować melancholii i zadurzyć się w tej muzyce.  A potem wracać i wracać….


I was meant to love you and always keep you in my life
I was meant to love you, I knew I loved you at first sight






Wszystkie cytaty pochodzą z tekstów piosenek na płycie Cry. Ostatni cytat pochodzi z piosenki Opera House z płyty Cigarettes After Sex

Roma Lobos Beauty Art Studio. Roma Lobos to piękna kobieta. Niestety fałszywa.
R

piątek, 18 listopada 2016

Neal Morse Band, The - The Similitude Of A Dream (2016) - recenzja

The Similitude Of A Dream to druga płyta pod szyldem The Neal Morse Band. Po latach wydawania płyt solowych Neal uznał (przynajmniej na jakiś czas), że optymalny skład warto uhonorować właśnie dopiskiem "band". Czy chodzi tylko i wyłącznie o muzykę, czy również o pieniądze - tego nie wiemy. Na pokładzie oprócz lidera mamy również (oczywiście) Mike'a Portnoya, ale też Randy'ego George'a (bas), Erica Gillette'a (gitara) oraz Billa Hubauera (instrumenty klawiszowe). Ten, sądząc po zdjęciach, wesoły kwintet zaserwował nam dwupłytowy album, który już przed premierą Portnoy ochrzcił dziełem życia i osiągnięciem na miarę The Wall i Quadrophenii, przebijającym jego własne dokonania pokroju Scenes from a memory Dream Theater.

Osobiście mam uczulenie na takie szumne zapowiedzi, gdyż niezmiernie kojarzą mi się z pewnym warszawskim zespołem "na S". Z tym, że oczywiście Portnoy to facet pięćdziesięcioletni, z dorobkiem płytowym ilościowo zawstydzającym większość muzyków rockowych, natomiast nasze chłopaki stroszą piórka po kilku latach działalności, ale zawsze takie gadki-szmatki pachną podwórkowym marketingiem. Że wcześniej to było fajnie, ale teraz będzie najfajniej i jacy my to nie...fajni. Jak to się ma jednak do rzeczywistości? 

The Similitude Of A Dream to ponad 100 minut muzyki, 23 utwory - jak na Neala średnia  raczej skromna. To prawda, nie ma tu żadnego "epika", ale album to przecież (jak zwykle) dzieło koncepcyjne, więc tak naprawdę wszystko łączy się tu elegancko, tu i ówdzie połyskując motywami zaczerpniętymi z otwierającej całość Uwertury. Treść słowną albumu oparł Neal na Wędrówce Pielgrzyma" Johna Bunyana, opublikowanej po raz pierwszy w 1678, prawdopodobnie najsłynniejszej w dziejach światowej literatury alegorii opisująca doświadczenia chrześcijańskiego życia przedstawionego w barwnej narracji pielgrzymki z Miasta Zagłady na Górę Syjon. Czyli, jak to często zawsze u Neala bywa, płyta dotyczy chrześcijaństwa i łączenia się z Bogiem. Swoją drogą, jest to jeden z niewielu twórców, którzy takie przesłanie mieszają z rockiem bardzo konsekwentnie i jednocześnie bezboleśnie.

Muzycznie także nic nowego, w stosunku do poprzednich dzieł spółki Morse & Portnoy, nie znajdziemy. Owszem, pojawia się na przykład bluegrass (Freedom Song), ale w 99% to kolejny "Neal Morse". Diabeł tkwi w szczegółach - na pewno słychać tu tę organiczność, jaką osiągnąć może tylko zgrany skład (a nie kolejni przychodzący i odchodzący muzycy sesyjni), słychać więcej vinatge'owych barw klawiszowych dzięki dołączeniu Billa Hubauera. Ale przecież Neal w tej konfiguracji ma być właśnie taki.  Trochę staromodny, ale pełen świeżych, porywających melodii. I tego nie brakuje - tych dwóch płyt słucha się wyśmienicie. Pomysł goni pomysł i choć często mamy wrażenie, że "już to przecież słyszeliśmy", to jednak bogactwo i fantastyczna energia tego zespołu niwelują wszelakie wrażenia powtarzalności. 

Ciężko wyróżnić tu jakieś fragmenty, bo całość jest niezwykle równa. A przecież obecnie ciężko zespołom nagrać nawet dobry 45-cio minutowy krążek! Poczynając od wspomnianej, pachnącej starym, dobrym rockiem symfonicznym, Uwertury, mamy przegląd wszystkich inspiracji współczesnego retro-progowca: Genesis, Yes, Styx, Led Zeppelin, ELP a nawet Queen (The Ways of a Fool). Nawet jeśli jakiś pomysł do końca nie zaiskrzy, to zaraz pojawia się jakaś wstawka, jakiś kolejny szczegół, które przyciągają uwagę. I nie ma tu jakiegoś nachalnego kopiowania mistrzów z przeszłości. Neal Morse już dawno wykształcił swój własny, niepodrabialny styl, w ramach którego oczywiście czerpie słyszalnie z przeszłości, ale robi to naprawdę po swojemu, a teraz - z pomocą stałego zespołu - udało mu się całość jeszcze bardziej doszlifować. I tak przez ponad 100 minut. Pochwalić należy też produkcję albumu - zachowano bogactwo brzmienia każdego instrumentu przy jednoczesnej przejrzystości. Jak gra Hammond, to gra Hammond i go słychać. Niby oczywiste, ale nie zawsze stosowane w praktyce.

Nie nazwałbym The Similitude Of A Dream płytą życia Mike'a Portnoya, bo zapomniał on chyba o wyjątkowości niektórych dzieł Dream Theater, ale jeśli odrzucimy tę emocjonalną bańkę, którą zawsze toczy przed sobą perkusista, otrzymamy naprawdę bardzo dobry, świetnie napisany, zagrany i wyprodukowany album. Nie ma przełomu, nie ma ARCY-dzieła, ale jest dzieło, którego słuchanie wywołuje niejednokrotnie uśmiech na twarzy. I o to w takiej muzyce chodzi - o pozytywną energię, którą ładuje słuchacza. Wielki ukłon dla zespołu!

sobota, 11 czerwca 2016

Rainbow - Boston 1981 (2016) - recenzja

Ritchie Blackmore zatęsknił za rockowym graniem i "z nostalgii oraz dla fanów" postanowił na chwilę wyskoczyć z renesansowej krainy minstreli z powrotem pod tęcze. Zapowiadał cztery koncerty, ogłoszono trzy, w listopadzie zeszłego roku bilety rzucono do sprzedaży, koniki koncert angielski (jedyny halowy) wykupiły na pniu, Rysiek ogłosił skład zespołu...i wrzawa ucichła. Żaden to powrót Rainbow, skład zupełnie nowy, chociaż w dużej mierze złożony z weteranów scen wszelakich. No i zupełna świeżynka w tym towarzystwie (ale o głosie potężnym) - Ronnie Romero za mikrofonem. Tak to mniej więcej wygląda na dzień dzisiejszy. Jak wyjdzie? Przekonamy się już za tydzień.

Korzystając z lekkiego szumu wokół nazwy Rainbow mała wytwórnia Cleopatra Records postanowiła sięgnąć do archiwów i wydać coś z zamierzchłej przeszłości zespołu. Jakiś czas temu ukazał się, niestety mocno bootlegowej jakości, zestaw z trasy Down to Earth, kiedy to Ritchie musiał, przynajmniej na jakiś czas, użerać się z zupełnie nierockandrollowym z wyglądu Grahamem Bonettem. Do legendy przeszła historia z pilnowaniem długich włosów wokalisty, które ten i tak podstępnie ściął przed pierwszym koncertem. W 1980 Graham poszedł "do Las Vegas" , delikatnie kopnięty przez szefa w zadek...a mógł zginąć na scenie:

 
Nastała era Joe Lynn Tunera (rym niezamierzony). I właśnie z tego okresu, zaraz po wydaniu Difficult to Cure, pochodzi omawiane wydawnictwo. Dostajemy 10 utworów, 65 minut grania z koncertu, na którym Rainbow było "co-headlinerem" wraz z Patem Traversem (stąd pewnie krótka setlista). Nagranie zrealizowane przez radio, które wtedy transmitowało ten koncert, stąd bardzo dobra jakość dźwięku. Minus - dla największych fanów - taki, że koncert jest już dobrze znany z bootlegów. 

Rainbow w tym okresie to już był zespół mocno stąpający po ziemi. Żadne tam smoki, miecze i dziewice - Blackmore odcinał się od "ery Dio", chociaż oczywiście coś z wielkich utworów z tamtego okresu musiał zagrać.  Joe Lynn wniósł do zespołu to, o co właśnie Ritchiemu w tamtym momencie chodziło - popowe zacięcie, teksty o miłości i bardziej przyjazne amerykanom oblicze. Dlatego usłyszymy tu głównie kompozycje z Difficult to cure, chyba najlepszego albumu z Turnerem na wokalu. Joe brzmi tu bardzo dobrze, rockowo, konkretnie. Udowadnia, że nie przez przypadek pojawił się w purpurowej rodzinie. Fakt, że nie musimy go oglądać, działa tu na pewno na korzyść. Co do jego interpretacji kompozycji z lat 70....no wiadomo, jest gorzej. Long live rock and roll na tym nie cierpi (a wręcz zyskuje na ekspresji - w końcu to kawałek rock and rollowy właśnie), ale Catch the Rainbow i Man on the Silver Mountain już tak. Ogólnie jednak Joe wypada na tej płycie bardzo dobrze, także w kawałkach z Down to Earth. A jak reszta zespołu?

Brzmienie koncertu zaskoczyło mnie bardzo i myślę, że to jedna z rzeczy, dla których warto po Boston 1981 sięgnąć. Czasy, kiedy zespół przez większość czasu na scenie improwizował, odeszły w zapomnienie (taka to "dobra zmiana", jaką przyniosły lata 80....). Tu liczy się konkret. Mamy jedno wspomnienie magicznej ery Rainbow - Catch the Rainbow trwa dobre 14 minut i chociaż w solówce Ritchiego brak już tych smaczków i niuansów, znanych chociażby z wykonań z 1976 i 1977 roku, a podkład klawiszowy jest ciut nowocześniejszy (ah, gdzie te chóry generowane przez Tony'ego Careya i Davida Stone'a?), to odbywamy tu miłą podróż do krainy zamków i magii. Reszta występu jest bardzo dynamiczna i pozytywnie zaskakuje sposobem realizacji. Jest drapieżniej nie tylko w stosunku do płyt studyjnych (co nie jest trudne do osiągnięcia w warunkach koncertowych), ale i innych "żywców" Rainbow z lat 80. Posłuchajcie chociażby (bardzo dobrze umiejscowionych w miksie) klawiszy Dona Aireya w Spotlight Kid - wyraźny Hammond sprawia, że kawałek zyskuje na zadziorności i dynamice. Podobnie jest z mocno popowym I Surrender - zamiast rozmytego tła mamy konkretne, hammondowe granie. Oczywiście jest dużo "ejtisów" (brzmienie intra do wspomnianego I Surrender powala swoją kiczowatością), ale ja akurat bardzo lubię ten klimat. Ritchie, jak to Ritchie - z początkiem lat 80. próbował trochę unowocześnić brzmienie, nie tylko zespołu ale i swojej gitary. Nadal jest jednak precyzyjny i zabójczo melodyjny. I ten jego specyficzny styl gry, który wprost uwielbiam - sposób realizacji tej płyty (gitara w lewym kanale, reszta w prawym) pozwala w pełni docenić jego walory. 

Prawdziwym tour de force tej płyty jest instrumentalny Difficult to Cure, będący tak naprawdę fragmentem Ody do radości Beethovena z rozbudowaną częścią solową - bardzo jednak efektowną i dającą pole do popisu zarówno Blackmore'owi, Airey'owi jak i Bobby Rondelli'emu na bębnach. Wszystko w bardzo skondensowanej, ale przemyślanej formie. Na koniec dostajemy jeszcze zupełnie niepotrzebne Smoke on the Water, które poprzedzone jest zajawkami Lazy i Woman from Tokyo. Niepotrzebne, bo wersji Dymu ukazało się na płytach już chyba z tysiąc, aczkolwiek Rainbow bardzo sprawnie i smacznie prześlizguje się po tym klasyku. Ale zamiast tego mogło pojawić się chociażby All Night Long. Tym niemniej polecam to wydawnictwo zarówno fanom Rainbow z lat 80. jak i osobom, które kręcą nosem na skład z Turnerem. Tutaj Joe śpiewa naprawdę dobrze, a cały zespół brzmi niesamowicie energetycznie. Miks nagrania dodaje całości smaczku, bo nawet bardziej popowe utwory brzmią soczyście. Taki mały souvenir z ery, w której klasyczny hard-rock przechodził powoli w stan spoczynku.



...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00


poniedziałek, 2 maja 2016

Ritchie Blackmore Story (DVD, 2015)

Dziś mniej typowo, bo o filmie dokumentalnym. DVD "Ritchie Blackmore Story"  premierę miało w listopadzie 2015, ale z powodów niekoniecznie wytłumaczalnych miałem okazję zaznajomić się z nim dopiero teraz.

Nie ukrywam, że z klasycznie rockowych gitarzystów to Blackmore jest mi najbliższy. We wszelakich rankingach "popularności" ustępuje Page'owi, Iommiemu, Hendrixowi i innym tuzom z tamtych złotych lat muzyki rockowej. Ba, wyprzedza go nawet Kurt Cobain, co za każdym razem wywołuje uśmiech politowania i sprawia, że epitety wobec tego typu zestawienień same cisną się na usta. Oglądając "Ritchie Blackmore Story" można odnaleźć odpowiedź na pytanie o ten stan rzeczy. Przede wszystkim Ritchie jest introwertykiem. Najjaśniejszy (dosłownie) przejaw jego ekspresji to słynny wybuch wzmacniaczy na California Jam (omówiony ze szczegółami w filmie). Bardzo spektakularny, ale nie mogący być papierkiem lakmusowym jego scenicznego wizerunku. Owszem, zdarzało mu się tu i ówdzie roztrzaskać na scenie gitarę i pomachać głową podczas ekspresyjnych solówek (widać to szczególnie w nagraniach z koncertów z  przełomu lat 60. i 70.), ale w późniejszych latach utarło się, że Ritchie to mruk i człowiek raczej skupiony na instrumencie, niż na umizgach wobec pierwszych rzędów fanów. W tym kontekście bardzo szybko przestał być "herosem" gitary. Oczywiście, wielu było i jest "mało ruchliwych" muzyków, którzy zawsze  i wszędzie są kochani, ale powiedzmy, że mowa ciała naszego bohatera zdradzała jego myśli i nastawienie. Jeśli obejrzymy nagrania z lat 60. i wczesnych 70, to wszystko wydaje się w porządku, aczkolwiek ostatnie 10 lat rockowego grania Ritchiego to raczej podkówka z ust i intensywne spojrzenia rzucane kolegom na scenie. Bardzo ważnym czynnikiem, wpływającym na pozycję gitarzysty w popkulturze, jest jego brzmienie. I tu jestem skłonny dopatrywać się przyczyn stosunkowo niskiej (chociaż oczywiście nadal jest to pierwsza pięćdziesiątka) pozycji Ritchiego w rankingach. Podczas, gdy większość mistrzów sześciu strun stawiało nacisk bądź na ciężar (Iommi i cała metalowa gromada), bądź na szeroko pojęty feeling i zagrywki (Clapton, Beck, Hendrix itd.), Blackmore przedstawiał wizję zupełnie odmienną. Bardzo ciekawy materiał poglądowy zapewnia bootleg Rainbow Extra Long, nagrany 3 listopada 1995 r. w Londynie. Nie dość, że przedstawia zespół w znakomitej formie (a Blackmore'a w wyśmienitym humorze, stąd "extra" długość koncertu), to jeszcze sposób nagrania uwypukla mocno partie gitary, co pozwala wsłuchać się w niuanse jego gry (aby zgłębić tajniki gry gitarzysty, warto też zajrzeć do tego poradnika). Nie jest to "typowa gra na gitarze", prawda? Nie mieści się w typowych kanonach, uznawanych przez niedzielnych słuchaczy rocka, dlatego większość nie jest w stanie rozsmakować się w jego grze. Szalę goryczy przechyliło wycofanie się Ritchiego z krainy rocka w 1997 r. i przywdzianie stroju minstrela u boku czarującej małżonki w Blackmore's Night. Ale, na szczęście, historia jeszcze się nie skończyła...

"Ritchie Blackmore's Story" daje nam półtoragodzinny wgląd w historię gitarzysty. Nie ma tu jakichś rewelacji, jeśli chodzi o treść i fakty - średnio obyty fan zna wydarzenia z California Jam czy Montreux na pamięć. Ci, którzy są po lekturze którejś z książkowych biografii Purpli, wiedzą jaki Ritchie potrafił być. Tym razem jednak mamy unikalną możliwość posłuchania tych wszystkich historii z ust samego mistrza. Dzięki temu dostajemy ostateczne potwierdzenie pewnych faktów, ale przede wszystkim widzimy jak Blackmore podchodzi do tych spraw po latach. Tak, jest już siedemdziesięcioletnim człowiekiem, ale błysk w oku i specyficzne poczucie humoru wcale go nie opuściły. Jest w nim wiele spokoju i dystansu, ale i niezachwiana pewność siebie i stuprocentowa wiara we własne czyny. Odpowiada na pytania, których unikał od bardzo dawna. Omawia chociażby trudną relację z Ianem Gillanem, nie szczędząc mu zarówno słów uznania jak i (zasłużonej) krytyki. Z ujmującą szczerością opowiada o tym, jak Gillan nie mógł wpasować się w jego oczekiwania co do stylu śpiewania i dlaczego już w 71. rozważał odejście (razem z Paicem) z Deep Purple. Dostaje się też m.in Grahamowi Bonettowi (za fatalną, "nierockandrollową" fryzurę) oraz samemu Dio. Bohater filmu nie oszczedza nikogo (kto choć trochę zasłużył), ale za to "goście specjalni", wypowiadający się o gitarzyście, nie szczędzą pochlebstw i laurek. Posłuchać możemy m.in Briana Maya, Steve'a Lukatera, Joe Lynn Turnera, wspomnianego Grahama Bonetta, Steve'a Vaia czy Joe Satrianiego (który mowi m.in o doświadczeniach w zastępowania Blackmore'a w Purplach). Jest niemal rodzinnie, ale nie czuję to jakiegoś nadmiernego lizodupstwa - Ritchie wielkim gitarzystą był/jest i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Szkoda tylko, że w dokumencie znalazło się tak mało fragmentów związanych z techniką gry i charakterystycznymi zagrywkami - ale też na zawartość muzyczną nie ma co narzekać, jest to końcu pozycja nie tylko dla muzyków. Miedzy poszczególnymi wypowiedziami dostajemy mniej lub bardziej znane fragmenty koncertów i teledysków zarówno wczesnych składów, w których rozgrzewał się Ritchie, jak i wiadomych zespołów. Jako bonus...jeszcze więcej wypowiedzi Ritchiego na najróżniejsze tematy. Całość jest jednak porządnie przemyślenia i ani przez chwilę nie nuży - myślę, że może być ciekawa nawet dla kogoś, kto kompletnie w tym klimacie nie siedzi.

Ot i tak - dobry dokument o ponadprzeciętnym muzyku i artyście. Warto zobaczyć przed koncertami Rainbow i...Tribute to Rainbow, które planowane jest w Warszawie na 14.10.2016.

----------------------------------------------------------
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00



niedziela, 17 kwietnia 2016

Santana - Santana IV (2016)

Kontynuacja myśli sprzed ponad 40 lat. Wbrew pozorom bardzo świeża.

Wiadomość o chęci skrzyknięcia "okołowoodstockowego*" składu Santany pojawiła się bodajże w 2013 roku i pamiętam, że poważnie mnie wtedy zelektryzowała. Nie to, że obecnemu zespołowi Carlosa czegoś brakuje (wystaczy posłuchać koncertówki Corazon - Live From Mexico), ale nie oszukujmy się - od parunastu lat twórczość gitarzysty to mniej lub bardziej udany, latynoski pop z coraz to bardziej wymyślnymi gośćmi. Dlatego powrót starej gwardii był jak najbardziej wskazany. 

I wreszcie jest. Pilotowana singlem "Anywhere you want to go" (piosenką już wcześniej wykonywaną przez Grega Rollie w jego solowym zespole) płyta "Santana IV" kontynuuje to, co przerwano w 1971 roku. Rodzaj pewnej magii ZESPOŁU SANTANA, który na początku lat 70. ustąpił miejsca Santanie - soliście. 

16 utworów, ponad 75 minut muzyki. Trochę dużo. Dałoby się wyciąć to i owo, ale w końcu na płytę "czekaliśmy" dobre 40 lat, więc możemy darować te kilka zbędnych chwil. Zaczyna się od Yambu, które - na moje ucho - powstało dosłownie w 5 minut. To taki jam, jaki zespół mógł zagrać pewnie na pierwszej próbie po 40 latach przerwy. Nie mniej wraz z kolejnym utworem, Shake it, przyjemnie wprowadza w tę bardziej piosenkową część płyty. Absolutnie nie ma jednak tu czego czepiać. Wręcz przeciwnie, cudownie jest posłuchać takiego jamowego grania na najwyższym poziomie, z TĄ gitarą (a właściwie dwiema, ale jedną bardzo rozpoznawalną) TYMI Hammondami i TYMI perkusjonaliami. Powiedzmy to sobie szczerze: to najlepsza rzecz jaka wyszła spod palców Santany od wielu, wielu lat. Anywhere you want to go to rasowy, santanowski numer, mimo że napisany kilka lat wcześniej przez Gregga Rolie. Ale właśnie to jest kluczowe w tym składzie. Że "santanowsko" brzmi nie tylko sam Santana, ale cały zespół. To oni wspólnie tworzyli to brzmienie czterdzieści parę lat temu i teraz mamy okazję posłuchać nowych nagrań ludzi, którzy stworzyli ten styl. Nie są to naśladowcy, kopiści czy zręczni kuglarze, żonglujący inspiracjami. To ci goście wymyślili latino-rocka.

Żeby było jasne: nie mamy tu tematów na poziomie Oye Como Va czy Samby Pa Ti. Ale nikt się chyba cudów nie spodziewał. Pojawiają się miłe, skomponowane tematy w postaci Sueños czy You and I, ale "nic w życiu nie zmieniają". Dominuje jamowanie, cieszenie się muzyką: raz żywiej (doskonałe, połączone ze sobą Choo Choo i All Aboard - takiego grania można by słuchać w nieskończoność), raz bardziej nostalgicznie (dedykowane jednej z tych magicznych sal koncertowych tamtych lat Fillmore East). Pojawiają się propozycje piosenkowe (wspomniany singiel i nagrane z gościnnym udziałem Rolanda Isleya, wokalisty na stałe współpracującego z Santaną, Love Makes  The World  Go Round oraz Freedom in your Mind), ale nie są to w żadnym razie potworki, jakimi raczył nas Carlos przez ostatnie lata. Coś magicznego jest w tej kontynuacji "woodstockowego" Santany. Chyba nie mogło być lepiej. Ta muzyka po prostu cieszy. Latynoski posmak powoduje, że nogi same rwą się do tańca, a fenomenalne dialogi gitarowo-gitarowo-hammondowe masują uszy spragnione dobrego grania.

Tak jak zaznaczyłem na wstępie: nie zaszkodziłoby małe odchudzenie płyty - na przykład o raczej wymuszone Leave Me Alone. Z drugiej strony nawet te "słabsze" momenty są jak najbardziej słuchalne. A to zawsze kilka minut więcej spędzonych z tym składem. Dla mnie Santana IV na pewno ścisła czołówka płyt roku.


* skład obejmuje Carlosa Santanę, Michaela Carabello, Gregg Rolie, Michaela Shrievea, Neala Schona, czyli muzyków biorących udział w nagraniu albumu Santana III.  Dodatkowo pojawili się  Benny Rietveld i drugi perkusjonalista Karl Perazza

sobota, 9 kwietnia 2016

Spiritual Beggars - Sunrise to Sundown (2016)


UWAGA!
Poniższy tekst pisany był z myślą o pewnym portalu, stąd dość "niemuzycznonocna" (czyt. łopatologiczna i pod przypadkowego czytelnika) treść. Ale chyba mnie olali podczas tej rekrutacji, a już nie mam serca pisać tej recki od nowa...nie mniej jednak album na tyle wart polecenia, że jednak ją tu umieszcze:

..............................

Moda na vintage trwa w najlepsze. Co ciekawe, efekty artystyczne takich powrotów do przeszłości są w większości co najmniej satysfakcjonujące.

Najjaskrawszym przykładem jest zespół Europe. Pamiętany z lat 80. i kojarzący się większości słuchaczy z odrobinę kiczowatym image, powrócił po dłuższej przerwie ponad dekadę temu bardzo obiecującym krążkiem “Start from the dark”, by w 2015 roku wydać, według wielu, jedną z najlepszych płyt w swojej karierze, “War of Kings”. Nasycona odniesieniami do rocka lat 70., umieściła zespół z powrotem w czołówce kapel klasycznie rockowych. Na polskim podwórku udany flirt ze stylem vintage zaliczyły Natalia Przybysz i Ania Rusowicz (wraz z zespołem), czego kulminacją był ich wspólny występ na zeszłorocznym Przystanku Woodstock w projekcie “Flower Power”.

Kolebką takiego udanie nawiązującego do przeszłości grania jest obecnie Skandynawia. Stamtąd pochodzą, działający od 1993 roku, Spiritual Beggars. Funkcjonujący początkowo jako project poboczny znanego z Arch Enemy Michaela Amotta, szybko odniósł względny sukces (m.in nominacja do szwedzkiego odpowiednika nagród Grammy w 1994). Od tego czasu grupa funkcjonuje głównie na rynku Europejskim i Japońskim, co kilka lat wydając ciepło przyjmowane przez publiczność albumy.

Najnowszy, wydany w marcu br. “Sunrise to Sundown” to kolejny krok zespołu
w stronę lat 70. XX wieku. Po stonerowych początkach pozostały  właściwie pojedyńcze ślady, chętniej natomiast grupa nawiązuje do muzyki takich zespołów jak Deep Purple czy Rainbow. Przy czym nie jest to nawine kopiowanie, a twórcza próba zaadoptowania klasycznego brzmienia do czasów współczesnych. Już sam początek wyznacza nastrój, w jakim spędzimy najbliższe 45 minut. Masywny riff gitarowy i mocny wokal podkreślone są solidną sekcją rytmiczną i przesterowanymi organami Hammonda. Niby nic odkrywczego, ale krystaliczne brzmienie przyjemnie kopie po uszach. “Diamonds Under Pressure” i “What Doesn’t Kill You”
to niemal dosłowne odniesienia do wyżej wspomnianych mistrzów gatunku. Jakże przyjemnie posłuchać tak melodyjnych i zgrabnych refrenów! Wokalista Apollo Papathanasio sprytnie lawiruje pomiędzy stylami Davida Coverdale’a i Ronniego Jamesa Dio, prowadząc nas przez 11 zawartych na płycie utworów.
 A muzycy? Łoją aż miło. To zdecydowanie nie jest płyta na romantyczny wieczór przy winie. Ale już na długą podróż autostradą będzie w sam raz. Wielkie brawa dla klawiszowca, Pera Wiberga, który serwuje kilka naprawdę klimatycznych zagrywek i zawsze czujnie kontroluje sytuację zza organów Hammonda. Zresztą wszyscy muzycy mogą pokazać swoje, niemałe, umiejętności. Utwory takie jak wspomniany “What Doesn’t Kill You”, czy lekko kosmiczne Lonely Freedom pełne są kapitalnych wstawek instrumentalnych, które nadają płycie klasycznie rockowego sznytu.

Nie jest to album przełomowy ani wyznaczający trendy, ale grupy takie jak Spiritual Beggars nie mają ambicji rewolucyjnych. Dostarczają nam za to dawki naprawdę dobrze I z pasją zagranej muzyki. Dla wszystkich lubiących rocka lat 70 we współczesnym wydaniu pozycja obowiązkowa.

piątek, 29 stycznia 2016

Dream Theater - The Astonishing (2016)

Gdy we wrześniu 2010 Mike Portnoy opuścił Dream Theater, wielu spodziewało się końca zespołu. Ojciec Założyciel, spiritus movens, mózg całego przedsięwzięcia, zostawił swoją muzyczną rodzinę i ruszył odzyskiwać nadwątlone ostatnimi laty siły psychiczne. Zespół jednak pozbierał się po tej stracie bardzo szybko, a internetowe relacje z przesłuchań potencjalnych następców Portnoya posłużyły jako materiał marketingowy. Po jakimś czasie skruszony Mike P. próbował (ponoć) nawet wrócić, ale na stołku perkusisty zasiadał już dumnie inny Mike, a reszta Dream Theater, z lekkim uśmieszkiem, odrzuciła ofertę. Również ponoć -przez prawnika. Na prywatny kontakt z uciekinierem nikt bowiem nie miał już ochoty.

O artystycznej wartości dwóch kolejnych albumów zespołu (The Dramatic Turn Of Events z 2011 i Dream Theater z 2013) napisano wiele. Pamiętam, że ta pierwsza jeszcze mnie ruszyła i pomijając kartoflane partie perkusji (skomponowane przez Johna Petrucciego, a "odegrane" przez Mike'a Manginiego) jawiła się jako dobrze przemyślana, momentami wręcz świetna, prog-metalowa petarda. Nic nowego, wręcz wtórnie, ale smakowicie. Z drugą było już gorzej, bo raz że w 2013 prog-metal jakoś specjalnie już mnie nie kręcił, a dwa - kompozycyjnie Teatr Marzeń co najmniej do poziomu Teatrzyku. Niby coś tam grało, ale tylko pojedyncze momenty powodowały mocniejsze bicie serca. Przyznam od razu, że dla mnie Mike Portnoy to jeden ze współczesnych Artystów przez duże "A" i jego brak w zespole stał się bardzo odczuwalny. Koncerty nie porywały jak kiedyś (bo w Dreamach przez 25 lat lider siedział/stał za bębnami, a teraz właściwie został tylko frontman w postaci Jamesa LaBrie), a poczynania zespołu totalnie straciły na "jajeczności". Nie zapominajmy, że przecież to Mike P. był inicjatorem grania na wybranych koncertach całych albumów innych wykonawców i wydawania ich jako "offical bootlegs", to on prowadził całą komunikację z fanami poprzez media społecznościowe. On zajmował się przygotowaniem, wydawaniem archiwalnych (seria YTSE) i bieżących koncertów (reżyserowanie, edycja DVD) zespołu i wieloma innymi sprawami dotyczącymi kwestii artystycznych i biznesowych. Zespół stracił fundament, który nie mógł usiedzieć na miejscu i był po prostu (pozytywnym) pracoholikiem. W zamian za to zyskał spokój i strefę komfortu, która może służyła samym muzykom, ale na pewno nie fanom (dość przypomnieć próby przejęcia roli "twarzy zespołu" przez Petrucciego - szybko okazało się, że jego profil na Facebooku nie zainteresuje nikogo prócz fascynatów gitarowego wymiatania).

Na domiar złego panowie jako kolejny cel artystyczny obrali sobie rock operę w formie podwójnego albumu. Pomysł pompatyczny do bólu i narażający zarówno artystów jak i fanów na drwiący rechot Ann Gacek tego świata. Do tego fabuła traktująca o totalitarnym świecie przyszłości, w którym muzykę tworzyć mogę jedynie maszyny, osiem głównych postaci, tolkienowska mapa świata dodawana do albumu, ponad 130 minut muzyki, dwa akty, 34 utwory....może zakręcić się w głowie.

Kompozytorzy całości, John Petrucci i Jordan Rudess, podeszli do sprawy dość dojrzale. Przede wszystkim zapewniają słuchaczowi dużą różnorodność muzycznych doznań. Kawałki są - jak na ten zespół - bardzo krótkie. Część z nich to drobiazgi, odpowiednio podkreślające emocje, dające właściwy podkład pod scenę. Od razu należy powiedzieć: w momentach typowo "drimtiaterowych" nie ma tu nic nowego. Ot, słuchamy kolejnych wariacji na tematy dawno już przez ten kolektyw ograne, a jeśli przypomnimy sobie, że szczyt możliwości twórczych DT przypadał na lata 90. XX w i sam początek XXI, to możemy bez odpalania płyt przewidzieć, że zachwytu nie będzie. Myślę jednak, że w obecnej formie kompozytorskiej zespół nie mógł stworzyć niczego lepszego. Natomiast gdy odrzucić sentyment do DT jako zespołu który towarzyszył mi właściwie całe "świadome muzycznie" życie, jest to album wtórny i oklepany do bólu. Emocjonalne partie wokalne "Serka" w balladowych momentach (choć trzeba przyznać, ze wokalista nie forsuje tu głosu nad wyraz i nie straszy nieudanymi górkami), słodkie partie pianina Rudessa (sporo go tu, ale kompletnie bez jaj), schematyczne solówki Petrucciego i drewinanie (czemu, ah czemu??) bębnienie Manginiego. Słysząc jego grę nawet weterani jazzu zatęsknią za wyklętym w niektórych (bydgoskich;) kręgach Portnoyem! Jest jeszcze orkiestra praska i chór - tu nie ma zastrzeżeń, bo grają to co trzeba i gdzie trzeba, miejscami dając kawałkom bardzo wiele (Hymn of a Thousand Voices). Oczywście odpowiednio ugładza to brzmienie, ale coś za coś. Ciekawostka: za aranżacje chóru i orkiestry odpowiedzialny jest ojciec Becka, David Campbell.

Gdyby tak skrócić ten album do kilkudziesięciu minut.... Wyróżnia się otwierająca całość uwertura Dystopian Overture - niby nic nowego, a jakże przyjemnie wprowadza klimat rock opery. I TAK, podoba mi się to nawiązanie do klawiszowej solówki Endless Sacrifice. The Answer - akustyczna miniaturka, której temat pojawia się w trakcie historii kilkukrotnie - to ładna piosenka z ciekawą partią wokalną, przywołująca dalekie echa Six Degrees of Inner Turbulence. Lord Nafaryus - znów ciekawa, teatralna partia wokalna w refrenie i fragment w rytmie...tango. Podobnie nietypowo jest w świetnym Three Days - tu z kolei mamy fragment "kabaretowy". Jest obowiązkowa dawka patetyczności z wojskowymi wtrętami- Brother, can you hear me?. Są typowo Dreamowe zagrywki  - na przykład Ravenskill, który brzmi jak końcówka którejś z dłuższych suit zespołu (podniosły śpiew, orkiestra stopniująca napięcie, potem nagłe uspokojenie). Paru utworów po prostu miło się słucha: Gift Of Music, Our New World, Moment of Betrayal, A New Beginning, The Path That Divides...Są w końcu też intrygujące, elektroniczne przerywniki (tzw. "NOMAC tracks").

Ale to "miło"  to chyba właśnie największa wada The Astonishing - przez większą część odsłuchu jest po prostu przyjemnie i nie poza tym. Brak większych emocji, wzruszeń. Mając świadomość jak sprawni technicznie są muzycy, można mieć również wrażenie, że płyta została "odwalona".  Po prostu mają założone cykle płyta-trasa, tego się trzymają, i przyszedł akurat czas na płytę. A dla takich magików skomponowanie tematu muzycznego i jego aranżacja to nie jest jakiś wielki wyczyn. Może to, co postulował Portnoy - kilka lat przerwy - wyszłoby zespołowi na dobre? Nadal lubię ich słuchać, bo to kawał historii mojego muzycznego życia i zawsze będę się spierał z pozbawionymi wrażliwości niedzielnymi słuchaczami o wartość muzyczną takiego Scenes from a memory czy suity Octavarium. The Astonishing to jednak nie jest album, którym można zaczarować kogokolwiek oprócz naprawdę zatwardziałych fanów zespołu. Osoby nieobeznane z wcześniejszymi dokonaniami Dreamów mogą, wedle uznania, albo uschnąć z nudów, albo pośmiać się z pojawiających się obficie elementach zwyczajnie kiczowatych. Cieszy jednak poszerzenie palety barw (lżejsze brzmienie, będące bardziej w klimacie okresu Scenes....czy Octavarium niż ostatnich dokonań). Może gdyby zaprosić gościnnych wokalistów, którzy wcieliliby się w osoby dramatu (wszystkie partie - męskie, kobiece, dziecięce wykonuje sam LaBrie...), zrobiłoby się ciekawiej? Ale wtedy nie uniknęlibyśmy już w ogóle porównań do rock-oper Arjena Lucassena, co już ostatecznie pogrążyłoby album zespołu....Sprawne rzemiosło, jako całość stawiam o punkt wyżej niż poprzednie wydawnictwo (wyjąwszy te najpiękniejsze fragmenty suity Illumination Theory). Daleki jestem od całkowitego zjechania zespołu za ten album (choć to nie jest już "mój" zespół), ale coś czuję, że polscy recenzenci (szczególnie internetowi) nie zostawią na nim suchej nitki.



-----------------------------------------------------------
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00
Fanpage audycji na Facebooku







wtorek, 19 stycznia 2016

David Bowie - Blackstar (2016)

Muzyczny świat jeszcze dobrze nie zdążył pożegnać Lemmy'ego, a padół łez opuściła równie wielka, choć odmienna, postać. David Bowie to jeden z symboli. Mówisz Bowie, wiesz że będzie to dobre. Obojętne CO to będzie. Przy okazji jeden z artystów przez duże A. Takich bez kompromisu, całe życie robiący swoje. 69 lat i rak...czy nasz organizmy tylko tyle są w stanie pociągnąć przy artystycznym trybie życia? No bo Lemmy - 70 lat, rak. David - 69 lat,rak. Alan Rickman - 69 lat, rak. Glenn Frey - 67 lat, tu akurat komplikacje po przebytej operacji oraz inne problemy zdrowotne- to przypadki tylko tych ostatnich dni. Na szczęście Keith Richards już dobrze po siedemdziesiątce i pewnie zaopiekuje się Ziemią po naszym odejściu.

Bowie pożegnał się płytą trudną, ale skrojoną idealnie. Tak jak garnitur, w którym pozuje na jednym z ostatnich zdjęć, wykonanym 2 dni (!!) przed śmiercią. Uśmiechnięty, tryskający energią, gentleman z klasą. A jednak o tym, że jego czas nadchodzi, wiedział od dawna. I od wielu miesięcy przygotowywał to pożegnanie, zapewne ścigając się z czasem. Powstała płyta trudna w odbiorze, bodaj najtrudniejsza w karierze Bowiego. Oczywiście, o ironio, została też jego pierwszym w karierze numerem jeden na liście Billboard 200. Śmierć potrafi zdziałać cuda, szczególnie po śmierci.

Fanem Bowiego jestem żadnym, ale na Blackstar załapałem się jeszcze przed jego śmiercią, więc może nie do końca wpisuję się w nurt "owczego pędu". Pierwszy bowiem był "singiel" tytułowy. Prawie dziesięciominutowa kompozycja, która zaintrygowała mnie pod koniec zeszłego roku. Główna harmonia i melodia to istny kosmos. Podany na tle połamanego beatu totalnie wykręcony tekst, w którym po prostu nie sposób znaleźć (ziemskiego) sensu, a zaraz potem jazzowo-orientalne solo na saksofonie, przypominające nieco dokonania grupy Gong z drugiej połowy lat 70. W połowie mamy część piosenkową, z "refrenem" I'm a blackstar, i'm not a gangstar. A na koniec repryzę motywu przewodniego na dużo prostszym beacie, dzięki czemu całość brzmi jeszcze bardziej przejmująco.

Drugi na płycie Tis a Pity She Was a Whore przyciąga emocjonalnym śpiewem Bowiego i jazzowymi szaleństwami na prostym beacie. Dość wulgarny, ale mocno energetyczny numer. Drugi singiel, Lazarus, kojarzy mi się mocno z twórczością Rogera Watersa. Podobny, "płaczliwy" sposób śpiewania i melodia jakby żywcem wyjęta z Amused to Death. Tylko zamiast gitary Jeffa Becka mamy tu szalejący saksofon Donny'ego McCaslina.
Jedynym bardziej intymnym numerem na płycie jest Dollar Days, który brzmieniowo stanowi jakby powrót do czasów Ziggy'ego Stardusta. Chociaż i tu pojawia się jazzujący, ale jednocześnie także mocno rockowy saksofon.

Nad całą płytą unosi się duch zakamuflowanego pożegnania. Czuć to przede wszystkim w tekstach, w których sprytnie zawarto próbę rozliczenia  przeszłością. Najbardziej widoczne jest to w I can't give everything: Saying no but meaning yes / This is all I ever meant / That's the message that I sent / I can't give everything away. Są też fragmenty, które już po śmierci artysty możemy odczytywać jednoznacznie (powtarzane I'm trying to, I'm dying to w Dollar Days). 

Nie jest to jednak typowe pożegnanie. Bowie chyba nie chciał, by płyta, którą ludzie będą słuchali zaraz po jego śmierci, była smutna. Zamiast tego zaproponował muzyczną ilustrację podróży do innego wymiaru i stanu. Tak, jak wielokrotnie zmieniał swój artystyczny obraz podczas trwającej kilka dekad kariery, tak teraz po prostu pomachał nam na "do widzenia" i zniknął. Pozostawił wielowymiarowy portret artysty u schyłku ziemskiego życia.








wtorek, 1 grudnia 2015

Jeff Lynne's ELO - "Alone in the universe" (2015)

Spotkałem się z opinią, że jeśli trzeba by wskazać jeden zespół lat 70. niesłusznie zdmuchnięty z piedestału przez punkową rewoltę, to byłoby to Electric Light Orchestra. Osobiście uważam, że punkowej zawieruchy w ogóle być nie powinno, ale oczywiście musiała się zdarzyć, bo takie są koleje sztuki - czasami następuje uwstecznienie. W tym twierdzeniu o ELO jest jednak sporo prawdy. Brzmienie zespołu było bogate, nadmuchane i pompatyczne; używano wiolonczeli i innych instrumentów nieprzyswajalnych przez klasy robotnicze; w dodatku "grzech" łączenia muzyki rockowej z klasyczną był w tym wypadku na porządku dziennym. A jednak twórczość Electric Light Orchestra po latach nie jest wieszana na szafocie wraz z dziełami takich zdrajców rocka jak Emerson Lake and Palmer, Pink Floyd czy Genesis. Myślę, że sprawę w uszach wielu sprzyjających prostocie dziennikarzynom załatwia ten jeden jedyny szczegół: Jeff Lynne. Kompozytor, muzyk, aranżer - jak to modnie teraz o sobie pisać. W wypadku tego faceta pasuje jednak inne słowo: artysta.

Jeff od około 1965 roku pisze piosenki. Mógłby napisać tylko tę jedną, a i tak uznawałbym go za Mistrza. Mowa o Can't get it out of my head. Wzór piosenki pop - w najlepszym tego słowa znaczeniu. A przecież to kropla w oceanie twórczości artysty. Teraz, po latach twórczego milczenia, wydał nową płytę. Niby pod szyldem ELO, ale z dopiskiem "Jeff Lynne's". Pewnie zabieg marketingowy, ale dla nas słuchaczy w ostatecznym rozrachunku liczy się muzyka.

To taka płyta, którą chce się włączyć, kiedy wszystko jest OK. Za oknem deszcz lub śnieg, w pracy dobrze idzie, z szefem co jakiś czas skaczemy na przyjacielską wódeczkę, rachunki popłacone, rodzina nakarmiona, wyniki badań prostaty lepsze niż byśmy mogli przypuszczać (to gdy jesteśmy po 40), teściowa jakimś cudem nas kocha - właśnie wtedy odpalamy sobie Alone in the universe i jest jeszcze piękniej. Bo nostalgicznie. Weźmy pierwszy, singlowy When I was a boy. Czy to jakaś nieznana piosenka Beatlesów? Niee...to zaginiony brat bliźniak Imagine Lennona! Ale nie o nawiązania tu chodzi. Jeff ma po prostu talent (Talent) do dobrych melodii, które z czymś nam się kojarzą, ale są na wskroś oryginalne. Facet po prostu tak pisze. I sam był częścią historii muzyki popularnej, czy to z ELO, czy na przkład z Travelling Wilsburys. Dlatego może nam się wydawać, że pojedyncze elementy z Alone in the universe już gdzieś słyszeliśmy, ale to tylko dlatego, że facet odpowiedzialny za tę płytę funkcjonuje w przemyśle muzycznym od 50 lat i są to jego własne patenty.

Słyszę narzekania, że płyta, mimo szyldu ELO, nie brzmi jak ELO. Faktycznie, brzmieniowo jest dość oszczędna. Ale jakby tak wgłębić się w twórczość Jeffa, to ostatnią "bogato brzmiącą" płytę wydał pod koniec lat 70. Tu mamy po prostu piosenki. Co nie znaczy, że jest ubogo. Oprócz podstawowego instrumentarium rockowego pojawiają się na przykład - znak firmowy Lynna - smyczki. Takie, które stosował na produkowanych przez siebie albumach Roya Orbisona (I'm leaving you zaśpiewany jest nawet charakterystyczną orbisonowską menierą) czy George'a Harrisona. Przebłyskuje też subtelna elektronika (Alone in the universe). Ale faktycznie, płyta jest kameralna. Dlatego też kojarzy się z domową, ciepła atmosferą. Bo gdzie inaczej jak nie ramionach ukochanej osoby zanucić takie All my life? (ale pamiętajmy, by szybko przełączyć następne I'm leaving you - cóż za kontrast!). Jeśli chodzi o teksty to korespondują z aurą muzyczną: też jest nostalgicznie.  When I was a boy wprost nawiązuje do Imagine: "In those beautiful days when there was no money". Jest o miłości romantycznie i wprost przeciwnie (wspomniane All my life i I'm leaving you), a nawet pachnie trochę....Whitesnake i "cock rockiem" (Dirty to the bone - "She'll pull you in, she'll take you down, she'll mess you up, she'll move around").

Przede wszystkim jednak płyta płynie sobie niespiesznie. Jest taka, jak powinna być. Elegancka, dopracowana, choć nie skażona przez żadnego nachalnego producenta. Mamy tu artystę i jego talent. To tylko pół godziny muzyki (plus bonusy w wersji japońskiej). Muzyki, do której chce się wracać zaraz po wybrzmieniu ostatniego utworu.


poniedziałek, 9 listopada 2015

SBB - "Warszawa 1980" (2015)

W piątek całkiem przypadkowo trafiłem na koncert Apostolis Anthimos Trio w Służewskim Domu
Kultury. Nazwa miejsca może mylić, bo okazuje się, że to bardzo nowoczesne i cieszące oko miejsce; zupełne przeciwieństwo "domów kultury" jakie ma w pamięci moje pokolenie. Koncert okazał się intensywny, muzycznie bardzo ciekawy (w takim składzie fusion nie może być NIEciekawe: oprócz lidera na scenie pojawili się Krzysztof Dziedzic na perkusji i Robert Szewczuga na basie), ale też nieprzyzwoicie krótki - ledwie godzina z małym hakiem i zero bisów! Co prawda bilet kosztował 20 zł (!) i upoważnia dodatkowo do wstępu na jeden z koncertów jazzowych organizowanych w studiu S1, czyli "wskaźnik zwrot inwestycji" korzystny, ale... taki jakiś niesmak pozostaje. No bo czy brak bisów to kaprys artysty, bo - jako publiczność - nie zasłużyliśmy (a było nas dość sporo i reakcje na muzykę przejawialiśmy w moim mniemaniu prawidłowe), czy tak było w planie, bo za dwie dychy należy się godzina i finito? Muzyki tego typu ciężko słuchać w dużych ilościach, ale te chociaż piętnaście minut nikomu by nie zaszkodziło.
Lekko zniesmaczony (bom nie przywykł do takich sytuacji) wyszedłem do szatni, gdzie zgodnie z zapowiedzią prowadzącego można było nabyć płyty. Wyboru zbyt dużego nie było, ale trafiło się także coś SBB. I to w bardzo korzystnej cenie. "Główny" artysta stanął przy stoliku z markerem, więc od razu pomyślałem o tym, czego robić za bardzo nie lubię, czyli o zdobyciu podpisu i fotce. Nie lubię, bo zazwyczaj trzeba stać w kolejce, tłuszcza napiera, każdy oczywiście czegoś od podpisującego chce, dzieli się jakimiś nic nie wnoszącymi przemyśleniami, a miejsce i czas zabiera; niektórzy przynoszą po 10 płyt, w tym 5 winylowych, każą to wszystko podpisywać (dla syna, dla córki, dla wujka co w szpitalu), w efekcie powstaje taki taśmociąg,a z moją niechęcią do tłumów ściśle skondensowanych typu kolejki po prostu mi się odechciewa. Szczególnie, że ja to bym wolał z artystą na spokojnie porozmawiać o konkretach, a nie o tym, że słucham go od 1939.

Tym niemniej warunki tym razem były dość korzystne i bez niedogodności można było uścisnąć dłoń ulubionemu Grekowi. A w samochodzie pierwsza płyta do odtwarzacza i....

Jezu, ależ to dobre....my naprawdę mieliśmy zespół na poziomie światowym, a wręcz ten poziom prześcigający. Kto tak grał w 1980 roku? Koncert odbył się warszawskiej Sali Kongresowej, więc "siedzący", a przez znaczną część groovi aż chce się skakać. Jak zgromadzeni mogli wysiedzieć w tych czerwonych fotelach?
 Zaczyna się Borelem Ravela z taśmy, płynnie przechodzącym w grane już przez zespół Moja ziemio wyśniona. Formą nie różniącą się zbytnio od wersji nagranej na LP Memento z banalnym tryptykiem, ale znacznie zyskujące na dynamice, także dzięki publiczności krzyczącej "Józek, Józek!" tuż przed wejściem partii wokalnej. Zaraz potem dostajemy jednak już w dużej mierze Hung Under, przygotowane podobno na kolejny krążek zespołu, który jak wiemy jednak się nie ukazał (zamiast tego kompozycja trafiła na solowy album Skrzeka, Józefina) W pierwszej części rozmarzone, nieco floydowskie granie, potem zespół łapie wiatr i wchodzi w przyjemny, bardzo taneczny groove. Przenikające się nawzajem partie gitar i klawiszy, zmiany rytmu, zabawa dynamiką - od tego miejsca na płycie zaczynają się właśnie takie zabiegi, trwające do końca pierwszej płyty. Nie ma tu miejsca na konkretne, znane utwory. Zamiast tego dostajemy kolejne części improwizacji podpisane Movements I-IV oraz Spectrum. Wszystkim źle nastawionym do tego terminu od razu wyjaśniam, że jest to improwizacja na najwyższym poziomie (wyżej jest tylko Phish:) - muzycy wyczuwają się doskonale, łapią i przetrzymują ciekawe tematy, wokół których osnuwają swoje muzyczne opowieści. Rock progresywny miesza się tu z jazz-rockiem i bluesem. A nam uśmiech nie schodzi z twarzy  - co za granie!

Drugą płytę rozpoczyna spory wyjątek z suity Going Away, miedzy innymi kultowe w niektórych kręgach Freedom with us, za ktorym osobiście nie przepadam, bo trochę to rozwlekłe...ale zaraz potem wchodzi 3rd reanimation i znów łapiemy ten charakterystyczny dla SBB groove. Z kolei Żywiec (Mountain Melody) to już solowy popis skrzekowego moogowania i dowód na to, że Józek należy do ściślej czołówki specjalistów od tego instrumentu. A po suicie wracają do improwizacji - Away, Away i Heavy Equipment to kolejna dawka odlotów. Kolejne 25 minut szukania, burzenia i budowania. Na koniec części zasadniczej dostajemy jeszcze wyjątek z Wizji, a jako bonus fragment z próby dźwięku, która może wiele nie wnosi, ale pokazuje, że zespół miał naprawdę dobry dzień.

SBB w składzie ze Sławkiem Piwowarem nie grali może długo, ledwie kilka miesięcy, ale ten album udowadnia jak duży potencjał tkwił w tym kwartecie. Zmianie uległo brzmienie zespołu, dwie gitary wzięły na siebie ciężar prowadzenia improwizacji, wchodzenia w dialogi, klawisze Skrzeka są tu na drugim planie, zresztą lider częściej niż pod koniec lat 70. sięga po gitarę basową. To akurat dla mnie, jako miłośnika Skrzeka - klawiszowca, niezbyt radosne rozwiązanie, ale muszę przyznać, że akurat w tym wypadku owo przemeblowanie brzmienia aż tak nie razi. Całość zagrana jest z wielką finezją, zupełnie nie słychać że to już nowa dekada puka do drzwi. Wielka szkoda, że w listopadzie (koncert jest z kwietnia) było już po wszystkim, a drogi muzyków rozeszły się na wiele lat. A tak naprawdę już chyba na zawsze, bo SBB nigdy nie powróciło do poziomu reprezentowanego na tej płycie. Czy zeszłoroczny powrót Piotrowskiego to zmieni? Czekamy na premierowy materiał.