Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard rock. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2020

Deep Purple - Whoosh! (2020) - recenzja

 



Deep Purple już dawno osiągneli status "cieszmy się, że jeszcze grają, nic już nie muszą". To ulubione hasła fanów w przypadku nowych wydawnictw wykonawców, którzy przekroczyli 60. rok życia i w świadomości ogółu funkcjonują na zasadzie "to oni jeszcze żyją?!". Robi się z tego trochę takie podejście nakolannikowe - pojawiają się recenzje 10/10, uwypuklanie plusów, pomijanie minusów i inne typowo fanowskie zabiegi. Z resztą sam uległem temu syndromowi w recenzji InFinite sprzed 3 lat, bo jednak jest w tym wiele prawdy. Jesli zespół jest na scenie od pół wieku, każda płyta, każda kolejna trasa może być tą ostatnią. A przecież TAKICH zespołów jest coraz mniej. Dlatego "głaszczemy".

Pierwszy singiel z tegorocznej płyty Deep Purple, Throw my bones, pojawił się kilka dni po zamknięciu nas w domach przez władców tego świata w ramach tak zwanego "lockdownu" i...nie zachwycił. Ładna piosenka, ale - znów fani - gdzie Hammondy, gdzie ciężar? Co to za solo gitary typu "kopiuj-wklej"? W końcu gdy w 2017 pojawiła pierwsza zapowiedź Infinite, głośniki aż rozsadzała energia i moc (mowa o Time for Bedlam oczywiście). Co to będzie? Druga próbka pognębiła tych jeszcze wierzących. Man Alive to jeden z najbardziej eksperymentalnych kawałków Purpury od dawna. Melodeklamacja, fragmenty jakby wyjęte z jakiegoś filmu, brak chwytliwej melodii - zapowiadało to wszystko katastrofę.

W końcu jednak, opóźniona o dwa miesiące (thanx to Coronavirus), pojawiła się dwudziesta pierwsza studyjna płyta Deep Purple Whoosh!. I jak jest? Nie tak źle jak się zapowiadało!

Ustalmy od razu - poprzednik ustawił poprzeczkę dość wysoko i niestety nie udało się jej przeskoczyć ani nawet dotknąć. Na Whoosh brakuje choćby jednego killera, poprzednio mieliśmy ich trzy, a może i cztery. Utworu, który choć nie przejdzie do historii rocka (bo to nie te czasy), to powoduje szybsze bicie serca i przyjemne mrowienie na skórze. Tym razem, zgodnie z zapowiedziami zespołu, jest bardziej piosenkowo, utwory są bardziej zwarte (i jest ich więcej). 

Whoosh na pewno można pochwalić na nieskazitelną produkcję Boba Ezrina i jak zawsze absolutnie najwyższy poziom instrumentalny oraz - tu zawsze można mieć obawy, bo wiek... - wokalny. Gillan odnalazł się w "nowym" sposobie śpiewania, nie forsuje górek, raczej porusza się w rejestrach niższych, przez co jego 75 lat nie ma aż takiego znaczenia. Tak jak na poprzedniej płycie bryluje Don Airey, który ma ten szczególny dar, dzięki któremu z nawet przeciętnego pomysłu muzycznego jakąś zagrywką, szczegółem, brzmieniem wyciągnie to, co najlepsze. Plus oczywiście nienaganne solówki hammondowe oraz fortepianowo-syntezatorowe. Jego partia solowa w Nothing at all to prawdziwy majstersztyk!

Jeśli jesteśmy już przy tym numerze, to trzeci singiel z Whoosh!  jest chyba najbardziej zapadajacym w pamięć fragmentem płyty. Przepiękna, sielska melodia wiodąca, gdzie Steve i Don cudownie przeplatają muzyczne myśli, wyluzowany śpiew Gillana i wspomniana solówka hammondowa (przywodząca na myśl stare progresywne zespoły pokroju Ekseption) powodują, że z przyjemnością wracam do tego utworu.

Oprócz tego jest tak, że jak gra, to jest fajnie, a jak przestanie to niewiele zostaje w głowie.  Niezły bridge w Drop the weapon; damsko-męskie chórki zaakcentowane śmielej niż na jakiejkolwiek wcześniejszej płycie Purpli; intro i outro oraz intrygujący klimat Step by step; rock and rollowy, wypełniony tekstowymi cytatami niczym Speed King, What the What (na zasadzie, że "fajnie grają", a nie że to wybitny kawałek);syntezatorowe solo w Long way round. Jest też fajna miniaturka, służąca jako wstęp do Man alive - Remission possible. Mogłaby się z powodzeniam przerodzić w jakiś pełnokrwisty instrumental, a tak to tylko minutka i do domu.

Całość wieńczy (no prawie, bo mamy jeszcze swego rodzaju bonus) nagranie, które 52 lata temu rozpoczęło płytową karierę Deep Purple - And the adress. Swoista klamra? Pożegnanie? Jak podkreślają sami muzycy, w tym wieku każda płyta może być ostatnia. "Nabrali" nas trochę trzy lata temu (tytuł płyty i trasy zwiastował pożegnanie), ale jednak pociągnęli temat dalej. I chyba faktycznie warto przymknąć oko na pewne mankamenty i cieszyć się takimi, jacy są. Bo przy wszystkich mankamentach Whoosh! to jednak kawałek solidnego grania. Coraz rzadziej występującego w przyrodzie.



środa, 24 maja 2017

Deep Purple - The Long Goodbye Tour - Atlas Arena, Łódź, 23.05.2017 - relacja

Deep Purple to jeden z tych zespołów, które w Polsce zawsze mogą liczyć na przychylność publiczności. Trasa Long Goodbye Tour, w zamyśle pożegnalna, obdarzyła nasz kraj aż dwoma koncertami, co w minimalnym stopniu odbiło się na frekwencji w łódzkiej Atlas Arenie - w końcu ci z południa kraju  mieli bliżej do Katowic. Nie było jednak źle, choć oczywiście marketingowcy zdobyli na pewno trochę duszyczek podkreślając na każdym kroku, że "to już ostatni" raz, choć oczywiście co lepiej obeznani w temacie fani domyślają się, że zespół prawdopodobnie jeszcze do nas wróci.

Nie ma co jednak czarować - okręt pod purpurową banderą kieruje się powoli ku portowi przeznaczenia. Czy zajmie mu to jeszcze rok, trzy czy pięć - żyjemy w momencie pożegnania Głębokiej Purpury ze sceną. Jest to jeden z tych zespołów-symboli, choć przechodzący wiele zmian składu, to jednak o rozpoznawalnym, charakterystycznym brzmieniu i tej specyficznej energii, właściwiej tylko zespołom TAMTYCH lat.  Nie ma i nie będzie już takich zespołów.

Mam świadomość, że moje pisanie o Deep Purple jest nacechowane mocną subiektywnością. Raz, że od małego był to mój ulubiony zespół i nawet obecnie, mimo lekkiej korekty gustu muzycznego, pozostaje w absolutnym topie wszechczasów. Dwa - Memoriał Jona Lorda, który powoduje, że co roku obcuję z tą muzyką wyjątkowo blisko. Trzy, że tych Purpurowych koncertów trochę już zaliczyłem i moje spojrzenie choćby na kwestie setlisty na pewno różni się od spojrzenia osoby postronnej, która po prostu poszła "na koncert".

A setlista, przyznać trzeba, może nie zaskoczyła, ale na pewno mogła zadowolić bardziej niż te z kilku ostatnich lat. Co prawda nie da się uciec od Smoke on the water i Black Night, ale cztery numery z InFinite i dwa z Now What?! spowodowały, że nagle 1/3 zagranych tego wieczoru utworów to były nowości. Od razu muszę dodać, że utwory z najnowszej płyty wypadły po prostu świetnie. Dobrze odnajduje się w nich Ian Gillan (bo dopasowane są do jego obecnych możliwości wokalnych), a same w sobie są po prostu "bardzo fajnymi kawałkami". Nawet wyklęty przez większość, niemal popowy Johnny's Band, zabrzmiał w Łodzi porywająco. I mówcie co chcecie, ale refren tego drobiażdżku jest po prostu doskonały. A otwierającego całość Time for Bedlam i umieszczonego w środku setu The Surprising słucha się właściwie tak wybornie, że  kolejna wersja Highway Star naprawdę nie była nam potrzebna (zespół zresztą pomyślał tak samo i ten kawałek pominął).

Oprócz tego było klasycznie - Lazy, wspomniane wyżej Smoke... i Black Night, Perfect Strangers, Hush, Bloodsucker, Fireball i kilka innych...purpurowa jazda obowiązkowa. Przyznam szczerze, że o ile ograny do nieprzyzwoitości Smoke po prostu mnie już nie grzeje, to takiego Hush, dzięki bardzo intensywnemu dialogowi gitarowo-organowemu w środku, mogę słuchać zawsze i wszędzie. Generalnie Purpura stoi teraz instrumentalistami, z których prym wiedzie Don Airey. Pełno go wszędzie i dzięki urozmaiconemu zestawowi zabawek klawiszowych jest w stanie zaciekawić nawet gitarowych fetyszystów, którzy najchętniej podkręciliby głośniej gitarę Steve'a Morsa. Ten, nie wiem czy z powodu narastających problemów z ręką, czy świadome, troszkę usunął się w cień. Nadal jednak jest to, wraz z sekcją Glover-Paice, świetnie naoliwiona, choć wiekowa, maszyna. Najsłabszym ogniwem pozostaje, z racji wieku, Ian Gillan, ale - o dziwo - tego wieczoru radził sobie nadspodziewanie dobrze. I choć wysokie rejestry dawno poszły w zapomnienie, a niektóre partie "dośpiewuje" za Iana gitara, to przyznać należy, że naprawdę był to wokalnie całkiem dobry występ (a pamiętajmy, że Gillan w tym roku kończy 72 lata).

Jaki był więc to koncert? Na pewno nie było atmosfery pożegnania i  w tym kierunku gestu nie uczynił. Dostaliśmy naprawdę solidne 100 minut klasycznego hard rocka, od zespołu, który powstał 50 lat temu. Zespołu, który w tym roku wydał swoją 20. studyjną płytę, na którą trafiło kilka naprawdę świetnych kawałków. Zespołu, który nadal ma tę iskrę złotych lat 70., mimo że jego członkowie albo już przekroczyli albo właśnie dobiegają do siedemdziesiątki. W momencie, kiedy Polska żyje sporem o festiwal w Opolu, ci panowie proponują MUZYKĘ. Energię, polot, kunszt i jakość, z którą nie mógłby się równać żaden wykonawca wspomnianego "święta polskiej muzyki". 

Nie jest to ten sam zespół, który czarował specyficzną magią i atmosferą nieprzewidywalności za czasów Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda. Tamten duet tworzył MAGIĘ Purpury. Jej już nie ma, bo tacy muzycy rodzą się raz na 1000 lat,a ich spotkanie jest jak zderzenie absolutów. Nadal jednak pozostaje coś wyjątkowego, ulotnego. Ot, choćby w szczegółach, kiedy Don Airey gra swoje solo przed Perfect Strangers i wplata charaktersytyczne dla danego kraju motywy (u nas Chopin i doskonale podchwycona przez publikę Szła dzieweczka do laseczka). Albo gdy pojawia się uotnie piękna, gitarowa introdukcja do Uncommon Man. Takich rzeczy już się nie robi. Kolejne pokolenia mają już inną wrażliwość, a ludożerkę karmii się męskimi graniami. Na tym tle Deep Purple zawsze byli wyjątkowi. Szkoda, że to się kończy. Następców brak.



P.S. Jako support wystąpił kanadyjski Monster Truck. Przyjemny stoner pod nóżkę, dość ciepło przyjęty przez publiczność. Taki z kategorii do sprawdzenia.

piątek, 7 kwietnia 2017

Deep Purple - InFinite (2017) - recenzja

Aż trudno uwierzyć ale w przyszłym roku minie pół wieku istnienia Deep Purple. Panowie powoli żegnają się ze sceną (choć na szczęście będzie to długie pożegnanie), ale cieszy fakt, że mają jeszcze chęci i energię do tworzenia nowej muzyki (co w poprzedniej dekadzie nie było takie oczywiste, a Ian Paice otwarcie mówił, że nie mają motywacji do pracy w studiu, skoro płyty tak słabo się sprzedają). Sukces wydanej w 2013 roku Now What?! dodał jednak zespołowi skrzydeł. Na co więc stać Purpli AD 2017?


Przede wszystkim otrzymujemy płytę bardzo krótką. Łącznie 45 minut materiału, a jeśli odliczyć cover Roadhouse Blues, to zostanie 39. Czas ten zagospodarowany jest jednak bardzo ciekawie
i momentami zaskakująco. Nie wszystko na tej płycie jest w pełni udane, ale...w przypadku, nie bójmy się tego określenia, dinozaurów rocka MUSIMY inaczej patrzeć na nowe wydawnictwa. To nie są już 20-to letni młodzieńcy z głowami, które aż buzują od świeżych pomysłów. Mamy na talerzu owoc pracy muzyków, którzy największe artystyczne sukcesy osiągali na przełomie lat 60. i 70 XX wieku, a obecnie część z nich jest już w wieku emerytalnym. Należy także pamiętać o tym, że jednak artyści i ich propozycje przez pół wieku mogą się jednak zmienić. Jeśli ktoś oczekuje po tych panach kolejnego Highway Star czy Smoke on the water, to niech po prostu InFinite nie słucha.

Płyta ma 4 bardzo mocne punkty, z czego dwa poznaliśmy w postaci singli jeszcze przed premierą całości. Time for Bedlam zachwyca pędem przypominającym mocno klasyczne Pictures of Home, a także intryguje mocno antysystemowym tekstem Gillana (Sucking my milk from the venomous tit of the state/This clearly designed to suppress every thought of escape). All I Got is You to po prostu perełka. Zaczyna się reminiscencją z introdukcji do Cascades: I'm not your lover, mamy też bardzo melodyjne, melancholijne zwrotki (i dwa przekleństwa Gillana;) i pełen furii riff. Ciekawie gra tu Don Airey - syntezatorowe solo, które może irytować "metaluchów", jest miłym urozmaiceniem. Dla wielu najmocniejszy punkt płyty to The Suprising. Jest epicko (znów balladowy, piękny początek i mocniejsze rozwinięcie) i progresywnie (utwór poskładano z kilku motywów,a w środku pojawia się nawet część quasi-fimowa). Nie są to absolutnie "typowi Purple". No i czwarty - Birds of Prey. Za sprawą bębnów na początku trochę Zeppelinowaty, potem znów zahaczający o krainy progresywne (riff bardzo w stylu Rush!). Mam nieodparte wrażenie, że Steve Morse pilnie odrabiał lekcje na sesje z Flying Colors - końcówka tego utworu należy do niego i jest to typowe, epickie, "wykańczające" solo na orkiestrowym podkładzie klawiszy, w jakich lubują się panowie Neal Morse i Mike Portnoy. Szkoda, że zostaje wyciszone.

Z rzeczy bardzo ciekawych, trochę drobniejszych, lecz niewiele ustępujących czterem wyżej przedstawionym utworów są jeszcze oparty na bardzo "abandonowatym" groovie One Night in Vegas, w którym ciekawostką jest brak konwencjonalnego refrenu. Jego rolę z powodzeniem przejmuje jednak świetna, bardzo melodyjna zagrywka Aireya. No i mój osobisty, mały plusik za podkład do solówek - zaczerpnięty jak żywo z genialnego Doing it tonight (pewnie nieświadomie)! No i jeszcze ten fortepianowy pasażyk Dona na końcowym riffie - kolejny smaczek, który sprawia, że ten trwający 3:23 utwór jest po prostu wciągający. Z kolei Johnny's Band to bardzo popowa jak na ten skład propozycja z bardzo funkującym, jajcarskim riffem (który zalatuje trochę czasami...Come Taste the Band!). Melodyjny, acz nienachalny refren "robi" ten utwór. Znów ciekawostka - intro bardzo w stylu Losing my strings z Purpendicular. Niby nic, ale kawałek ma w sobie bardzo pozytywną energię i melodię.

To według mnie najmocniejsze punkty InFinite. Pozostałe trzy autorskie kawałki nie przekonują mnie przede wszystkim pod kątem melodii, aczkolwiek nie są to rzeczy złe albo fatalne - instrumentalnie jak zwykle Purple lśnią, jednak nie ma tu nic "ekstra", co wyróżnia wyżej wymienione pozycje, szczególnie właśnie pod kątem melodyki - trochę przypominają materiał z Abandon, gdzie zespół starał się "przygrzmocić",  zapominając jednak, że piosenka powinna zostawać w głowie słuchacza. W On the Top of The World wyróżnić można sposób prowadzenia i melodie zwrotek -  przypominają mi...Anyone's Daughter z Fireball (1971!). Tym niemniej nieźle się tego słucha choćby pod kątem instrumentalnym.

Płytę kończy cover, którego mogłoby nie być. Roadhouse blues to numer ograny na przestrzeni kilku dekad w tę i z powrotem, wersja Purpli nie wnosi do tematu nic nowego ani ciekawego. Ot, weszli do studia, pobawili się i poszli. Fajnie byłoby usłyszeć w tym miejscu jeszcze jeden autorski numer, ale skoro tak zespół sobie wymyślił, to niech tam będzie. Choć solówki oczywiście mile łechtają ucho.

Dwudziesta studyjna płyta Deep Purple nie zawodzi. Jak napisałem wcześniej - trzeba do tej muzyki podejść z otwartą głową. Panowie uprawiają rocka zupełnie innego niż 40 lat temu, zachowując jednak charakterystyczne dla stylu elementy. Kombinują z formami (The Suprising, Birds of Prey), brzmieniem (szczególnie Airey - więcej tu solówek syntezatorowych niż na poprzednich płytach Purpli; Paice zaś w paru momentach brzmi mocno...Zeppelinowato). Głos Iana Gillana brzmi pewnie mimo 70. na karku. Słychać, że nauczył się korzystać w pełni ze swoich obecnych możliwości - nie ma tu absolutnie rozpaczliwych prób popisów "w dawnym stylu").  Jeśli okaże się, że to ostatnia płyta Purpli - będzie to zakończenie kariery na wysokim poziomie. Jedni z ostatnich z wymierającego gatunku starzeją się godnie.


piątek, 12 sierpnia 2016

V Memoriał Jona Lorda - koncert poświęcony pamięci klawiszowca Deep Purple

Ze "świętej trójcy" klawiszowców lat 70. został już tylko Rick Wakeman. W marcu 2016 pożegnaliśmy Keitha Emersona. Jon Lord odszedł w 2012 roku. To właśnie jemu poświęcony jest już piąty koncert z tego cyklu.

 Jak zwykle czeka nas solidna, ponad 3-godzinna dawka hard-rocka w wybornym wydaniu. Odwiedzą nas dobrzy znajomi: Grzegorz Kupczyk i Piotr Brzychcy, ale także "perfect strangers": po raz pierwszy mamy zaszczyt gościć jednego z największych fanów "purpury" w Polsce - Wojtka Cugowskiego (gitara/wokal), oraz wspaniałe, rockowe gardła w postaci Tomka Struszczyka (Turbo) i Łukasza Drapały (Chemia), a także odrobinę progresywnego posmaku w postaci Bartka Kossowicza (Quidam). Zapowiedział się także Sierściu z 4 SZMERÓW i...Anja Orthodox (Closterkeller).
Z Wojtkiem Cugowskim wystąpią muzycy zespołu BRACIA:
Tomasz Gołąb - bas
Jarosław Chilkiewicz - gitara,
Bartek Pawlus – perkusja.
Gospodarzem będzie grupa Made in Warsaw, dowodzona przez klawiszowca Łukasza Jakubowicza (m.in Ania Rusowicz, Panteon, Hippocampus). W składzie występują również: Robert "Kazon" Kazanowski z czołowego metalowego zespołu młodego pokolenia, Night Mistress (Nocny Kochanek), Darek Goc (Lorien), Błażej Grygiel (Hellectrecity) oraz Szymon Pawlak (Hippocampus)


BILETY: 30 zł w przedsprzedaży, 38 zł w dniu koncertu dostępne na stronie Palladium oraz serwisie e-bilet.pl, Ticketpro.pl oraz Empikach, sklepach Saturn itp.

W tym roku organizatorzy poszerzyli Memoriał o drugi dzień. 14 października w Club Rocku na ul. Kolejowej 8 członkowie Made in Warsaw wraz z Piotrem Brzychcym (Kruk) zagrają w całości repertuar płyty “On Stage” zespołu Rainbow oraz kilka innych, tęczowych klasyków Ritchiego Blackmore’a. Bilety na ten koncert będzie można nabyć w klubie w dniu koncertu w cenie 25 zł.
Stronę wydarzenia można na bieżąco śledzić na Facebooku 

KARNETY na 2 dni (Tribute to Deep Purple oraz Tribute to Rainbow) w cenie 50 zł możliwe do zarezerwowania u organizatorów: prosimy o kontakt na adres memorial(at)jonlord.art.pl


sobota, 2 lipca 2016

Ritchie Blackmore i Rainbow AD 2016 - czy to jeszcze ma sens?

Projekt "Rainbow 2016" przeszedł już do historii. Materiały nagrane przez fanów można dość łatwo odszukać na Youtube, tak więc każdy zainteresowany może obejrzeć wszystkie trzy koncerty w domu i samemu sobie odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule wpisu. Ponieważ jednak udało mi się dotrzeć na jeden z koncertów osobiście i tak się złożyło, że był to koncert z tych trzech najlepszy, pozwolę sobie w kilku zdaniach podsumować całe to zamieszanie.

Ritchie Blackmore tłumaczył decyzję o zagraniu tych koncertów nostalgią i ukłonem w stronę fanów, którzy od 1997 roku nie przestali wierzyć, że coś takiego jak Ritchie i rock będzie jeszcze występować w jednym zdaniu. Ponieważ jednak gitarzysta znany jest z tego, że robi tylko to, na co ma ochotę, domniemywać można, że zrobił to także dla siebie. Ot, po prostu chciał na chwilę wrócić do przeszłości, ale na własnych warunkach. Tym tłumaczyć można chociażby dobór towarzyszących mu na tych koncertach muzyków czy taką, a nie inną setlistę. 

Pierwszy koncert tej mini trasy odbył się w ramach festiwalu Monsters of Rock w niemieckim Loreley i wywołał w kręgach zainteresowanych fanów dość minorowe nastroje. O tym pisałem jednak we wstępie do relacji z brytyjskiego koncertu. Rzeczywiście, patrząc z perspektywy kilku dni, koncerty niemieckie można potraktować jako rozgrzewkę przed tym finałowym, który odbył się w Birmingham. Pytanie jednak czy muzyk tak - nie bójmy się użyć tego słowa - legendarny powinien odwalać taką fuszerkę? Przecież wystarczyło kilka prób i odpowiednie skupienie, aby już od pierwszego koncertu nie było aż takich wątpliwości...Aż takich, bo niestety żaden z tych koncertów nie był idealny.

Jesteśmy w trakcie wielkiego turnieju piłkarskiego, gdzie wszelakie opinie o zawodnikach są na porządku dziennym, więc przyjmijmy na chwilę ten sam system na potrzeby zwięzłego przedstawienia problemów. Daruję sobie jedynie oceny punktowe :-)

Ritchie Blackmore

19 lat grania renesansowego folk-rocka, starcze zwyrodnienia stawów, do których przyznał się w zeszłym roku, do tego niedawna operacja palca i mamy pełen obraz Ritchiego B. w 2016 roku. Do tego doszła zapewne niewielka, ale jednak, trema i katastrofa w Loreley gotowa. Słabo, bez polotu zagrany koncert, błędy w klasycznych solówkach, bardzo nieprecyzyjna gra - lista grzechów Ritchiego popełnionych 17 czerwca tego roku jest długa. Spoglądając jednak na filmiki z dnia następnego zauważymy pewną poprawę. Tydzień później Ritchie miał ostatnią szansę na uratowanie honoru i mogę powiedzieć, że dał z siebie wszystko. Nadal "to nie było to", przede wszystkim brak mu już tej szybkości, która pozwoliłaby na przykład pociągnąć solówkę w Child in Time czy Burn, ale jednak w dużej mierze, biorąc pod uwagę powyższe problemy ze zdrowiem i wiek, Ritchie wyszedł z koncertu w Birmingham obronną ręką. Zapomnijmy jednak o tym "szukającym, burzącym i budującym" Blackmorze sprzed lat. Zostało kilka charakterystycznych myków, specyficzny styl gry rytmicznej i legendarne brzmienie. Parę razy (Catch the Rainbow, Mistreated) zdawało się, że Ritchie zaraz odleci, że złapie ten pociąg z napisem "szaleństwo" i zaprowadzi nas w rejony, które tak chętnie penetrował w początkowym okresie działalności Rainbow, jednak ani razu nie zdecydował się na wyjście poza przećwiczone wersje.
Odmienną kwestią jest sama obecność gitarzysty na scenie. Myślę jednak, że tego nie uwzględni żaden filmik na Youtube czy nawet profesjonalnie nagrany materiał DVD. Dla osób, które zostały w jakiś sposób ukształtowane przez muzykę danego artysty, możliwość zobaczenia go na scenie, na żywo, to na pewno wielkie, metafizyczne doświadczenie. Tak właśnie było w moim wypadku. Dlatego nie mogę obiektywnie napisać jakie to przeżycie zobaczyć i usłyszeć tego gitarzystę na żywo. Dla mnie - najpiękniejsze na świecie, niezależnie od jego formy. Coś jest w tych dźwiękach - magia, kosmos, metafizyka. Coś jest w tym brzmieniu. Gdy gra te liryczne solówki w Mistreated czy Catch the Rainbow, człowiek zdaje sobie sprawę, że istnieją ludzie niezastąpieni. I choć tępię kult jednostki, bo uważam, że większość pożal się boże piosenkareczek można by zastąpić tabunem innych, podobnych, to są na świecie artyści, którzy uświadamiają jaka energia kryje się w dźwiękach. Dokładnie takie same odczucia miałem uczestnicząc w koncertach z udziałem Ś.P. Jona Lorda czy Ricka Wakemana. To chyba ten powiew sztuki, artyzmu, piękna muzyki lat 70. wykonywanej przez tych, którzy ją tworzyli.  Dlatego, jeśli ktoś mnie spyta czy warto było tłuc się do Birmingham na koncert, odpowiem: tak, i to bardzo.

Ronnie Romero  

Ritchie wyznaczył temu młodemu wokaliście dość trudne i niewdzięczne zadanie. W trakcie dwugodzinnego koncertu musiał zmierzyć się z repertuarem śpiewanym pierwotnie przez sześciu (wliczając Glenna Hughesa) wokalistów. I to nie byle jakich - tworzących na przestrzeni lat czołówkę hard rocka. "Młody" wybrnął jednak z tego zadania nie tyle bardzo dobrze, co wręcz zachwycająco.
Ma w głośnie nie tylko siłę, ale i sporą część magii Ronniego Jamesa Dio. Można próbować kopiować mistrza, ale to będzie tylko lepsza lub gorsza kopia. Młody Ronnie dodaje jednak coś "ekstra". Coś, co powoduje ciarki na plecach i szybsze bicie serca. Momenty takie jak Mistreated czy Catch the Rainbow powodowały dosłownie osłupienie. Przez pojedyncze kawałki z ery Turnera i Bonneta przebrnął po prostu bardzo dobrze. Drugim wokalistą, z którego legendą musiał się zmierzyć, był Ian Gillan. Tu było również zjawiskowo - wymagająca partia wokalna w Child in Time została po prostu wzniesiona na inny poziom. Jak burza przeszedł przez Highway Star. Najgorzej poradził sobie z Perfect Strangers  - ale tu zawiódł cały zespół. To po prostu nie jego bajka. Trochę lepiej było w Black Night, aczkolwiek kawałek ten jest już tak ograny, że ciężko cokolwiek dać od siebie. Nie zapominajmy jednak o emocjonalnie podanym Soldier of Fortune - miodzio. Ogólnie zawodnik spełnił pokładane w nim nadzieje z nawiązką. Nie przychodzi mi na myśl inny wokalista, który zaśpiewałby na tak wysokim poziomie cały koncert, na którym mieszają się style kilku wokalistów. A wykonanie numerów z ery Dio - zjawiskowe!
Do poprawy Ronnie na pewno ma jeszcze kwestie konferansjerki i odnalezienia się w roli frontmana. W kontakcie z kilkunastotysięczna, rockową publicznością trzeba mieć po prostu jaja. Na początku swojej drogi z Deep Purple David Coverdale też podobno miał problem z właściwym wyjściem do ludzi. Dlatego wymyślił sobie charakterystyczne zawołanie "How are ya?!", które od razu przełamywało bariery na lini wokalista-publiczność, a z czasem stało się jego "znakiem firmowym". To Romero ma jeszcze przed sobą - na razie kompletnie nie radzi sobie z publiką, a jego nieśmiałe zapytania o "dobrą zabawę" były raczej żałosne.

Jens Johansson

Nie wiem czemu Ritchie wybrał akurat tego klawiszowca. Musiała powstać jakaś nić sympatii, a i wcześniejsza współpraca z Blackmore's Night na pewno zaprocentowała. A może i fakt, że grał przez jakiś czas z samym Dio? Jens to bardzo dobry muzyk, jednak z zupełnie innej bajki niż cały repertuar koncertów Rainbow w tym roku. Sprawność techniczną potwierdził w swoim solo w Difficult to cure, demonstrując cały wachlarz zagrywek progmetalowych. I nawet na Hammondzie zagrał ciekawie...jednak już w konkretnych utworach wypadł dość przeciętnie. W większości poprawnie, ale bez charyzmy potrzebnej w utworach Purpli. Małe wpadki tu i ówdzie nie mają znaczenia, ale bezsensownego skrócenia intra do Perfect Strangers nie potrafię zrozumieć (nie była to pomyłka, bo feler ten pojawił się na każdym z trzech koncertów). Generalnie stanowił tło dla Ritchiego. I to tło, które mogłoby być lepsze.

David Keith i Bob Nouveau

Sekcja rytmiczna była najbardziej kontrowersyjnym elementem tego "reunion".  Pierwszy koncert w ich wykonaniu to naprawdę poziom średniego cover-bandu, łącznie z pomyłkami i rozjazdami w końcówkach utworów. Wielu zarzucało także relatywnie wolne tempa utworów, co zostało poprawione na ostatnim koncercie (dla porównania dwie wersje Perfect Strangers, odpowiednio z 17 i 25 czerwca; uwaga! jest to najmniej ciekawy, wręcz najgorszy fragment koncertów, więc proszę nie wyciągać wniosków co do całości. Służy tylko celom porównawczym ;))














W dodatku zestaw perkusyjny Davida Keitha został wyciągnięty wprost z Blackmore's Night, co na pewno miało wpływ na brzmienie i dynamikę gry. Perkusista tłumaczył w jednym z wywiadów, że chciał osiągnąć na tych koncertach "brzmienie małego zestawu z lat 70", ale powiedzmy sobie szczerze, że eksperyment się nie powiódł. Podobnie jak w przypadku Jensa Johanssona, muzycy sekcyjni to starzy kumple Ritchiego, mający w CV współpracę z Blackmore's Night (Keith gra tam na co dzień).  Prawdopodobnie to zadecydowało o ich wyborze. Nie można powiedzieć, że to słabi gracze - David Keith gra bardzo ciekawie i mimo moich obaw nie zmasakrował Burn - jednak znów: to nie ta bajka. Do grania Rainbow/Deep Purple naprawdę trzeba mieć dryg i specyficzny feeling oraz moc "w łapach". Bez tego robi się mdło. Dlatego pod kątem sekcyjnym (który to niestety rzutuje na odbiór całości) były to bardziej koncerty "Blackmore's Night plays Rainbow".
Jestem jednak w stanie zrozumieć wybór Ritchiego. Przy jego obecnej formie wzięcie do zespołu muzyków, którzy zagraliby te kawałki z mocą oryginałów, oznaczałoby katastrofę. Sama sekcja po prostu przykryłaby Ritchiego i obserwowalibyśmy smutny koniec mistrza nie mogącego nadążyć za resztą składu. Tu osiągnięto jakiś kompromis i dzięki temu te koncerty w ogóle miały sens.

Podsumowanie

Po raz pierwszy w historii rockowego grania Ritchiego mieliśmy na scenie chórek. Powszechnie wiadomo, że miało to na celu usprawiedliwienie obecności na koncertach muzy Ritchiego, Candience. No nie wypuści ci ona go z rąk za nic! Dwuosobowy chórek ani nie przeszkadzał, ani nie pomagał, więc jego obecność po prostu pominę. Tęcza była, ale taka współczesna, chyba LED-owa. Świeciła, zależnie od utworu, jaskrawo albo pastelowo, raz bardziej dynamicznie, raz nastrojowo. Też - dodatek, chociaż oczywiście w Rainbow dość znaczący. Najważniejszy był jednak Ritchie, Ronnie i reszta muzyków. Czy, biorąc pod uwagę powyższe zastrzeżenia, ich trzy występy miały sens? Nie da się na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Obiektywnie rzecz biorąc przygotowanie zespołu było nieadekwatne do rangi wydarzenia. Tylko czy dla Ritchiego to miało aż takie znaczenie jak dla nas, fanów? Mam nieodparte wrażenie, graniczące z pewnością, że nazwa "Rainbow" użyta została wyłącznie w celach marketingowych. Nie chodzi o fakt, że w składzie nie pojawił się żaden muzyk z poprzednich wcieleń Tęczy. Blackmore znany jest z tego, że rzadko kiedy sięga dwa razy po to samo nazwisko, stawiając raczej na nowe twarze. Tak przecież powstał pierwszy skład Rainbow, z nieznanym wtedy nikomu Ronniem Jamesem Dio. Chodzi przede wszystkim o fakt, że były to raczej solowe koncerty Ritchiego. Świadczy o tym m.in dobór utworów. Na brytyjskim koncercie pojawiło się więcej utworów Deep Purple niż Rainbow! Wynika z tego, że Ritchie faktycznie chciał przynajmniej na chwilę otworzyć dawno zamknięte drzwi z napisem hard-rock, a zagranie tych koncertów pod szyldem "Ritchie Blackmore przedstawia" byłoby raczej marketingowym strzałem w stopę. Stąd decyzja o "reaktywacji" Rainbow i spore rozczarowanie fanów mających nadzieję na coś więcej.
Dla osób, których marzeniem było usłyszeć jeszcze raz Ritchiego grającego rocka, te trzy koncerty były na pewno czymś wyjątkowym. Szczególnie koncert w Birmingham, na którym muzycy zagrali znacznie lepiej niż tydzień wcześniej w Niemczech, był rodzajem wrót do przeszłości, która już dawno odeszła. Nie będę się powtarzał - w Ritchiem i jego grze jest coś szczególnego i jeśli ta postać i ta muzyka znaczą dla kogoś wiele (a dla mnie tak), to udział w którymś z tych koncertów był niesamowitym przeżyciem. Pod warunkiem, że zluzował w znaczny sposób "ośrodek obiektywnego oceniania" i spróbował, choćby przez mgłę, złapać tęcze.
Jednak czasami trzeba odpuścić. I wiedzieć kiedy zejść ze sceny. Myślę, że dla "rockowego Ritchiego" ten moment już nadszedł, bo całość znajdowała się o krok lub dwa od katastrofy i kompromitacji, a w przypadku koncertu w Lolerey to już nawet o tę katastrofę zahaczyła. Początkowo artysta wykluczał dalsze eksperymenty na tym polu, zarzekając się, że najważniejsza jest dla niego działalność Blackmore's Night. Jednak kilka tygodni temu zmienił zdanie i zapowiedział, że jeśli między muzykami będzie chemia, a publiczność przekaże dobre fluidy, to kto wie, może w przyszłym roku....Osobiście nie jestem do tego pomysłu przekonany. Jeśli jednak nadarzy się taka okazja, to może jeszcze raz przejdziemy na drugą stronę tęczy....byle do tego czasu nie wyblakła do końca!

P.S. Podobno pierwsze dwa koncerty tej mini trasy zostały profesjonalnie zarejestrowane z myślą o DVD...żeby wyszło z tego coś, co warto obejrzeć i posłuchać, musieliby zarejestrować ponownie większość partii w studio!

Relacja z brytyjskiego koncertu Ritchie Blackmore's Rainbow
.............................................................................
Zapraszam na moją audycję "Muzyczne Noce" w radiopraga.pl
Muzyczne nowości, archiwalia i ciekawostki koncertowe.
W każdą niedzielę o 21:00

sobota, 11 czerwca 2016

Rainbow - Boston 1981 (2016) - recenzja

Ritchie Blackmore zatęsknił za rockowym graniem i "z nostalgii oraz dla fanów" postanowił na chwilę wyskoczyć z renesansowej krainy minstreli z powrotem pod tęcze. Zapowiadał cztery koncerty, ogłoszono trzy, w listopadzie zeszłego roku bilety rzucono do sprzedaży, koniki koncert angielski (jedyny halowy) wykupiły na pniu, Rysiek ogłosił skład zespołu...i wrzawa ucichła. Żaden to powrót Rainbow, skład zupełnie nowy, chociaż w dużej mierze złożony z weteranów scen wszelakich. No i zupełna świeżynka w tym towarzystwie (ale o głosie potężnym) - Ronnie Romero za mikrofonem. Tak to mniej więcej wygląda na dzień dzisiejszy. Jak wyjdzie? Przekonamy się już za tydzień.

Korzystając z lekkiego szumu wokół nazwy Rainbow mała wytwórnia Cleopatra Records postanowiła sięgnąć do archiwów i wydać coś z zamierzchłej przeszłości zespołu. Jakiś czas temu ukazał się, niestety mocno bootlegowej jakości, zestaw z trasy Down to Earth, kiedy to Ritchie musiał, przynajmniej na jakiś czas, użerać się z zupełnie nierockandrollowym z wyglądu Grahamem Bonettem. Do legendy przeszła historia z pilnowaniem długich włosów wokalisty, które ten i tak podstępnie ściął przed pierwszym koncertem. W 1980 Graham poszedł "do Las Vegas" , delikatnie kopnięty przez szefa w zadek...a mógł zginąć na scenie:

 
Nastała era Joe Lynn Tunera (rym niezamierzony). I właśnie z tego okresu, zaraz po wydaniu Difficult to Cure, pochodzi omawiane wydawnictwo. Dostajemy 10 utworów, 65 minut grania z koncertu, na którym Rainbow było "co-headlinerem" wraz z Patem Traversem (stąd pewnie krótka setlista). Nagranie zrealizowane przez radio, które wtedy transmitowało ten koncert, stąd bardzo dobra jakość dźwięku. Minus - dla największych fanów - taki, że koncert jest już dobrze znany z bootlegów. 

Rainbow w tym okresie to już był zespół mocno stąpający po ziemi. Żadne tam smoki, miecze i dziewice - Blackmore odcinał się od "ery Dio", chociaż oczywiście coś z wielkich utworów z tamtego okresu musiał zagrać.  Joe Lynn wniósł do zespołu to, o co właśnie Ritchiemu w tamtym momencie chodziło - popowe zacięcie, teksty o miłości i bardziej przyjazne amerykanom oblicze. Dlatego usłyszymy tu głównie kompozycje z Difficult to cure, chyba najlepszego albumu z Turnerem na wokalu. Joe brzmi tu bardzo dobrze, rockowo, konkretnie. Udowadnia, że nie przez przypadek pojawił się w purpurowej rodzinie. Fakt, że nie musimy go oglądać, działa tu na pewno na korzyść. Co do jego interpretacji kompozycji z lat 70....no wiadomo, jest gorzej. Long live rock and roll na tym nie cierpi (a wręcz zyskuje na ekspresji - w końcu to kawałek rock and rollowy właśnie), ale Catch the Rainbow i Man on the Silver Mountain już tak. Ogólnie jednak Joe wypada na tej płycie bardzo dobrze, także w kawałkach z Down to Earth. A jak reszta zespołu?

Brzmienie koncertu zaskoczyło mnie bardzo i myślę, że to jedna z rzeczy, dla których warto po Boston 1981 sięgnąć. Czasy, kiedy zespół przez większość czasu na scenie improwizował, odeszły w zapomnienie (taka to "dobra zmiana", jaką przyniosły lata 80....). Tu liczy się konkret. Mamy jedno wspomnienie magicznej ery Rainbow - Catch the Rainbow trwa dobre 14 minut i chociaż w solówce Ritchiego brak już tych smaczków i niuansów, znanych chociażby z wykonań z 1976 i 1977 roku, a podkład klawiszowy jest ciut nowocześniejszy (ah, gdzie te chóry generowane przez Tony'ego Careya i Davida Stone'a?), to odbywamy tu miłą podróż do krainy zamków i magii. Reszta występu jest bardzo dynamiczna i pozytywnie zaskakuje sposobem realizacji. Jest drapieżniej nie tylko w stosunku do płyt studyjnych (co nie jest trudne do osiągnięcia w warunkach koncertowych), ale i innych "żywców" Rainbow z lat 80. Posłuchajcie chociażby (bardzo dobrze umiejscowionych w miksie) klawiszy Dona Aireya w Spotlight Kid - wyraźny Hammond sprawia, że kawałek zyskuje na zadziorności i dynamice. Podobnie jest z mocno popowym I Surrender - zamiast rozmytego tła mamy konkretne, hammondowe granie. Oczywiście jest dużo "ejtisów" (brzmienie intra do wspomnianego I Surrender powala swoją kiczowatością), ale ja akurat bardzo lubię ten klimat. Ritchie, jak to Ritchie - z początkiem lat 80. próbował trochę unowocześnić brzmienie, nie tylko zespołu ale i swojej gitary. Nadal jest jednak precyzyjny i zabójczo melodyjny. I ten jego specyficzny styl gry, który wprost uwielbiam - sposób realizacji tej płyty (gitara w lewym kanale, reszta w prawym) pozwala w pełni docenić jego walory. 

Prawdziwym tour de force tej płyty jest instrumentalny Difficult to Cure, będący tak naprawdę fragmentem Ody do radości Beethovena z rozbudowaną częścią solową - bardzo jednak efektowną i dającą pole do popisu zarówno Blackmore'owi, Airey'owi jak i Bobby Rondelli'emu na bębnach. Wszystko w bardzo skondensowanej, ale przemyślanej formie. Na koniec dostajemy jeszcze zupełnie niepotrzebne Smoke on the Water, które poprzedzone jest zajawkami Lazy i Woman from Tokyo. Niepotrzebne, bo wersji Dymu ukazało się na płytach już chyba z tysiąc, aczkolwiek Rainbow bardzo sprawnie i smacznie prześlizguje się po tym klasyku. Ale zamiast tego mogło pojawić się chociażby All Night Long. Tym niemniej polecam to wydawnictwo zarówno fanom Rainbow z lat 80. jak i osobom, które kręcą nosem na skład z Turnerem. Tutaj Joe śpiewa naprawdę dobrze, a cały zespół brzmi niesamowicie energetycznie. Miks nagrania dodaje całości smaczku, bo nawet bardziej popowe utwory brzmią soczyście. Taki mały souvenir z ery, w której klasyczny hard-rock przechodził powoli w stan spoczynku.



...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00


sobota, 9 kwietnia 2016

Spiritual Beggars - Sunrise to Sundown (2016)


UWAGA!
Poniższy tekst pisany był z myślą o pewnym portalu, stąd dość "niemuzycznonocna" (czyt. łopatologiczna i pod przypadkowego czytelnika) treść. Ale chyba mnie olali podczas tej rekrutacji, a już nie mam serca pisać tej recki od nowa...nie mniej jednak album na tyle wart polecenia, że jednak ją tu umieszcze:

..............................

Moda na vintage trwa w najlepsze. Co ciekawe, efekty artystyczne takich powrotów do przeszłości są w większości co najmniej satysfakcjonujące.

Najjaskrawszym przykładem jest zespół Europe. Pamiętany z lat 80. i kojarzący się większości słuchaczy z odrobinę kiczowatym image, powrócił po dłuższej przerwie ponad dekadę temu bardzo obiecującym krążkiem “Start from the dark”, by w 2015 roku wydać, według wielu, jedną z najlepszych płyt w swojej karierze, “War of Kings”. Nasycona odniesieniami do rocka lat 70., umieściła zespół z powrotem w czołówce kapel klasycznie rockowych. Na polskim podwórku udany flirt ze stylem vintage zaliczyły Natalia Przybysz i Ania Rusowicz (wraz z zespołem), czego kulminacją był ich wspólny występ na zeszłorocznym Przystanku Woodstock w projekcie “Flower Power”.

Kolebką takiego udanie nawiązującego do przeszłości grania jest obecnie Skandynawia. Stamtąd pochodzą, działający od 1993 roku, Spiritual Beggars. Funkcjonujący początkowo jako project poboczny znanego z Arch Enemy Michaela Amotta, szybko odniósł względny sukces (m.in nominacja do szwedzkiego odpowiednika nagród Grammy w 1994). Od tego czasu grupa funkcjonuje głównie na rynku Europejskim i Japońskim, co kilka lat wydając ciepło przyjmowane przez publiczność albumy.

Najnowszy, wydany w marcu br. “Sunrise to Sundown to kolejny krok zespołu
w stronę lat 70. XX wieku. Po stonerowych początkach pozostały  właściwie pojedyńcze ślady, chętniej natomiast grupa nawiązuje do muzyki takich zespołów jak Deep Purple czy Rainbow. Przy czym nie jest to nawine kopiowanie, a twórcza próba zaadoptowania klasycznego brzmienia do czasów współczesnych. Już sam początek wyznacza nastrój, w jakim spędzimy najbliższe 45 minut. Masywny riff gitarowy i mocny wokal podkreślone są solidną sekcją rytmiczną i przesterowanymi organami Hammonda. Niby nic odkrywczego, ale krystaliczne brzmienie przyjemnie kopie po uszach. “Diamonds Under Pressure” i “What Doesn’t Kill You”
to niemal dosłowne odniesienia do wyżej wspomnianych mistrzów gatunku. Jakże przyjemnie posłuchać tak melodyjnych i zgrabnych refrenów! Wokalista Apollo Papathanasio sprytnie lawiruje pomiędzy stylami Davida Coverdale’a i Ronniego Jamesa Dio, prowadząc nas przez 11 zawartych na płycie utworów.
 A muzycy? Łoją aż miło. To zdecydowanie nie jest płyta na romantyczny wieczór przy winie. Ale już na długą podróż autostradą będzie w sam raz. Wielkie brawa dla klawiszowca, Pera Wiberga, który serwuje kilka naprawdę klimatycznych zagrywek i zawsze czujnie kontroluje sytuację zza organów Hammonda. Zresztą wszyscy muzycy mogą pokazać swoje, niemałe, umiejętności. Utwory takie jak wspomniany “What Doesn’t Kill You”, czy lekko kosmiczne Lonely Freedom pełne są kapitalnych wstawek instrumentalnych, które nadają płycie klasycznie rockowego sznytu.

Nie jest to album przełomowy ani wyznaczający trendy, ale grupy takie jak Spiritual Beggars nie mają ambicji rewolucyjnych. Dostarczają nam za to dawki naprawdę dobrze I z pasją zagranej muzyki. Dla wszystkich lubiących rocka lat 70 we współczesnym wydaniu pozycja obowiązkowa.

niedziela, 21 lutego 2016

The Winery Dogs - 20.02.2016, Progresja, Warszawa

Czasami jest tak, że na dany film idzie się dla danego aktora. Bo lubi się jego grę, urodę czy sposób bycia. Cała reszta (fabuła) jest dla nas dodatkiem i oczywiście lepiej, gdy jest ciekawa, ale raczej skupiamy się na wybranej postaci lub postaciach - a dobry aktor potrafi uratować nawet słabo napisaną rolę.

Trochę w ten sposób podszedłem do koncertu The Winery Dogs - wybrałem się tam głownie dla gry Mike'a Portnoya. Nic nie poradzę - słowo "uwielbiam" to może za dużo, ale określenie "bardzo lubię" jego grę będzie już odpowiednie. Perkusista kontrowersyjny, przez pewne środowiska wręcz wzgardzany, ale szczerze powiedziawszy chyba przez środowiska o stępionym słuchu muzycznym. Najlepszy dowód to Mike M, jego następca w Dream Theater - muzyk może (jeszcze) lepszy technicznie, ale w moich oczach obniżający wartość zespołu. Mike P. ma to "coś", co jest wartością samą w sobie. Artyzm, charyzma, oczywiście połączone z "szołmeństwem" i duża dawką popisówki scenicznej, ale w samej grze urzekają mnie uniwersalnością i brzmieniem. Ale dość tłumaczenia - niedawno kilka słów o wartościach dodanych Mike'a napisałem przy okazji recenzji The Astonishing Dream Theater.

Od momentu odejścia z macierzystego zespołu Portnoy ostro pracuje, a kolejne projekty w gwiazdorskiej obsadzie powstają jak grzyby po deszczu. The Winery Dogs to idealny tego przykład. Trzy nazwiska, które ściągnęły w sobotni wieczór komplet widzów do warszawskiej Progresji. A wśród publiczności wiele znajomych twarzy, w tym takie, które nieczęsto widuje się na koncertach. Mignęło mi też sporo zawodowych muzyków. I myślę, że to jednak w dużej mierze muzycy różnej maści zasilili tym razem pojemny parkiet klubu. I każdy z nich miał na tym koncercie swojego "aktora", dla którego przyszedł.

Zespół zaczął punktualnie od 20:50 i przez równo półtorej godziny stawiał głównie na zadziwianie widzów sprawnością techniczną muzyków. Z tym że chodzi raczej o popisy w ramach konkretnych utworów, efektowne ich zagranie, a nie epatowanie partiami solowymi. Te oczywiście też były, ale nie zdominowały setu. Największe wrażenie pod tym kątem robiła część zagospodarowana przez Billy'ego Sheehana. Solo na zasadzie "byle szybciej i gęściej", ale absolutnie nie można skłamać, że nie robiło to wrażenie. Billy ma 62 lata, ale nadal brzmi i gra na poziomie niedostępnym dla wielu. Równie mało skromny był Portnoy, znany ze swojego błaznowania podczas gry. Ależ tego luzu brakuje obecnie w Dream Theater! W The Winery Dogs Mike także pełni rolę nieformalnego lidera - dyryguje publicznością, co chwilę podrzuca pałeczki (które raz łapie, a raz nie), gra na stojąco, podczas The Other Side podąża śladami Mariana Lichtmana, a na końcu (w sposób kontrolowany, ale jednak!) rzucił nawet stołkiem nad perkusją. Widać było, że reakcja polskiej publiczności dała mu porządnego, energetycznego kopa. Faktycznie, wypełniona niemal po brzegi Progresja i las klaszczących dłoni mógł robić wrażenie. Podkreślić należy, że zespół zagrał wyłącznie autorski materiał z dwóch dotychczasowych krążków, a reakcje publiczności sprawiały wrażenie jakby grane były utwory co najmniej klasyczne w swoim gatunku. Zauważalnie ucieszyło to muzyków. Najbardziej wyważony w reakcjach był Ritchie Kotzen, chociaż nie można powiedzieć że się lenił. Pokazał naprawdę znakomite możliwości wokalne i rzecz jasna gitarowe. W dwóch numerach usiadł to piana Wurlitzera, ukazując, jak to określił Portnoy, swoją słodszą stronę w balladowych Fire i Regret. 

To był porządny, rockowy strzał. Mocne, dynamiczne granie z bardzo potrzebnymi atrakcjami, które urozmaicają dość monotonny muzycznie materiał The Winery Dogs. Indywidualne popisy i numery z pianem dały temu koncertowi to, czego nie miał podobny w formule koncert California Breed z listopada 2014. Rock jeszcze nie umarł:)

Dziękuję Jarkowi za możliwość spotkania artystów na backstage:)



P.S. Koncert The Winery Dogs okazał się ostatnim, jaki zobaczył i usłyszał w życiu Piotr Grudziński z Riverside. R.I.P.