Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don Airey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don Airey. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2020

Deep Purple - Whoosh! (2020) - recenzja

 



Deep Purple już dawno osiągneli status "cieszmy się, że jeszcze grają, nic już nie muszą". To ulubione hasła fanów w przypadku nowych wydawnictw wykonawców, którzy przekroczyli 60. rok życia i w świadomości ogółu funkcjonują na zasadzie "to oni jeszcze żyją?!". Robi się z tego trochę takie podejście nakolannikowe - pojawiają się recenzje 10/10, uwypuklanie plusów, pomijanie minusów i inne typowo fanowskie zabiegi. Z resztą sam uległem temu syndromowi w recenzji InFinite sprzed 3 lat, bo jednak jest w tym wiele prawdy. Jesli zespół jest na scenie od pół wieku, każda płyta, każda kolejna trasa może być tą ostatnią. A przecież TAKICH zespołów jest coraz mniej. Dlatego "głaszczemy".

Pierwszy singiel z tegorocznej płyty Deep Purple, Throw my bones, pojawił się kilka dni po zamknięciu nas w domach przez władców tego świata w ramach tak zwanego "lockdownu" i...nie zachwycił. Ładna piosenka, ale - znów fani - gdzie Hammondy, gdzie ciężar? Co to za solo gitary typu "kopiuj-wklej"? W końcu gdy w 2017 pojawiła pierwsza zapowiedź Infinite, głośniki aż rozsadzała energia i moc (mowa o Time for Bedlam oczywiście). Co to będzie? Druga próbka pognębiła tych jeszcze wierzących. Man Alive to jeden z najbardziej eksperymentalnych kawałków Purpury od dawna. Melodeklamacja, fragmenty jakby wyjęte z jakiegoś filmu, brak chwytliwej melodii - zapowiadało to wszystko katastrofę.

W końcu jednak, opóźniona o dwa miesiące (thanx to Coronavirus), pojawiła się dwudziesta pierwsza studyjna płyta Deep Purple Whoosh!. I jak jest? Nie tak źle jak się zapowiadało!

Ustalmy od razu - poprzednik ustawił poprzeczkę dość wysoko i niestety nie udało się jej przeskoczyć ani nawet dotknąć. Na Whoosh brakuje choćby jednego killera, poprzednio mieliśmy ich trzy, a może i cztery. Utworu, który choć nie przejdzie do historii rocka (bo to nie te czasy), to powoduje szybsze bicie serca i przyjemne mrowienie na skórze. Tym razem, zgodnie z zapowiedziami zespołu, jest bardziej piosenkowo, utwory są bardziej zwarte (i jest ich więcej). 

Whoosh na pewno można pochwalić na nieskazitelną produkcję Boba Ezrina i jak zawsze absolutnie najwyższy poziom instrumentalny oraz - tu zawsze można mieć obawy, bo wiek... - wokalny. Gillan odnalazł się w "nowym" sposobie śpiewania, nie forsuje górek, raczej porusza się w rejestrach niższych, przez co jego 75 lat nie ma aż takiego znaczenia. Tak jak na poprzedniej płycie bryluje Don Airey, który ma ten szczególny dar, dzięki któremu z nawet przeciętnego pomysłu muzycznego jakąś zagrywką, szczegółem, brzmieniem wyciągnie to, co najlepsze. Plus oczywiście nienaganne solówki hammondowe oraz fortepianowo-syntezatorowe. Jego partia solowa w Nothing at all to prawdziwy majstersztyk!

Jeśli jesteśmy już przy tym numerze, to trzeci singiel z Whoosh!  jest chyba najbardziej zapadajacym w pamięć fragmentem płyty. Przepiękna, sielska melodia wiodąca, gdzie Steve i Don cudownie przeplatają muzyczne myśli, wyluzowany śpiew Gillana i wspomniana solówka hammondowa (przywodząca na myśl stare progresywne zespoły pokroju Ekseption) powodują, że z przyjemnością wracam do tego utworu.

Oprócz tego jest tak, że jak gra, to jest fajnie, a jak przestanie to niewiele zostaje w głowie.  Niezły bridge w Drop the weapon; damsko-męskie chórki zaakcentowane śmielej niż na jakiejkolwiek wcześniejszej płycie Purpli; intro i outro oraz intrygujący klimat Step by step; rock and rollowy, wypełniony tekstowymi cytatami niczym Speed King, What the What (na zasadzie, że "fajnie grają", a nie że to wybitny kawałek);syntezatorowe solo w Long way round. Jest też fajna miniaturka, służąca jako wstęp do Man alive - Remission possible. Mogłaby się z powodzeniam przerodzić w jakiś pełnokrwisty instrumental, a tak to tylko minutka i do domu.

Całość wieńczy (no prawie, bo mamy jeszcze swego rodzaju bonus) nagranie, które 52 lata temu rozpoczęło płytową karierę Deep Purple - And the adress. Swoista klamra? Pożegnanie? Jak podkreślają sami muzycy, w tym wieku każda płyta może być ostatnia. "Nabrali" nas trochę trzy lata temu (tytuł płyty i trasy zwiastował pożegnanie), ale jednak pociągnęli temat dalej. I chyba faktycznie warto przymknąć oko na pewne mankamenty i cieszyć się takimi, jacy są. Bo przy wszystkich mankamentach Whoosh! to jednak kawałek solidnego grania. Coraz rzadziej występującego w przyrodzie.



środa, 24 maja 2017

Deep Purple - The Long Goodbye Tour - Atlas Arena, Łódź, 23.05.2017 - relacja

Deep Purple to jeden z tych zespołów, które w Polsce zawsze mogą liczyć na przychylność publiczności. Trasa Long Goodbye Tour, w zamyśle pożegnalna, obdarzyła nasz kraj aż dwoma koncertami, co w minimalnym stopniu odbiło się na frekwencji w łódzkiej Atlas Arenie - w końcu ci z południa kraju  mieli bliżej do Katowic. Nie było jednak źle, choć oczywiście marketingowcy zdobyli na pewno trochę duszyczek podkreślając na każdym kroku, że "to już ostatni" raz, choć oczywiście co lepiej obeznani w temacie fani domyślają się, że zespół prawdopodobnie jeszcze do nas wróci.

Nie ma co jednak czarować - okręt pod purpurową banderą kieruje się powoli ku portowi przeznaczenia. Czy zajmie mu to jeszcze rok, trzy czy pięć - żyjemy w momencie pożegnania Głębokiej Purpury ze sceną. Jest to jeden z tych zespołów-symboli, choć przechodzący wiele zmian składu, to jednak o rozpoznawalnym, charakterystycznym brzmieniu i tej specyficznej energii, właściwiej tylko zespołom TAMTYCH lat.  Nie ma i nie będzie już takich zespołów.

Mam świadomość, że moje pisanie o Deep Purple jest nacechowane mocną subiektywnością. Raz, że od małego był to mój ulubiony zespół i nawet obecnie, mimo lekkiej korekty gustu muzycznego, pozostaje w absolutnym topie wszechczasów. Dwa - Memoriał Jona Lorda, który powoduje, że co roku obcuję z tą muzyką wyjątkowo blisko. Trzy, że tych Purpurowych koncertów trochę już zaliczyłem i moje spojrzenie choćby na kwestie setlisty na pewno różni się od spojrzenia osoby postronnej, która po prostu poszła "na koncert".

A setlista, przyznać trzeba, może nie zaskoczyła, ale na pewno mogła zadowolić bardziej niż te z kilku ostatnich lat. Co prawda nie da się uciec od Smoke on the water i Black Night, ale cztery numery z InFinite i dwa z Now What?! spowodowały, że nagle 1/3 zagranych tego wieczoru utworów to były nowości. Od razu muszę dodać, że utwory z najnowszej płyty wypadły po prostu świetnie. Dobrze odnajduje się w nich Ian Gillan (bo dopasowane są do jego obecnych możliwości wokalnych), a same w sobie są po prostu "bardzo fajnymi kawałkami". Nawet wyklęty przez większość, niemal popowy Johnny's Band, zabrzmiał w Łodzi porywająco. I mówcie co chcecie, ale refren tego drobiażdżku jest po prostu doskonały. A otwierającego całość Time for Bedlam i umieszczonego w środku setu The Surprising słucha się właściwie tak wybornie, że  kolejna wersja Highway Star naprawdę nie była nam potrzebna (zespół zresztą pomyślał tak samo i ten kawałek pominął).

Oprócz tego było klasycznie - Lazy, wspomniane wyżej Smoke... i Black Night, Perfect Strangers, Hush, Bloodsucker, Fireball i kilka innych...purpurowa jazda obowiązkowa. Przyznam szczerze, że o ile ograny do nieprzyzwoitości Smoke po prostu mnie już nie grzeje, to takiego Hush, dzięki bardzo intensywnemu dialogowi gitarowo-organowemu w środku, mogę słuchać zawsze i wszędzie. Generalnie Purpura stoi teraz instrumentalistami, z których prym wiedzie Don Airey. Pełno go wszędzie i dzięki urozmaiconemu zestawowi zabawek klawiszowych jest w stanie zaciekawić nawet gitarowych fetyszystów, którzy najchętniej podkręciliby głośniej gitarę Steve'a Morsa. Ten, nie wiem czy z powodu narastających problemów z ręką, czy świadome, troszkę usunął się w cień. Nadal jednak jest to, wraz z sekcją Glover-Paice, świetnie naoliwiona, choć wiekowa, maszyna. Najsłabszym ogniwem pozostaje, z racji wieku, Ian Gillan, ale - o dziwo - tego wieczoru radził sobie nadspodziewanie dobrze. I choć wysokie rejestry dawno poszły w zapomnienie, a niektóre partie "dośpiewuje" za Iana gitara, to przyznać należy, że naprawdę był to wokalnie całkiem dobry występ (a pamiętajmy, że Gillan w tym roku kończy 72 lata).

Jaki był więc to koncert? Na pewno nie było atmosfery pożegnania i  w tym kierunku gestu nie uczynił. Dostaliśmy naprawdę solidne 100 minut klasycznego hard rocka, od zespołu, który powstał 50 lat temu. Zespołu, który w tym roku wydał swoją 20. studyjną płytę, na którą trafiło kilka naprawdę świetnych kawałków. Zespołu, który nadal ma tę iskrę złotych lat 70., mimo że jego członkowie albo już przekroczyli albo właśnie dobiegają do siedemdziesiątki. W momencie, kiedy Polska żyje sporem o festiwal w Opolu, ci panowie proponują MUZYKĘ. Energię, polot, kunszt i jakość, z którą nie mógłby się równać żaden wykonawca wspomnianego "święta polskiej muzyki". 

Nie jest to ten sam zespół, który czarował specyficzną magią i atmosferą nieprzewidywalności za czasów Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda. Tamten duet tworzył MAGIĘ Purpury. Jej już nie ma, bo tacy muzycy rodzą się raz na 1000 lat,a ich spotkanie jest jak zderzenie absolutów. Nadal jednak pozostaje coś wyjątkowego, ulotnego. Ot, choćby w szczegółach, kiedy Don Airey gra swoje solo przed Perfect Strangers i wplata charaktersytyczne dla danego kraju motywy (u nas Chopin i doskonale podchwycona przez publikę Szła dzieweczka do laseczka). Albo gdy pojawia się uotnie piękna, gitarowa introdukcja do Uncommon Man. Takich rzeczy już się nie robi. Kolejne pokolenia mają już inną wrażliwość, a ludożerkę karmii się męskimi graniami. Na tym tle Deep Purple zawsze byli wyjątkowi. Szkoda, że to się kończy. Następców brak.



P.S. Jako support wystąpił kanadyjski Monster Truck. Przyjemny stoner pod nóżkę, dość ciepło przyjęty przez publiczność. Taki z kategorii do sprawdzenia.

piątek, 7 kwietnia 2017

Deep Purple - InFinite (2017) - recenzja

Aż trudno uwierzyć ale w przyszłym roku minie pół wieku istnienia Deep Purple. Panowie powoli żegnają się ze sceną (choć na szczęście będzie to długie pożegnanie), ale cieszy fakt, że mają jeszcze chęci i energię do tworzenia nowej muzyki (co w poprzedniej dekadzie nie było takie oczywiste, a Ian Paice otwarcie mówił, że nie mają motywacji do pracy w studiu, skoro płyty tak słabo się sprzedają). Sukces wydanej w 2013 roku Now What?! dodał jednak zespołowi skrzydeł. Na co więc stać Purpli AD 2017?


Przede wszystkim otrzymujemy płytę bardzo krótką. Łącznie 45 minut materiału, a jeśli odliczyć cover Roadhouse Blues, to zostanie 39. Czas ten zagospodarowany jest jednak bardzo ciekawie
i momentami zaskakująco. Nie wszystko na tej płycie jest w pełni udane, ale...w przypadku, nie bójmy się tego określenia, dinozaurów rocka MUSIMY inaczej patrzeć na nowe wydawnictwa. To nie są już 20-to letni młodzieńcy z głowami, które aż buzują od świeżych pomysłów. Mamy na talerzu owoc pracy muzyków, którzy największe artystyczne sukcesy osiągali na przełomie lat 60. i 70 XX wieku, a obecnie część z nich jest już w wieku emerytalnym. Należy także pamiętać o tym, że jednak artyści i ich propozycje przez pół wieku mogą się jednak zmienić. Jeśli ktoś oczekuje po tych panach kolejnego Highway Star czy Smoke on the water, to niech po prostu InFinite nie słucha.

Płyta ma 4 bardzo mocne punkty, z czego dwa poznaliśmy w postaci singli jeszcze przed premierą całości. Time for Bedlam zachwyca pędem przypominającym mocno klasyczne Pictures of Home, a także intryguje mocno antysystemowym tekstem Gillana (Sucking my milk from the venomous tit of the state/This clearly designed to suppress every thought of escape). All I Got is You to po prostu perełka. Zaczyna się reminiscencją z introdukcji do Cascades: I'm not your lover, mamy też bardzo melodyjne, melancholijne zwrotki (i dwa przekleństwa Gillana;) i pełen furii riff. Ciekawie gra tu Don Airey - syntezatorowe solo, które może irytować "metaluchów", jest miłym urozmaiceniem. Dla wielu najmocniejszy punkt płyty to The Suprising. Jest epicko (znów balladowy, piękny początek i mocniejsze rozwinięcie) i progresywnie (utwór poskładano z kilku motywów,a w środku pojawia się nawet część quasi-fimowa). Nie są to absolutnie "typowi Purple". No i czwarty - Birds of Prey. Za sprawą bębnów na początku trochę Zeppelinowaty, potem znów zahaczający o krainy progresywne (riff bardzo w stylu Rush!). Mam nieodparte wrażenie, że Steve Morse pilnie odrabiał lekcje na sesje z Flying Colors - końcówka tego utworu należy do niego i jest to typowe, epickie, "wykańczające" solo na orkiestrowym podkładzie klawiszy, w jakich lubują się panowie Neal Morse i Mike Portnoy. Szkoda, że zostaje wyciszone.

Z rzeczy bardzo ciekawych, trochę drobniejszych, lecz niewiele ustępujących czterem wyżej przedstawionym utworów są jeszcze oparty na bardzo "abandonowatym" groovie One Night in Vegas, w którym ciekawostką jest brak konwencjonalnego refrenu. Jego rolę z powodzeniem przejmuje jednak świetna, bardzo melodyjna zagrywka Aireya. No i mój osobisty, mały plusik za podkład do solówek - zaczerpnięty jak żywo z genialnego Doing it tonight (pewnie nieświadomie)! No i jeszcze ten fortepianowy pasażyk Dona na końcowym riffie - kolejny smaczek, który sprawia, że ten trwający 3:23 utwór jest po prostu wciągający. Z kolei Johnny's Band to bardzo popowa jak na ten skład propozycja z bardzo funkującym, jajcarskim riffem (który zalatuje trochę czasami...Come Taste the Band!). Melodyjny, acz nienachalny refren "robi" ten utwór. Znów ciekawostka - intro bardzo w stylu Losing my strings z Purpendicular. Niby nic, ale kawałek ma w sobie bardzo pozytywną energię i melodię.

To według mnie najmocniejsze punkty InFinite. Pozostałe trzy autorskie kawałki nie przekonują mnie przede wszystkim pod kątem melodii, aczkolwiek nie są to rzeczy złe albo fatalne - instrumentalnie jak zwykle Purple lśnią, jednak nie ma tu nic "ekstra", co wyróżnia wyżej wymienione pozycje, szczególnie właśnie pod kątem melodyki - trochę przypominają materiał z Abandon, gdzie zespół starał się "przygrzmocić",  zapominając jednak, że piosenka powinna zostawać w głowie słuchacza. W On the Top of The World wyróżnić można sposób prowadzenia i melodie zwrotek -  przypominają mi...Anyone's Daughter z Fireball (1971!). Tym niemniej nieźle się tego słucha choćby pod kątem instrumentalnym.

Płytę kończy cover, którego mogłoby nie być. Roadhouse blues to numer ograny na przestrzeni kilku dekad w tę i z powrotem, wersja Purpli nie wnosi do tematu nic nowego ani ciekawego. Ot, weszli do studia, pobawili się i poszli. Fajnie byłoby usłyszeć w tym miejscu jeszcze jeden autorski numer, ale skoro tak zespół sobie wymyślił, to niech tam będzie. Choć solówki oczywiście mile łechtają ucho.

Dwudziesta studyjna płyta Deep Purple nie zawodzi. Jak napisałem wcześniej - trzeba do tej muzyki podejść z otwartą głową. Panowie uprawiają rocka zupełnie innego niż 40 lat temu, zachowując jednak charakterystyczne dla stylu elementy. Kombinują z formami (The Suprising, Birds of Prey), brzmieniem (szczególnie Airey - więcej tu solówek syntezatorowych niż na poprzednich płytach Purpli; Paice zaś w paru momentach brzmi mocno...Zeppelinowato). Głos Iana Gillana brzmi pewnie mimo 70. na karku. Słychać, że nauczył się korzystać w pełni ze swoich obecnych możliwości - nie ma tu absolutnie rozpaczliwych prób popisów "w dawnym stylu").  Jeśli okaże się, że to ostatnia płyta Purpli - będzie to zakończenie kariery na wysokim poziomie. Jedni z ostatnich z wymierającego gatunku starzeją się godnie.


sobota, 11 czerwca 2016

Rainbow - Boston 1981 (2016) - recenzja

Ritchie Blackmore zatęsknił za rockowym graniem i "z nostalgii oraz dla fanów" postanowił na chwilę wyskoczyć z renesansowej krainy minstreli z powrotem pod tęcze. Zapowiadał cztery koncerty, ogłoszono trzy, w listopadzie zeszłego roku bilety rzucono do sprzedaży, koniki koncert angielski (jedyny halowy) wykupiły na pniu, Rysiek ogłosił skład zespołu...i wrzawa ucichła. Żaden to powrót Rainbow, skład zupełnie nowy, chociaż w dużej mierze złożony z weteranów scen wszelakich. No i zupełna świeżynka w tym towarzystwie (ale o głosie potężnym) - Ronnie Romero za mikrofonem. Tak to mniej więcej wygląda na dzień dzisiejszy. Jak wyjdzie? Przekonamy się już za tydzień.

Korzystając z lekkiego szumu wokół nazwy Rainbow mała wytwórnia Cleopatra Records postanowiła sięgnąć do archiwów i wydać coś z zamierzchłej przeszłości zespołu. Jakiś czas temu ukazał się, niestety mocno bootlegowej jakości, zestaw z trasy Down to Earth, kiedy to Ritchie musiał, przynajmniej na jakiś czas, użerać się z zupełnie nierockandrollowym z wyglądu Grahamem Bonettem. Do legendy przeszła historia z pilnowaniem długich włosów wokalisty, które ten i tak podstępnie ściął przed pierwszym koncertem. W 1980 Graham poszedł "do Las Vegas" , delikatnie kopnięty przez szefa w zadek...a mógł zginąć na scenie:

 
Nastała era Joe Lynn Tunera (rym niezamierzony). I właśnie z tego okresu, zaraz po wydaniu Difficult to Cure, pochodzi omawiane wydawnictwo. Dostajemy 10 utworów, 65 minut grania z koncertu, na którym Rainbow było "co-headlinerem" wraz z Patem Traversem (stąd pewnie krótka setlista). Nagranie zrealizowane przez radio, które wtedy transmitowało ten koncert, stąd bardzo dobra jakość dźwięku. Minus - dla największych fanów - taki, że koncert jest już dobrze znany z bootlegów. 

Rainbow w tym okresie to już był zespół mocno stąpający po ziemi. Żadne tam smoki, miecze i dziewice - Blackmore odcinał się od "ery Dio", chociaż oczywiście coś z wielkich utworów z tamtego okresu musiał zagrać.  Joe Lynn wniósł do zespołu to, o co właśnie Ritchiemu w tamtym momencie chodziło - popowe zacięcie, teksty o miłości i bardziej przyjazne amerykanom oblicze. Dlatego usłyszymy tu głównie kompozycje z Difficult to cure, chyba najlepszego albumu z Turnerem na wokalu. Joe brzmi tu bardzo dobrze, rockowo, konkretnie. Udowadnia, że nie przez przypadek pojawił się w purpurowej rodzinie. Fakt, że nie musimy go oglądać, działa tu na pewno na korzyść. Co do jego interpretacji kompozycji z lat 70....no wiadomo, jest gorzej. Long live rock and roll na tym nie cierpi (a wręcz zyskuje na ekspresji - w końcu to kawałek rock and rollowy właśnie), ale Catch the Rainbow i Man on the Silver Mountain już tak. Ogólnie jednak Joe wypada na tej płycie bardzo dobrze, także w kawałkach z Down to Earth. A jak reszta zespołu?

Brzmienie koncertu zaskoczyło mnie bardzo i myślę, że to jedna z rzeczy, dla których warto po Boston 1981 sięgnąć. Czasy, kiedy zespół przez większość czasu na scenie improwizował, odeszły w zapomnienie (taka to "dobra zmiana", jaką przyniosły lata 80....). Tu liczy się konkret. Mamy jedno wspomnienie magicznej ery Rainbow - Catch the Rainbow trwa dobre 14 minut i chociaż w solówce Ritchiego brak już tych smaczków i niuansów, znanych chociażby z wykonań z 1976 i 1977 roku, a podkład klawiszowy jest ciut nowocześniejszy (ah, gdzie te chóry generowane przez Tony'ego Careya i Davida Stone'a?), to odbywamy tu miłą podróż do krainy zamków i magii. Reszta występu jest bardzo dynamiczna i pozytywnie zaskakuje sposobem realizacji. Jest drapieżniej nie tylko w stosunku do płyt studyjnych (co nie jest trudne do osiągnięcia w warunkach koncertowych), ale i innych "żywców" Rainbow z lat 80. Posłuchajcie chociażby (bardzo dobrze umiejscowionych w miksie) klawiszy Dona Aireya w Spotlight Kid - wyraźny Hammond sprawia, że kawałek zyskuje na zadziorności i dynamice. Podobnie jest z mocno popowym I Surrender - zamiast rozmytego tła mamy konkretne, hammondowe granie. Oczywiście jest dużo "ejtisów" (brzmienie intra do wspomnianego I Surrender powala swoją kiczowatością), ale ja akurat bardzo lubię ten klimat. Ritchie, jak to Ritchie - z początkiem lat 80. próbował trochę unowocześnić brzmienie, nie tylko zespołu ale i swojej gitary. Nadal jest jednak precyzyjny i zabójczo melodyjny. I ten jego specyficzny styl gry, który wprost uwielbiam - sposób realizacji tej płyty (gitara w lewym kanale, reszta w prawym) pozwala w pełni docenić jego walory. 

Prawdziwym tour de force tej płyty jest instrumentalny Difficult to Cure, będący tak naprawdę fragmentem Ody do radości Beethovena z rozbudowaną częścią solową - bardzo jednak efektowną i dającą pole do popisu zarówno Blackmore'owi, Airey'owi jak i Bobby Rondelli'emu na bębnach. Wszystko w bardzo skondensowanej, ale przemyślanej formie. Na koniec dostajemy jeszcze zupełnie niepotrzebne Smoke on the Water, które poprzedzone jest zajawkami Lazy i Woman from Tokyo. Niepotrzebne, bo wersji Dymu ukazało się na płytach już chyba z tysiąc, aczkolwiek Rainbow bardzo sprawnie i smacznie prześlizguje się po tym klasyku. Ale zamiast tego mogło pojawić się chociażby All Night Long. Tym niemniej polecam to wydawnictwo zarówno fanom Rainbow z lat 80. jak i osobom, które kręcą nosem na skład z Turnerem. Tutaj Joe śpiewa naprawdę dobrze, a cały zespół brzmi niesamowicie energetycznie. Miks nagrania dodaje całości smaczku, bo nawet bardziej popowe utwory brzmią soczyście. Taki mały souvenir z ery, w której klasyczny hard-rock przechodził powoli w stan spoczynku.



...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00


czwartek, 29 października 2015

2 tygodnie października - część I - Snarky Puppy, Deep Purple + CETI

Cztery koncerty w dwa tygodnie. Muzyczny październik ma się ku końcowi. Jeszcze we wrześniu kolega fotograf policzył, że w następnym miesiącu czekają go, lekko licząc, 20 wieczory w fosie. Fotograficznej, ma się rozumieć.
Ja trochę skromniej, bo ani ze mnie zawodowy dziennikarz, ani akredytacji nie dostaję, ale co nieco uszczknąć się zawsze uda.

16 października, Proxima, to oczywiście IV Memoriał Jona Lorda. O nim pisać nie będę, bo - jako organizator - nie mogę. Nadmienię tylko, że udało się wszystko pospinać, mimo wkurwów, złorzeczeń i deklaracji "robietoporazostatni". Pewnie, że nie po raz ostatni, ale na pewno wiele rzeczy trzeba usprawnić i przefiltrować mocno ludzi, z którymi wchodzi się we współpracę. Szczególnie co niektórych wokalistów (a to ci niespodzianka - syndrom wokalisty wciąż żywy:), którzy ni stąd, ni zowąd wybierają urodziny cioci zamiast koncertu, na który umawiali się pól roku wcześniej. Cóż, prawo amatorów. Ale to temat na książkę. Było łatanie, były nerwy - ale impreza przeszła do historii jako udana i tego się trzymajmy.

SNARKY PUPPY

21.10.2015

PALLADIUM, WARSZAWA


Kilka dni później, 21 października, siostrzane Palladium i Snarky Puppy. Co można o nich powiedzieć...zespół stworzony przez muzyków sesyjnych dla muzyków sesyjnych. Amerykański, więc jest czego posłuchać. Lubię tego amerykańskiego ducha, nie jest to tajemnicą. Mam ogromną słabość, w końcu jestem fanatykiem Phisha. Więc chłopcy (bo jeszcze nie panowie) z "Kąśliwego" oczywiście zafundowali dużo jamowania (a raczej "solówkowania") i nieprzewidywalną setlistę (dla laików: amerykańskie bandy, jeśli czerpią z estetyki jamowej, co wieczór zmieniają zestaw utworów). Czy było to w jakikolwiek sposób magiczne? Nie...w ogole przyjechał jakiś zamienny skład (kto ich tam ogarnia?). Żadnego afroamerykanina (przede wszystkim chodziło o magika od klawiszy, Conry'ego Henry'ego, objawienie ostatnich lat w tej dziedzinie), raczej takie collage'owo - nerdowe twarzyczki, ale poziom utrzymany. Parę uniesień, parę peaków (czyli punktów kulminacyjnych w solówkach, kiedy już nie można szybciej i mocniej), poza tym sporo tanecznych rytmów,funku i czegoś uchwytnego, co tylko Amerykanie potrafią zawrzeć w muzyce. Magicznie nie było, co nie znaczy że to słaby koncert. Nudzić się nie dało, bo a to dęte, a to klawisze, a to gitara, nie wspominając o fenomenalnym perkusiście. Słów wyśpiewanych podczas koncertu: zero. Na sali komplet lub prawie komplet. Pewnie 90% to muzycy, pozostałe 10% to ich niewiasty, które przez pomyłkę dały się skusić na wieczór pełen instrumentalnych uniesień (no dobrze, część z nich to nawet lubi...). Był też support, ale niestety zdążyłem na samą końcówkę - wymiatający na gitarze akustycznej, młody chłopak + sekcja. Przyjęci dość entuzjastycznie, co - sądzac po minach - mocno ich zaskoczyło. Także grali instrumentalnie, żeby nie było. A nie spóźnienie moje wynikało przede wszystkim z fatalnej polityki władz miasta cudownego ,Warszawy, w dziedzinie miejsc parkingowych. Coraz ich mniej...Godzina 20:00, środek tygodnia,a znalezienie miejsca postoju dla mojego wypasionego Audi A4, rocznik 2002, graniczy z cudem. Bo miasto ma być dla pieszych, a Ty się muzyku z 200 kg sprzętu bujaj metrem....no dobrze, tym razem miałem do przewiezienia tylko mój szacowny tyłek, ale jakoś mi się nie chciało przesiadać do metra. Mogę być czasem leniwy, prawda?

Kilka dni przerwy i 25 października ląduję pod Atlas Areną w Łodzi. Deep Purple po raz....sam nie wiem, chyba najczęściej oglądany przeze mnie zespół. Zaraz obok Kultu, choć dla wielu takie zestawienie nie przystoi.
Na ten koncert tak naprawdę się nie wybierałem, bo - wstyd przyznać - Purple już mi się przejedli. Raz, że obecny skład jest chyba najbardziej przewidywalnym w historii. Dwa ,że Memoriał i przesyt tą muzyką srogi. Ale Dobry Duch zjawił się z wejściówką w odpowiednim momencie i wyprawa do Łodzi stała się faktem.

 

DEEP PURPLE & CETI

25.10.2015 ATLAS ARENA, ŁÓDŹ


Na początek gość specjalny, CETI. Mieli być Rival Sons i wielu ostrzyło sobie uszka na to wydarzenie, ale niestety panowie wybrali studio zamiast tej części trasy i smakowity kąsek przepadł m.in Polakom. Niektórzy nawet z tego powodu sprzedawali zakupione wcześniej bilety, a w social mediach wytworzył się lekki syfik oburzonych. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, zamiast tego dostaliśmy solidną dawkę heavy metalu w rodzimym wydaniu. Punktualnie o 20:00 na scenę Atlas Areny, przy akompaniamencie orkiestrowego intro, wparowało CETI. Wydawało się, że rzucone na pożarcie, a jednak wyszli z tego obronną ręką. Nie ma się co dziwić, bo zespół Grzegorza Kupczyka to prawdopodobnie najlepszy heavy-metalowy band w Polsce, a niesieni sukcesem artystycznym wydanego rok temu krążka Brutus Syndrome za każdym razem przejmują scenę we władanie. Tak było i tym razem. Grzesiek - nie do zdarcia. Formy wokalnej i fizycznej zazdrościć może niejeden 30-dziestoletni wokalista. Górki ,doły, wszystko na najwyższym poziomie. Dzielnie w scenicznych bojach partnerował mu Tomek Targosz, basista mocno zapatrzony w image Steve'a Harrisa z Iron Maiden - zadziorność, bieganie po scenie w te i z powrotem, opieranie nogi na odsłuchu i mocne, uwypuklone brzmienie instrumentu nadają tej muzyce jeszcze bardziej maidenowski sznyt. Reszta zespołu, jakby lekko wycofana - ale nie pozbawiona entuzjazmu - doprawiała ten spektakl, tworząc mięsiste (mimo nie najlepszego nagłośnienia) brzmienie całości. 45 minut gościnnego występu minęło nadspodziewanie szybko, a całość zwieńczyły słynne Dorosłe Dzieci, które Grziesiek śpiewał jeszcze w Turbo.

Pół godziny przerwy technicznej, kolejki po piwo i inne frykasy i odpalamy kolejne intro tego wieczoru, Mars, the bringer of war Holsta. Gromkie brawa i Deep Purple są już na scenie.
Ten koncert można oceniać dwojako: albo z perspektywy długoletniego fana, który wie, że najlepsze lata zespół ma już dawno za sobą, albo po prostu jako koncert rockowy, bez oczekiwań na cuda z jakich ta marka swego czasu słynęła.
Ponieważ już mi się nie chciało oglądać po raz n-ty tego samego składu, oczekiwań zbytnich nie miałem i nastawiłem się raczej na drugą opcję. I wyszło nadspodziewanie satysfakcjonująco.
Przede wszystkim pierwszy koncert trasy, więc wokal Gillana nie drażni, a wręcz może się podobać (aczkolwiek między numerami pokasływał dość mocno). Była moc. Gdy zbytnio nie forsuje górek, nadal przyjemnie go słuchać, choć oczywiście Gillan AD 1972 i AD 2015 to dwaj zupełnie różni wokaliści.
Po drugie setlista - wreszcie panowie coś pozmieniali, pogrzebali i tak dostaliśmy Demon's eye (spytnie skrócony o ostanią, forsującą gardło, zwrotkę), Silver Tongue, Battle rages on, The Mule (z solem perkusyjnym), Hard Lovin man (to już od paru lat, ale nadal robi wrażenie), improwizowaną impresję gitarową zamiast Contact Lost i, co ciekawe, absolutną premierę, Hip Boots. Kawałek na pierwszy rzut ucha średni, szczególnie w warstwie wokalnej, ale dajemy szansę (śpiewany z kartki, co też wpływa na wykonanie). Instrumentalnie coś tam się dzieje. Były jeszcze wyjątki z Now What!? , dla mnie nieograne na żywo, bo to mój drugi koncert, na którym promują tę płytę.
Coś za coś - to chyba pierwszy koncert od 1984, na którym nie zagrali Perfect Strangers. Nie było też Highway Star, ale to zdarzało się już na paru trasach. Dla mnie super, dla niedzielnych fanów spory zawód. A skoro mowa o fanach, to frekwencja całkiem przyzwoita. Ceny biletów rzędu 200-330 zł, ale Atlas Arena nie świeciła nachalnie pustkami. Oczywiście ludzi zmieściłoby się więcej, ale to kwestia obiektu - Spodek byłby zwyczajowo wypełniony.

To najdłużej działający, już ósmy i pewnie ostatni, skład Purpli. Najbardziej też przewidywalny i skostniały. Jeśli posłuchacie nagrań koncertowych z 2002 roku, a zaraz potem z 2014 czy 2015, nie usłyszycie żadnej zmiany w brzmieniu ,w aranżacjach, w niczym.  W składach z Blackmorem i Lordem każda trasa to było nowe pomysły na większość utworów - raz krótsze, raz dłuższe, jakieś cytaty z klasyki, przygrywki ludowe, jednym słowem działo się. Nawet w latach 80. kiedy podejście stało się bardziej piosenkowe, bo nie ma co wspominać lat '70, kiedy Mandrake Root czy Wring that neck raz osiągały 20, a za drugim razem 30 minut. Mam wrażenie, że obecnie zespół koncertowo żyje pewnego rodzaju nostalgią połączoną ze schlebianiem mniej wymagającej publiczności, która jednakże sama siebie uważa się za wyrobioną. To ciężkie zadanie, bo łatwo stać się swoim własnym "cover bandem". Młodsza publiczność niby chce hard rocka, macha głowkami, nawet słucha, ale trzebą ją wyczuć, żeby nie było za długo, żeby odlot nie był za odlotowy, bo weźmie ci i wyjdzie na piwo albo zacznie sprawdzać powiadomienia na Facebooku. Stąd ten kompromis, który ma godzić starszych i młodszych. Dlatego zespół prezentuje wykastrowane Strange kind of woman  i When a blind man cries (akurat nie na tej trasie),  jednocześnie oferując naprawdę smakowity dialog organowo-gitarowy w granym na bis Hush

Broń Boże nie można czepiać się instrumentalistów - mają gdzie i umieją pograć. Steve Morse gra tak daleko od Blackmore'a jak tylko można, natomiast Don Airey okazał się chyba najlepszym możliwym następcą Jona Lorda. Znów - nie kopiuje go (tylko tam, gdzie naprawdę trzeba), gra bardziej po swojemu, ale z wyczuciem, oczywiście ze zniewalającą techniką. Sekcja rytmiczna Glover - Paice to solidna podstawa, jedyna słuszna do tej muzyki (nic nie ujmując Glennowi...). Tandem Rickenbacker-Pearl pozostanie wzorcem staromodnego hard rocka.

Mimo pewnych mankametnów, widocznych jednakże tylko przez osoby "siedzące w purpurze" od lat, to naprawdę bardzo dobry, warty zobaczenia koncert. Trochę w starym, odchodzącym stylu. Z oddzielnymi solówkami poszczególnych muzyków, z cytowaniem muzyki klasycznej danego kraju w solówce klawiszowca (Chopin, Mazurek Dąbrowskiego), ze skromną scenografią i swingującym hard-rockowo perkusistą. Z rozpędzonymi partiami Hammonda. Nikt już tak nie gra i nikt nie będzie grał, chyba że na skalę stukrotnie mniejszą. Obecna scena vintage kocha Led Zeppelin (bo skończyli się w 1980, a perkusiści wolą wyżyć się w stylu Bonhama niż swingować jak Paice - ale nie miejmy im tego za złe), Sabbath na zawsze pozostaną protoplastami metalu (i od dawna grają okazjonalnie, a teraz już naprawdę kończą), a Purple to taki niemodny, trochę śmierdzący naftaliną dziadek, który na złość młodym lokatorom bloku nie chcę kopnąć w kalendarz i cały czas łazi z chodzikiem po podwórku. Na szczęście dla nas te przedwojenne roczniki są długowieczne i mają masę ciekawych historii do opowiedzenia.

A 3 dni później w Ergo Arenie....to już w kolejnym wpisie:)