Koncert, którego nikt nie chciał - można by powiedzieć patrząc na frekwencję na warszawskim koncercie Pera Gessle, jednego z najbardziej utytułowanych twórców piosenek pop lat 80. i 90. XX wieku oraz połówki popularnego w tamtych czasach duetu Roxette. Jeśli takie portfolio wystarcza na zapełnienie naciąganej połowy Stodoły, to zaiste smutne nastały czasy. Czynników mogło być kilka - przede wszystkim TO NIE ROXETTE, więc 95% niedzielnych fanów, którzy w 2011 i 2015 zapełnili warszawski Torwar (a w 2012 w mniejszym stopniu gdańską Ergo Arenę) odpadło. No i termin - ubóstwiane przez wszystkich Riverside akurat tego dnia wyznaczyło w Warszawie finał polskiej części trasy promującej album Wasteland. Z Nocnym Kochankiem i Riverside nie wygrasz- gdy oni grają w mieście, każdy mniejszy koncert skazany jest na braki frekwencyjne. No po prostu tak jest, że ludzie kochają heheszki Sokołowskiego i smuty Dudy i nic nie zdziałasz, szczególnie jeśli jesteś już lekko przebrzmiałą (przynajmniej medialnie) gwiazdą lat 90. XX wieku i do tego nie masz przy sobie TEJ wokalistki.
Oczywiście trochę przesadzam - Per Gessle to nie jest gość, który przyciągnie na swój koncert rockową publiczność. I tu można napisać: a szkoda. Bo solowe koncerty Pera (poprzedni mieliśmy okazję podziwiać w tym samym miejscu 9 lat wcześniej) to wulkan energii i rockowego sznytu (poprzedzielany oczywiście słynnymi balladami). W niedzielę na dobry początek poleciało The Look. I od razu muzycy narzucili klimat wieczoru. Na tej trasie Perowi towarzyszy powiększony skład. Więc w sumie (miejscami, bo wiadomo że Per gitarę trzyma bardziej dla efektu niż konkretnej gry) 3 gitary oraz bardziej hammondowe niż syntezatorowe aranżacje utworów powodują, iż rockowe serce od razu mocniej bije. Z resztą - toż to klasyk i po prostu świetna piosenka! I takich świetnych piosenek pojawiło się tego wieczoru równo 20. Zgodnie z nazwą trasy - głównie z repertuaru Roxette, ale na szczęście Per sięgnął po dwie perełki ze swoich solowych krążków. Urocze I Have a Party in My Head (I Hope It Never Ends) i niesamowite "Doesn't Make Sense" nie stoją daleko od swoich roxettowych braci. Szkoda tylko "Do you wanna be my baby", które było jednym z najbardziej energetycznych punktów poprzedniej solowej trasy Pera (co na szczęście uwieczniono na albumie "Gessle over Europe").
Trasa Per Gessle's Roxette zbiegła się z premierą nowego krążka Szweda, stąd w setliście koncertu jeszcze jedna piosenka "solowa" - Small Town Talk. Co ciekawe, w dużej mierze zaśpiewana przez gitarzystę Christoffera Lundqvista. Okazało się, że "profesor" (jak nazywa go Per) dysponuje całkiem ciekawym, melodyjnym głosem. A poza tym jest bardzo uniwersalnym, a jednocześnie charyzmatycznym gitarzystą. Udowodnił to między innymi w końcówce jak zwykle czarującego Doesn't make sense - bardzo intensywne uderzanie w struny spowodowało, że na instrumencie pojawiła się krew z rozciętego palca Oczywiściej, jak na profesjonalistę przystało Christoffer grać nie przestał.. Zespół Pera to w ogóle zgrana paczka - na scenie czują się bardzo swobodnie, mimo że obecna trasa to zespół aż 8-mio osobowy i momentami jest trochę tłoczno - w porównaniu z poprzednimi doszła skrzypaczka i gitarzysta (to pokłosie amerykańskiego rodowodu nowej płyty, którą nagrywano w Nashville, a więc bez słuchania można wyobrazić sobie, że brzmi trochę...amerykańsko). Aranże stały się przez to bogatsze, a skrzypce w muzyce Roxette to może niekonieczny, ale bardzo sympatyczny dodatek. Jeśli chodzi o aranże to mam tylko jedno zastrzeżenia - kompletnie zmieniono (także harmonicznie) dwa klasyki, Spending my time i Fading like a flower. Niby kombinowanie jest fajne, ale...uleciała gdzieś lekkość i przepiękna melodyka tych kawałków. Całość uratowała urocza i czarująca anielskim głosem Helena Josefsson. Na trasie w 2009 i w Roxette zajmowała się raczej chórkami (zbierając jednak ogromne owacje), teraz niejako weszła w skórę Marie Fredriksson po prostu ją zastępując (co oczywiście - z tego co wiem - spowodowało wśród fanów (oczywiście w Internecie) wiele negatywnych komentarzy, że jak to, skandal, że Marie jest nie do podrobienia i tak dalej. Owszem, ale ktoś musiał te piosenki zaśpiewać. Naprawdę cieszy, że Per nie pozwolił im odejść w zapomnienie (nie oszukujmy się, moda na Roxette umarła śmiercią naturalną jakieś 20 lat temu) i postanowił ruszyć w trasę pod tym szyldem. Helena nie dysponuje głosem aż tak mocnym jak Marie, ale moim zdaniem poradziła sobie z zadaniem znakomicie, a jej sceniczna prezencja jest po prostu niesamowita - miks dziewczęcego uroku, humoru i dużo, dużo uśmiechu.
I tak sobie ten koncert płynął - 110 minut super pozytywnego power popu wprost z lat 80 i 90. przekładanego balladami, które każdy zna z radia. Wszystko podlane naprawdę sporą energią i charyzmą sceniczną, a także zabawnymi "gadkami" pomiędzy utworami (tu prym wiedli Per i basista Magnus Borjeson, co chwilę przekomarzając się). Nie zapomnijmy też o stojącym/siedzącym nieco z tylu klawiszowcu Clarence Ofwermanie - to producent współpracujący z Perem od lat 80., jak stwierdził żartując lider, "odpowiedzialny za wszystkie hity i wtopy zespołu". Super pozytywny wieczór, podczas którego można było bezkarnie pokrzyczeć jedne z najbardziej melodyjnych refrenów w historii popu. Szkoda, że tylko, że publiczność nie zapełniła Stodoły, ale niech żałują ci, co nie byli.
Nocą muzyka smakuje najlepiej... - o koncertach i płytach mocno subiektywnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 1 listopada 2018
niedziela, 21 lutego 2016
The Winery Dogs - 20.02.2016, Progresja, Warszawa
Czasami jest tak, że na dany film idzie się dla danego aktora. Bo lubi się jego grę, urodę czy sposób bycia. Cała reszta (fabuła) jest dla nas dodatkiem i oczywiście lepiej, gdy jest ciekawa, ale raczej skupiamy się na wybranej postaci lub postaciach - a dobry aktor potrafi uratować nawet słabo napisaną rolę.
Trochę w ten sposób podszedłem do koncertu The Winery Dogs - wybrałem się tam głownie dla gry Mike'a Portnoya. Nic nie poradzę - słowo "uwielbiam" to może za dużo, ale określenie "bardzo lubię" jego grę będzie już odpowiednie. Perkusista kontrowersyjny, przez pewne środowiska wręcz wzgardzany, ale szczerze powiedziawszy chyba przez środowiska o stępionym słuchu muzycznym. Najlepszy dowód to Mike M, jego następca w Dream Theater - muzyk może (jeszcze) lepszy technicznie, ale w moich oczach obniżający wartość zespołu. Mike P. ma to "coś", co jest wartością samą w sobie. Artyzm, charyzma, oczywiście połączone z "szołmeństwem" i duża dawką popisówki scenicznej, ale w samej grze urzekają mnie uniwersalnością i brzmieniem. Ale dość tłumaczenia - niedawno kilka słów o wartościach dodanych Mike'a napisałem przy okazji recenzji The Astonishing Dream Theater.
Od momentu odejścia z macierzystego zespołu Portnoy ostro pracuje, a kolejne projekty w gwiazdorskiej obsadzie powstają jak grzyby po deszczu. The Winery Dogs to idealny tego przykład. Trzy nazwiska, które ściągnęły w sobotni wieczór komplet widzów do warszawskiej Progresji. A wśród publiczności wiele znajomych twarzy, w tym takie, które nieczęsto widuje się na koncertach. Mignęło mi też sporo zawodowych muzyków. I myślę, że to jednak w dużej mierze muzycy różnej maści zasilili tym razem pojemny parkiet klubu. I każdy z nich miał na tym koncercie swojego "aktora", dla którego przyszedł.
Zespół zaczął punktualnie od 20:50 i przez równo półtorej godziny stawiał głównie na zadziwianie widzów sprawnością techniczną muzyków. Z tym że chodzi raczej o popisy w ramach konkretnych utworów, efektowne ich zagranie, a nie epatowanie partiami solowymi. Te oczywiście też były, ale nie zdominowały setu. Największe wrażenie pod tym kątem robiła część zagospodarowana przez Billy'ego Sheehana. Solo na zasadzie "byle szybciej i gęściej", ale absolutnie nie można skłamać, że nie robiło to wrażenie. Billy ma 62 lata, ale nadal brzmi i gra na poziomie niedostępnym dla wielu. Równie mało skromny był Portnoy, znany ze swojego błaznowania podczas gry. Ależ tego luzu brakuje obecnie w Dream Theater! W The Winery Dogs Mike także pełni rolę nieformalnego lidera - dyryguje publicznością, co chwilę podrzuca pałeczki (które raz łapie, a raz nie), gra na stojąco, podczas The Other Side podąża śladami Mariana Lichtmana, a na końcu (w sposób kontrolowany, ale jednak!) rzucił nawet stołkiem nad perkusją. Widać było, że reakcja polskiej publiczności dała mu porządnego, energetycznego kopa. Faktycznie, wypełniona niemal po brzegi Progresja i las klaszczących dłoni mógł robić wrażenie. Podkreślić należy, że zespół zagrał wyłącznie autorski materiał z dwóch dotychczasowych krążków, a reakcje publiczności sprawiały wrażenie jakby grane były utwory co najmniej klasyczne w swoim gatunku. Zauważalnie ucieszyło to muzyków. Najbardziej wyważony w reakcjach był Ritchie Kotzen, chociaż nie można powiedzieć że się lenił. Pokazał naprawdę znakomite możliwości wokalne i rzecz jasna gitarowe. W dwóch numerach usiadł to piana Wurlitzera, ukazując, jak to określił Portnoy, swoją słodszą stronę w balladowych Fire i Regret.
To był porządny, rockowy strzał. Mocne, dynamiczne granie z bardzo potrzebnymi atrakcjami, które urozmaicają dość monotonny muzycznie materiał The Winery Dogs. Indywidualne popisy i numery z pianem dały temu koncertowi to, czego nie miał podobny w formule koncert California Breed z listopada 2014. Rock jeszcze nie umarł:)
Dziękuję Jarkowi za możliwość spotkania artystów na backstage:)
P.S. Koncert The Winery Dogs okazał się ostatnim, jaki zobaczył i usłyszał w życiu Piotr Grudziński z Riverside. R.I.P.
środa, 18 listopada 2015
Warren Haynes - Ashes and dust tour (w ramach Bluesonaliów) - 13.11.2015, CKIS Oskard, Konin
Pięknych czasów dożyliśmy. O 18:00 wyjeżdżamy autostradą (jeszcze darmową) z Warszawy, o 20:00 meldujemy się w Koninie, jemy pizze, a o 21:30 w Centrum Kultury i Sportu, sali na naprawdę europejskim poziomie, rozpoczyna się koncert Warrena Haynesa, jednego z najważniejszych przedstawicieli szeroko pojętej światowej sceny bluesowej XXI wieku. Jeszcze parę lat temu taki luksus (może oprócz jedzenia pizzy) byłby nie do pomyślenia.
Warren tym razem przyjechał do nas promować płytę "Ashes and dust". Bardzo osobistą, "rootsową", nietypową nawet jak na niego (a przecież to artysta o wielu twarzach). Wiele osób kręciło nosem, bo płyta jest dość stonowana, daleka od jam-bandowego i bluesowego grania z jakim powszechnie (taaak, na pewno przez ogół społeczeństwa) kojarzony jest Haynes. Przyznam, że na koncert postanowiłem wybrać się dość spontanicznie - cierpiąc na niedosyt amerykańskiego grania pewnie poszedł bym nawet na "solo show" gitarzysty, choć tych normalnie nie trawię. Płytę poznałem we fragmentach już później i na koncert czekałem z pewnym niepokojem. Czy aby na pewno nie będzie to przynudzanie?
Już pierwszy utwór rozwiał te wątpliwości, a kolejne wręcz wprawiły w niemałe osłupienie. Laik mógłby zakrzyknąć: country na sterydach?! Na scenie zadomowił się bowiem dość osobliwy kolektyw - oprócz ubranego jak zwykle w jeansy i koszulę lidera oraz niepozornego (ale tylko na pierwszy rzut oka) Jeffa Sipe za perkusją, reszta składu wyglądała jak wyciągnięta z jakiejś speluny na południu Stanów Zjednoczonych- charakterystyczne, farmerskie koszule i spodnie, kapelusz grającego na banjo Mata Menefee czy skrzypek Ross Holmes wyglądający w czarnym garniturze i okularach niczym lekko obłąkany pastor małego miasteczka, wyjęty wprost z kartek powieści Stephena Kinga (tych, w których pastorowie z małych miasteczek zawsze skrywają jakieś mroczne sekrety) - widok w środku Polski dość niecodzienny.
Są tacy, którzy na koncert nie dotarli właśnie z powodu wspomnianej płyty. Ale jest czego żałować - lwią część repertuaru występu stanowiły klasyki Allman Brothers Band, Gov't Mule oraz takie smakołyki jak One more cup of coffee Boba Dylana, Madman across the water Eltona Johna czy Skin it back Little Feat. Piosenek z Ashes and dust bylo pięć. Ale to nie miało znaczenia, bo każdy z tych numerów zabrzmiał na żywo przecudnie. Duża w tym zasługa wymienionych powyżej panów z Chessboxer (był jeszcze bardzo fajnie grooviący basista, Royal Masat) - amerykańskiej grupy specjalizującej się w bluegrass i tzw "americanie", towarzyszącej Warrenowi na tej trasie. Dosłownie każdy numer doprawiony był czymś ekstra. Sceniczny luz, tak charakterystyczny dla amerykańskiego, jamowego grania, powiał i ze sceny w Koninie. Czy to wydłużone solówki skrzypiec (doskonały, bardzo precyzyjny Holmes), czy rozkręcająca się aż do klasycznego "peaka" improwizacja na elektrycznym banjo, czy w końcu smakowite, jakże rozpoznawalne i oczekiwane solówki gitarowe lidera - wszystko składało się na spójną, dość nietypową, ale elektryzującą całość. Publiczność, dość szczelnie wypełniająca nie skąpiła oklasków nie tylko pomiędzy numerami, lecz także nagradzając solowe partie każdego z muzyków. Już od pierwszego numeru widać było, że muzykom gra się tego wieczoru doskonale, co potwierdzili wychodząc na drugi, nieplanowany bis. Po allmanowskiej Jessice, która wieńczyła "papierową" setlistę, po dwóch i pół godzinie od rozpoczęcia koncertu zespół, wywołany gromkimi brawami nieustępującej publiczności, po raz ostatni sięgnął tam, gdzie znajdowały się myśli większości zebranych tego wieczoru w konińskim Oskardzie - na południe Stanów Zjednoczonych, wyciągając z kapelusza prawdziwą perłę i hymn, Soulshine (połączone z tradycyjnym Angel Band). To był już piąty tego wieczoru ukłon w stronę The Allman Brothers Band - wcześniej zabrzmiały rozimprowizowane Instrumental Illness, Dusk till dawn, Blue Sky i wspomniana Jessica. Całości dopełniała bardzo wyważona, lecz podążająca za muzyką oprawa wizualna - muzycy podczas solówek podświetlani byli punktowo, natomiast umiejscowiony z tyłu, ogromny ekran służył do okazjonalnych, psychodelicznych zabaw światłami.
I tylko jedno zmąciło piękno tego listopadowego wieczoru w Koninie. Przerażające wieści z Paryża dotarły do nas w momencie, gdy wychodząc z sali włączyliśmy telefony.
I wtedy naszła mnie taka, może niezbyt poprawna politycznie, myśl (ale w świetle wszystkich tych wydarzeń poprawność niech umiera): czy i nas czekają w przyszłości podobne sceny i czy będzie miało to związek z "obowiązkowymi kwotami uchodźców"?
O odpowiedzi proszę w komentarzach.
Dziękuję Bartkowi i Rychowi za zaproszenie:)
Koncert odbył się w ramach Bluesonaliów 2015
Koncert odbył się w ramach Bluesonaliów 2015
Zdjęcia (z telefonu, ale są:) - Krystian Kwaśny.
piątek, 30 października 2015
2 tygodnie października - część II - Dave Matthews Band
Dave Matthews Band
28.10.2015, ERGO ARENA, Gdańsk.
Z tym koncertem było tak: najpierw strasznie napaliłem się, że Dave i ekipa przyjeżdżają, bo to w końcu rzadki gość w Europie, a już w Polsce to w ogóle święto i odpust w jednym. Prawdziwy, duży, amerykański jam band na Polskiej ziemi! Gov't mule nie liczę, bo to taki ewenement i raczej klubowa sytuacja.
Potem jednak sprawa zaczęła się rozmywać. A to koncertów się namnożyło, a to w sumie DMB to taki pół-jamband i raczej piosenki Dave'a okraszone solówkami, a to Phish zagrał najlepszą trasę od co najmniej 15 lat i przyćmił wszystko inne, a to bilety drogie...takie niewyjaśnione do dziś marudzenie trwało do 27 października, a więc do dnia przed koncertem. Wreszcie jednak podjąłem męską decyzję. Przecież taki koncert to rarytas, tak blisko już się pewnie nie powtórzy, więc czemu jednak nie pojechać i nie łyknąć choć łyżeczki miodu (a raczej masła orzechowego, bo to w końcu Amerykanie)? Tym bardziej, że znany portal aukcyjny aż zaroił się od biletów w bardziej korzystnych niż pierwotnie cenach (widocznie ludzie się pochorowali albo powygrywali wejściówki w konkursach i nie bardzo wiedzieli po co mają do tego Gdańska jechać).
Tak więc Polski Bus i kierunek północ. Pani na infolinii organizatora zaklinała, że koncert rozpoczyna się "o godzinie podanej na bilecie", więc 19:30. Do Ergo Areny dotarłem z pewnym zapasem czasu. O 19:27 byłem lekko zniesmaczony frekwencją, bo start niby za 3 minuty, a tu takie puchy...Ludzie jednak musieli skądś wiedzieć, że koncert rozpocznie się jednak o 19:50, bo przez te 20 minut w miarę szczelnie wypełnili płytę, a mniej obficie trybuny hali. Tak więc wstydu nie było.
Muzycy pojawili się na scenie przy ogłuszającym aplauzie widowni, widać i słychać było, że Golden Circle, na tę okazję przemianowany na Front Row, okupują prawdziwi fani. Tradycyjnie zespoły w tym momencie, bez zwłoki, odpalają petardę i robią dobre pierwsze wrażenie. Tu jednak mieliśmy do czynienia z amerykańskim specjałem, czyli trochę strojenia, trochę gadek między muzykami, być może ustalanie utworu rozpoczynającego koncert (jambandowym zwyczajem, lista na papierze jedno, a co faktycznie pójdzie w eter to drugie). I wreszcie gotowość, zaczęli.
Na początek mocno. Don't drink the water hipnotyzujący riffem podkreślanym przez dęte i melodyjnym, natchnionym śpiewem Dave'a. Akustyk zdołał się połapać w poziomach już po kilku minutach i w kolejnym numerze, #41, mogliśmy posłuchać dokładnie tnącego na skrzypcach Boyd'a Tinsley'a.
Przez kolejne dwie godziny i dwadzieścia minut zespół był naszymi wrotami do tego trochę lepszego muzycznie świata. Melodyjne, śpiewane ciepłym głosem piosenki Dave'a przeplatane były co i rusz improwizacjami, napędzanymi przez absolutnie doskonałą sekcję rytmiczną w postaci Stefana Lessarda (bas) i fenomalnego Cartera Beauforda (perkusja). Działo się dużo: ekspresyjne solo fletu poprzecznego w What would you say, kilkuminutowy dialog dęciaków w Jimi Thing , zagrane na bis i będące tour de force Beauforda, 17-nasto minutowe Two Step, a do tego wrzucane co i rusz smakowite sola skrzypiec i gitary. Dave daje "pograć" muzykom i mimo, że zespół ma jego nazwisko w nazwie, nie zachowuje się jak lider absolutny. W tym zresztą tkwi siła i atrakcyjność tego kolektywu. Na tym zbudowali swoją pozycję. Matthews jednocześnie jest liderem i nim nie jest i nie ma potrzeby przyciągania uwagi publiczności non-stop. Podczas dłuższych partii instrumentalnych schodzi na bok sceny i z uśmiechem obserwuje czarujących dźwiękami kolegów, cały czas przygrywając na gitarze akustycznej. Robi przy tym wrażenie takiego ciepłego "misia", fajnego chłopaka z sąsiedztwa. No ale w końcu zaczynał karierę jako barman piszący piosenki...
Relacje, jakie ukazały się w Internecie po koncercie, są wręcz entuzjastyczne. Dawno nie spotkałem się z aż tak kwiecistym językiem. Że wzorzec koncertu, że magia, że fenomen. Zgadzam się w pełni, w Ergo arenie przeżyliśmy coś w rodzaju seansu spirytualistycznego, a przywołany został Duch Dobrej Muzyki. Żałuję jednak, że Polacy dopiero przy okazji takich wydarzeń budzą się z letargu, w jaki wpędza ich współczesna popelina serwowana przez media. Moi drodzy, czy zdajecie sobie sprawę, że w Ameryce takie zespoły jak DMB są "w Twojej okolicy" co tydzień? I że DMB w wielu kręgach uznawany jest za "jam band dla nastolatków", z którego się wyrasta, bo tam co druga ekipa odlatuje na koncertach mocniej i odważniej, a poziom muzyków wyśrubowany jest niesamowicie? Że rynek jest na tyle duży, że mieści zarówno koszmarki typu Rebecca Black czy Hannah Montana, raperów, zespoły środka jak i zupełnie niemedialne Grateful Dead czy Phish, nie zapominając o dziesiątkach zespołów typu Umphrey's McGee czy Dopapod? I mówię tu o koncertach w słynnych amfiteatrach typu Red Rocks czy Gorge, a nie w pubie "u Pana Mietka". Co by nie mówić o Ameryce, pod tym względem rządzi i będzie rządzić (a że można zostać zastrzelonym na ulicy, to inna sprawa). Dlaczego u nas nie może być podobnie? Czy te 8 tys ludzi, bo na tyle ocenia się frekwencje, to wszyscy Polacy, którzy są w stanie pojąć piękno takiego grania (plus jakiś tysiąc, który nie mógł dotrzeć, był chory, nie miał pieniędzy, etc)?
Bardzo cieszę się z tej wizyty, która zapewne prędko się nie powtórzy, ale przynajmniej już jakaś ścieżka została wydeptana. Następny amerykański przystanek: Warren Haynes Ashes&Dust tour w Koninie(!!).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

