czwartek, 30 czerwca 2016

Ritchie Blackmore's Rainbow - Genting Arena, Birmingham, Wielka Brytania 25.06.2016 - relacja

Trzykoncertowy eksperyment Ritchiego Blackmore'a pt. "czy ja jeszcze potrafię grać hard rocka w 2016?" został właśnie zakończony. Gitarzysta wraca do tego, co kocha najbardziej, czyli renesansowego świata, który od prawie 20 lat tworzy ze swoją uroczą (spróbujcie się nie zgodzić!) małżonką, Candice. Internet nie zna litości, filmy kręcone komórkami i aparatami trafiły do sieci niemal wprost z dwóch niemieckich i jednego brytyjskiego koncertu reaktywowanego Rainbow i przynajmniej w przypadku pierwszego wieczoru wywołały niemałe zamieszanie. Oczywiście głównie w kręgach "jeszcze zainteresowanych", bo współczesny świat raczej podstarzałych panów z Fenderami nie kocha (co pokazały wyniki oglądalności koncertu Davida Gilmoura w TVP  - przewaga transmisji z jubileuszu Ich Troje w Polsacie znacząca...). Zagorzali fani natomiast i owszem, stąd w nocy z 17 na 18 czerwca podniosło się na Facebooku larum (którego i ja byłem częścią), że "nie dali rady". To bardzo eufemistyczne określenie, bowiem filmiki na Youtube (jakakolwiek byłaby ich jakość) przedstawiały zespół bez energii, a lidera bez formy. W dodatku mylącego się w swoich klasycznych solówkach...nie takiego Rainbow się spodziewaliśmy i nie takie Rainbow chcieliśmy! Jedynie wokalista, zapowiadany przez Ritchiego na rewelacje, faktycznie robił wrażenie (chociaż i tu znajdowali się malkontenci). Drugi wieczór był już bardziej zjadliwy, ale nadal....istnieją cover-bandy, które robią to lepiej! Bilet na brytyjski koncert miałem kupiony już w listopadzie zeszłego roku, toteż z ciężkim sercem udałem się w podróż na trasie Warszawa-Londyn-Birmingham....

Na ten brytyjski koncert wybrano Genting Arenę. Niech nazwa Was nie zmyli - w latach 90. XX wieku obiekt nosił nazwę NEC Arena i właśnie tam, 9 listopada 1993 roku, Deep Purple zarejestrowali materiał, który znajduje się na niesławnym CD/DVD "Come Hell or High Water". To wtedy Blackmore wszedł na scenę z fochem, w połowie pierwszego utworu, i wyraźnie "zdenerwowany" rzucił kubkiem z piwem w kamerzystę/Gillana (zależy którą wersję opowieści wolicie). Był to też ostatni na brytyjskiej ziemi koncert najsłynniejszego składu Deep Purple - MK II. A więc miejsce dla fanów purpury co najmniej znaczące.

W samym mieście na próżno szukać jakiegokolwiek zainteresowania koncertem. Plakaty reklamują zupełnie inne wydarzenia, ducha rock and rolla w mieszkańcach brak, na głowie mają zresztą zupełnie inne problemy, niż koncert jakiegoś szarpidruta - po wczorajszych wynikach referendum w sprawie "Brexitu" w tym mieście imigrantów kac jest aż nadto widoczny. Dopiero zbliżając się do Genting Areny spotykam coraz większe grupki fanów w charakterystycznych koszulkach z zaciśniętą na tęczy pięścią. Głównie wytrawni rockerzy, z siwymi włosami i zaokrąglonymi brzuszkami. Wokół dyskusje o niedawnym Donnington, o innych koncertach na które się wybierają. Atmosfera radosnego oczekiwania, umilana grający na małej scenie rozstawionej na środku głównego hallu. Stoisko z merchem oblegane jak koszyk z Crocsami w Lidlu, więc tylko rzucam okiem na widoczne z daleka ceny koszulek. 25 funtów. U nas zazwyczaj 100 zł. Czyli, licząc po pre-brexitowym kursie funta, jakieś 45 zł różnicy. Teraz porównajcie sobie zarobki w obu krajach....

Punktualnie o 19:30 na scenie pojawia się support. Ładny mi support - przecież to Mostly Autumn! Zespół sam mający już całkiem długą historię i pokaźną dyskografię. Na początek tego 40-to minutowego setu wybierają przede wszystkim ostrzejszy repertuar z ostatnich płyt. Czyli nie to, za co ich lubimy. Pojawiają się m.in  Drops of the Sun i  Deep in Borrowdale. Realizator dźwięku oraz klawiszowiec Iain Jennings dwoją się i troją, by zakamuflować...brak basisty! Niesamowite, że na tej rangi koncercie zespół zjawia się w niepełnym składzie! Nic to jednak, bo dziury (oprócz basisty brakuje jeszcze 2 innych członków pełnego składu) przestają mieć znaczenie w Evergreen. Pojawia się ta znana z ich pierwszych płyt, jesienna przestrzeń...Bryan Josh zapowiada, że za chwilę na tej scenie wystąpi bohater jego dzieciństwa, a bohaterowie, jak wiadomo, nie umierają nigdy. Ostatnie 10 minut występu Mostly Autumn poświęca na tą przepiękną kompozycję. Heroes never die - robi się floydowo, nostalgicznie, zespół zaczyna naprawdę czarować...i to końcowe solo, skąpane w zielonych światłach, wędrujących po trybunach Areny...Josh maluje pejzaże niczym Gilmour w Comfortably Numb. Zasłużenie dostają naprawdę solidny aplauz. I znikają, aby kilkumiesięcznemu oczekiwaniu stało się zadość.



Mały zestaw perkusyjny, Hammond, syntezator na jego grzbiecie, combo gitarowe zamiast ściany Marshali, stanowisko dla chórku - tak niepozornie prezentuje się scena Rainbow AD 2016. Tęczy na scenie brak - pojawi się za moment w wersji elektronicznej, w pełni kontrolowana z komputera. Cóż, znak czasów. Póki co czekamy...Z lekkim opóźnieniem, ale coś zaczyna się dziać. Gasną światła, zamiast spodziewanego w tym momencie Over the Rainbow pojawia się Land of hope and glory - brytyjska pieśni patriotyczna. Czyżby ukłon w stronę Brexitu? Anglicy wstają z miejsc i nie siadają już do końca koncertu. Przy ogromnym aplauzie publiczności muzycy wchodzą na scenę, w tym momencie pojawia się właściwie intro...We must be over the rainbow - dziwi się Dorotka, a muzycy przejmują melodię. Dokładnie tak jak na klasycznym do bólu On Stage. Wreszcie, po tylu latach, słyszę na żywo TĘ gitarę, widzę na scenie TĘ postać grającą TE dźwięki! Zawsze w tym momencie było albo Kill the king albo Spotlight Kid. Nie tym razem - na scenę wbiega Ronnie Romero i intonuje pierwszą zwrotkę Highway Star, drocząc się trochę z publicznością. Wreszcie zespół rusza z kopyta! Solo hammondowe bliższe wersji z Made in Japan,  zwrotki i refreny śpiewane przez Ronniego w sposób bezbłędny, z mocą niedostępną dla Iana Gillana od lat. Na przejściach zespół trochę się gubi, ale nic to, bo oto "Mr. Ritchie Blackmoreeee!" - Romero krzyczy i pojawia się pierwsze tego wieczoru solo Ritchiego. Tak, palce już nie te, brakuje płynności, ale na Boga! To jest TO brzmienie, ten ton, ta niedoskonałość, wywołujące ciarki na plecach! Na razie takie małe, ale już coś jest na rzeczy. Na większe przyjdzie czas za chwilę. Póki co Spotlight Kid - utwór wymagający dość zręcznych palców gitarzysty podkreśla niestety, że jeśli chodzi o prędkość grania, Ritchie nie ma już niczego do pokazania. Charakterystyczna melodyjka w środku zagrana na zasadzie "oby tylko wytrwać", solo pełne namysłu, ale oczywiście znów to charakterystyczne brzmienie rekompensuje wszystko. Numer śpiewany w oryginale przez Joe Lynn Turnera zostaje przez Romero "wciągnięty nosem" i elegancko podany na talerzu. Po prostu mistrzostwo, a to już drugi styl wokalny, z którym musi się zmierzyć tego wieczoru.





Are you ready for some rock and roll tonight?! - zapowiada trochę nietrafnie wokalista kolejny utwór. W końcu Mistreated to zupełnie inna kategoria wagowa. I pierwsza okazja, żeby porównać młodego Chilijczyka do jego sławnego imiennika, który śpiewał ten utwór Deep Purple na koncerach Rainbow. Jednak to, co wyprawia Ronnie w tym numerze przechodzi ludzkie pojęcie. Niesamowita wokalna interpretacja utworu, który znajdował się w repertuarze wielu składów purpurowej rodziny, ale jedynie pod opieką TYCH palców brzmi najpełniej. Więc robią to - przepięknie wcielający się Ronniego Jamesa Dio Romero i Ritchie, który serwuje nam pierwsze natchnione solo tego wieczoru. Mogłoby trwać i trwać.... JESTEŚMY na On Stage! Rozdzierający, wokalny popis wieńczący ten numer to rzecz sama w sobie warta wspomnienia. Absolutne mistrzostwo świata i ciary wielkości solidnych mrówek.

Szybki przemarsz przez Since you been gone (kolejny wokalista na liscie Romero odfajkowany) i następne wyzwanie. Man on the silver moutain - żuchwa znów na podłodze. Ritchie i spółka właściwie odgrywają ten numer (aż się prosi o szczyptę improwizacji w środku), lekko rozjeżdżając się pod koniec, ale Romero nie pozostawia złudzeń. Jest obecnie jednym z najlepszych wokalistów hard rockowych na świecie i kropka. Czternaście tysięcy ludzi klaszcze, bawi się i śpiewa refren. Podczas tych rytmicznych, szybkich utworów czuć na hali atmosferę prawdziwego rockowego święta i jakoś nie chce się wierzyć, że tak się już nie gra...że takich kompozycji już się nie tworzy. Czyste, rockowe emocje!

Spróbujmy nowego...przez sekundę słowa Ronniego tworzą w mojej głowie potężny znak zapytania. Czyżby coś jednak skomponowali!? Ritchie bierze do rąk gitarę akustyczną, gra kilka przebiegów - słychać, że z tym instrumentem w dłoniach czuje się obecnie najpewniej, a data w metryce nie ma żadnego znaczenia. Charakterystyczny gest dłonią w stronę wokalisty i ....to Soldier of fortune, niegrany na niemieckich koncertach, mimo obecności w papierowej setliście. Wybaczcie, ale o tym fragmencie nic nie napiszę. Tego trzeba posłuchać. Po prostu. Brak drugiej zwrotki to jedyny minus tej wersji. To tylko film z aparatu. Na żywo to było coś w rodzaju pozaziemskiego doświadczenia.




Difficult to cure to jak wiadomo rockowa transkrypcja fragmentu Ody do Radosci z 9 Symfoniii Beethovena. Tak się złożyło, że Oda jest również hymnem Unii Europejskiej. Dzień po ogłoszeniu Brexitu Anglik grający Anglikom tę melodię to zjawisko dość zabawne. Ale sami zadecydowali...Difficult przerodziło się w solówki perkusji, basu(!) i klawiszy. Dla mnie miłe urozmaicenie koncertu i ukłon w stronę klimatu lat 70., dla innych okazja do wyjścia po piwo i na siku. Mam nadzieję, że co niektórych pokarało i nie zdążyli na następny numer - Catch the Rainbow to kolejny majstersztyk tego koncertu. Już nie chodzi o sam utwór - przecież cała setlista to same killery - ile tą magiczną energię wyzwalaną spod palców przez Ritchiego. To też kolejna okazja do zademonstrowania przez Ronniego umiejętności czarowania głosem. Ale zaraz z tęczy spadamy boleśnie na ziemię - począwszy od skróconego intro (Jens , dlaczego??) poprzez niemrawą grę sekcji, na siłującym się z całością Ronniem skończywszy, Perfect Strangers to najsłabszy punkt koncertu. Ten kawałek, mimo że z pozoru prosty, wymaga po prostu idealnego zgrania wszystkich pięciu elementów. Inaczej wypada blado. Energię podnosi przepełniony wokalną zabawą z publiką Long Live Rock and Roll, przygotowujący pole na dwa kolejne punkty programu. Dla niektórych to wręcz opus magnum tego koncertu i totalna jego kulminacja. Mowa o Child in Time oraz Stargazer, zagranych jeden po drugim. Co tu dużo mówić, te tytuły same w sobie podnoszą ciśnienie u każdego szanującego się fana rocka. A co dopiero w parze, na jednym koncercie i w dodatku z Ritchiem Blackmorem na gitarze. Coś, co nie śniło się nawet fizjologom, jak mawia Ferdek Kiepski, ma miejsce właśnie tu, przede mną, w Birmingham. To są te momenty, dla których pokonałem te 1800 kilometrów. Zespół naprawdę się spręża, czując presje, i oba te monumenty wypadają naprawdę okazale. Co prawda Ritchie w solówce w Child in Time ma niewiele do powiedzenia, ale już Stargazer przypomina nam najlepsze momenty Rainbow lat 70. Klawiszowe chóry i ten slide'owy odlot...prawdziwa maestria, Muzyka, geniusz! Czy muszę pisać, że Romero dosłownie zabił wszystkich swoim wokalem w obu kompozycjach? Nie muszę - ale po raz kolejny napiszę. Ten chłopak to był faktycznie najlepszy możliwy wybór. I żadne płacze za "wokalistami z dawnych lat" nie pomogą. Żaden z tych żyjących współpracowników Ritchiego nie byłby w stanie uciągnąć tego koncertu. A ten, który ewentualnie by mógł, niestety nie żyje od ponad sześciu lat.



Kolejny purpurowiec, Black Night, oprócz krótkiego cytatu z Woman from Tokyo, absolutnie nic nie wnoszący do całości, ale dający możliwość przedstawienia składu (Ritchie chwyta za mikrofon i  przedstawia wokalistę - niebywałe!) i....  to już koniec...Ritchie odkłada kremowego Stratocastera i grzecznie schodzi ze sceny. Cały koncert był zadowolony i uśmiechnięty, co w dawnych czasach było czymś nie do pomyślenia. Zaraz jednak wraca i odkrywa kolejną niespodziankę tego wieczora. Bez żadnych ceregieli odpala Burn - kolejny debiut tej mini-trasy. I znów magia unosi się w powietrzu. W końcu to jeden z najjaśniejszych przykładów "ultra melodyjnego hard rocka z klasycyzującymi naleciałościami" - znaku firmowego Ritchiego z dawnych lat. Pewne niezgodności harmoniczne i słaba solówka Ritchiego nie są w stanie zepsuć całości. I znów ten Ronnie....bardzo przyzwoite solo Jensa Johhansena, a zaraz potem...obowiązkowy Smoke on the Water, podobnie jak Highway Star rozpoczęty "z przyczajki". Ronnie sprawnie pokonuje wszelakie "gillanizmy", z racji wieku robiąc to oczywiście bardzo sprawnie. Utwór kończy się ledwo zauważalnym cytatem z wersji z Made in Japan, Ritchie po raz drugi odkłada gitarę i przy naprawdę szczerym aplauzie publiczności wraz z zespołem kłania się po raz ostatni.

I to by było na tyle. Prawie dwie godziny hard rocka. Jeśli spojrzeć na setlistę, to otrzymaliśmy swoiste "gratest hits" i kawał historii hard rocka. Ale bądźmy szczerzy, to nie było Rainbow. Raczej solowy koncert Ritchiego Blackmore'a wraz z towarzyszącymi mu, wybranymi specjalnie na tę okazję muzykami i wręcz fenomenalnym wokalistą. Z zapowiadanych przez gitarzystę proporcji "30% kawałków Deep Purple, 70% Rainbow" niewiele zostało, bowiem to numery purpurowe zdominowały tego wieczoru set. Stało się to ze stratą dla całości, bo włączenie do repertuaru Perfect Strangers czy Black Night raczej nie miało artystycznego uzasadnienia. Pamiętajmy, że cały czas istnieje i koncertuje zespół, który ma te utwory w podstawowej setliście, a zamiast tego mogły pojawić się inne tęczowe klasyki. Podobnie naciągany wydawał się pomysł z chórkiem, w którym OCZYWIŚCIE pojawiła się Candience i jej koleżanka...Tylko, że to nie ma znaczenia. Dla mnie ten koncert miał wymiar bardzo emocjonalny. Spełniłem jedno z muzycznych marzeń. Jednocześnie uświadomiłem sobie, że czasami zdarzają się ludzie niezastąpieni. Ritchie niewątpliwe do nich należy. Gdyby tylko parę lat wcześniej udał się zapowiadany reunion trzeciego składu Purpli...Blackmore i Lord razem....coś niebywałego.
Pozostaje więc pytanie: czy te trzy koncerty "Rainbow" były coś warte...i czy ewentualne kolejne, których Blackmore jednak nie wyklucza, mają sens?
O tym w następnym wpisie.


.............................................................................
Zapraszam na moją audycję "Muzyczne Noce" w radiopraga.pl
Muzyczne nowości, archiwalia i ciekawostki koncertowe.
W każdą niedzielę o 21:00




sobota, 11 czerwca 2016

Rainbow - Boston 1981 (2016) - recenzja

Ritchie Blackmore zatęsknił za rockowym graniem i "z nostalgii oraz dla fanów" postanowił na chwilę wyskoczyć z renesansowej krainy minstreli z powrotem pod tęcze. Zapowiadał cztery koncerty, ogłoszono trzy, w listopadzie zeszłego roku bilety rzucono do sprzedaży, koniki koncert angielski (jedyny halowy) wykupiły na pniu, Rysiek ogłosił skład zespołu...i wrzawa ucichła. Żaden to powrót Rainbow, skład zupełnie nowy, chociaż w dużej mierze złożony z weteranów scen wszelakich. No i zupełna świeżynka w tym towarzystwie (ale o głosie potężnym) - Ronnie Romero za mikrofonem. Tak to mniej więcej wygląda na dzień dzisiejszy. Jak wyjdzie? Przekonamy się już za tydzień.

Korzystając z lekkiego szumu wokół nazwy Rainbow mała wytwórnia Cleopatra Records postanowiła sięgnąć do archiwów i wydać coś z zamierzchłej przeszłości zespołu. Jakiś czas temu ukazał się, niestety mocno bootlegowej jakości, zestaw z trasy Down to Earth, kiedy to Ritchie musiał, przynajmniej na jakiś czas, użerać się z zupełnie nierockandrollowym z wyglądu Grahamem Bonettem. Do legendy przeszła historia z pilnowaniem długich włosów wokalisty, które ten i tak podstępnie ściął przed pierwszym koncertem. W 1980 Graham poszedł "do Las Vegas" , delikatnie kopnięty przez szefa w zadek...a mógł zginąć na scenie:

 
Nastała era Joe Lynn Tunera (rym niezamierzony). I właśnie z tego okresu, zaraz po wydaniu Difficult to Cure, pochodzi omawiane wydawnictwo. Dostajemy 10 utworów, 65 minut grania z koncertu, na którym Rainbow było "co-headlinerem" wraz z Patem Traversem (stąd pewnie krótka setlista). Nagranie zrealizowane przez radio, które wtedy transmitowało ten koncert, stąd bardzo dobra jakość dźwięku. Minus - dla największych fanów - taki, że koncert jest już dobrze znany z bootlegów. 

Rainbow w tym okresie to już był zespół mocno stąpający po ziemi. Żadne tam smoki, miecze i dziewice - Blackmore odcinał się od "ery Dio", chociaż oczywiście coś z wielkich utworów z tamtego okresu musiał zagrać.  Joe Lynn wniósł do zespołu to, o co właśnie Ritchiemu w tamtym momencie chodziło - popowe zacięcie, teksty o miłości i bardziej przyjazne amerykanom oblicze. Dlatego usłyszymy tu głównie kompozycje z Difficult to cure, chyba najlepszego albumu z Turnerem na wokalu. Joe brzmi tu bardzo dobrze, rockowo, konkretnie. Udowadnia, że nie przez przypadek pojawił się w purpurowej rodzinie. Fakt, że nie musimy go oglądać, działa tu na pewno na korzyść. Co do jego interpretacji kompozycji z lat 70....no wiadomo, jest gorzej. Long live rock and roll na tym nie cierpi (a wręcz zyskuje na ekspresji - w końcu to kawałek rock and rollowy właśnie), ale Catch the Rainbow i Man on the Silver Mountain już tak. Ogólnie jednak Joe wypada na tej płycie bardzo dobrze, także w kawałkach z Down to Earth. A jak reszta zespołu?

Brzmienie koncertu zaskoczyło mnie bardzo i myślę, że to jedna z rzeczy, dla których warto po Boston 1981 sięgnąć. Czasy, kiedy zespół przez większość czasu na scenie improwizował, odeszły w zapomnienie (taka to "dobra zmiana", jaką przyniosły lata 80....). Tu liczy się konkret. Mamy jedno wspomnienie magicznej ery Rainbow - Catch the Rainbow trwa dobre 14 minut i chociaż w solówce Ritchiego brak już tych smaczków i niuansów, znanych chociażby z wykonań z 1976 i 1977 roku, a podkład klawiszowy jest ciut nowocześniejszy (ah, gdzie te chóry generowane przez Tony'ego Careya i Davida Stone'a?), to odbywamy tu miłą podróż do krainy zamków i magii. Reszta występu jest bardzo dynamiczna i pozytywnie zaskakuje sposobem realizacji. Jest drapieżniej nie tylko w stosunku do płyt studyjnych (co nie jest trudne do osiągnięcia w warunkach koncertowych), ale i innych "żywców" Rainbow z lat 80. Posłuchajcie chociażby (bardzo dobrze umiejscowionych w miksie) klawiszy Dona Aireya w Spotlight Kid - wyraźny Hammond sprawia, że kawałek zyskuje na zadziorności i dynamice. Podobnie jest z mocno popowym I Surrender - zamiast rozmytego tła mamy konkretne, hammondowe granie. Oczywiście jest dużo "ejtisów" (brzmienie intra do wspomnianego I Surrender powala swoją kiczowatością), ale ja akurat bardzo lubię ten klimat. Ritchie, jak to Ritchie - z początkiem lat 80. próbował trochę unowocześnić brzmienie, nie tylko zespołu ale i swojej gitary. Nadal jest jednak precyzyjny i zabójczo melodyjny. I ten jego specyficzny styl gry, który wprost uwielbiam - sposób realizacji tej płyty (gitara w lewym kanale, reszta w prawym) pozwala w pełni docenić jego walory. 

Prawdziwym tour de force tej płyty jest instrumentalny Difficult to Cure, będący tak naprawdę fragmentem Ody do radości Beethovena z rozbudowaną częścią solową - bardzo jednak efektowną i dającą pole do popisu zarówno Blackmore'owi, Airey'owi jak i Bobby Rondelli'emu na bębnach. Wszystko w bardzo skondensowanej, ale przemyślanej formie. Na koniec dostajemy jeszcze zupełnie niepotrzebne Smoke on the Water, które poprzedzone jest zajawkami Lazy i Woman from Tokyo. Niepotrzebne, bo wersji Dymu ukazało się na płytach już chyba z tysiąc, aczkolwiek Rainbow bardzo sprawnie i smacznie prześlizguje się po tym klasyku. Ale zamiast tego mogło pojawić się chociażby All Night Long. Tym niemniej polecam to wydawnictwo zarówno fanom Rainbow z lat 80. jak i osobom, które kręcą nosem na skład z Turnerem. Tutaj Joe śpiewa naprawdę dobrze, a cały zespół brzmi niesamowicie energetycznie. Miks nagrania dodaje całości smaczku, bo nawet bardziej popowe utwory brzmią soczyście. Taki mały souvenir z ery, w której klasyczny hard-rock przechodził powoli w stan spoczynku.



...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00


czwartek, 9 czerwca 2016

SBB - Hofors 1975 (2016) - recenzja

SBB to nasz najlepszy w historii "jam band", nie dziwi więc fakt, że przez rynek przewinęła się cała masa koncertówek, głównie (i bardzo dobrze) z lat 70. Wtedy to trio dowodzone przez Józefa Skrzeka było u szczytu możliwości, zarówno twórczych jak i wykonawczych. Energia i nieprawdopodobne zgranie zespołu powalają i dziś, mimo iż czasy takie, że kilkulatkowie na Youtubie zawstydzają weteranów swoimi umiejętnościami. Na szczęście nie wystarczy mieć sprawnych palców i chłonnego mózgu, aby tworzyć Muzykę. A to właśnie czyniło SBB w sposób mistrzowski. I to wielokroć na bieżąco, w formie improwizacji. 

Napisałem o tych koncertówkach w czasie przeszłym, gdyż niestety, jak to często bywa na polskiej ziemi, różne podmioty wydawały te płyty i gdy wydawca się "zwijał", to nakładu nikt nie dotłaczał. W związku z tym na przykład koncerty wydane przed laty przez firmę e-silesia już niestety niedostępne. Co więcej, pamiętam że zakończeniu serii towarzyszyły jakieś, dość mocne, niesnaski na linii zespół-wytwórnia. Kilka smaczków koncertowych wydał także KOCH i Metal Mind Productions i te są nadal do dostania, nawet poniewierają się w marketach "nie dla idiotów" (tu akurat to hasło jest jak najbardziej uzasadnione, widział ktoś idiotę słuchającego SBB?:)). Od jakiegoś czasu starymi koncertami SBB zajmuje się jednak bardzo prężnie działająca wytwórnia GAD. I zdaje się, że w tym wypadku współpraca z zespołem układa się po myśli obu stron, bowiem do rąk dostajemy kolejne wydawnictwo z serii "live" (o koncercie z Warszawy z 1980 r. pisałem w listopadzie)

Tym razem dostajemy koncert z 1975 roku. Szwedzkie tournee, które zespół zagrał wiosną tego roku, było tak intensywne i bogate w doświadczeniach, że sami muzycy nie pamiętają ile dokładnie koncertów i w jakich terminach zagrali. Ważne jednak, że ktoś (w tym wypadku realizator Anders Ordeson) te koncerty nagrywał. Kto wie, może więcej takich skarbów kryje się w jego zakurzonych archiwach? Nie wiadomo również, czy jest to całość występu czy jedynie fragment. Trzeba bowiem pamiętać, że zespół został wtedy zaproszony do Szwecji w roli supportu dla dwóch formacji: szwedzkiego Splash oraz angielskiego, folkrockowego Jack the Lad, jednak bardzo szybko nasi ulubieńcy zostali przesunięci przez managera trasy na miejsce należne "gwieździe wieczoru" - tak wielkie wrażenie zrobiło SBB na szwedzkiej publiczności. Na płycie otrzymujemy 40 minut materiału, bez żadnych bisów, należy więc domniemywać, że coś tam jeszcze zagrali. [EDIT: A jednak wydawca wyjaśnił na swojej stronie, że to wszystkie dźwięki, jakie zespół zagrał na tym koncercie - co wieczór mieli do dyspozycji właśnie ok 40-45 minut]

No właśnie, 40 minut materiału z małego hutniczego miasteczka Hofors. Nawiązując do przemysłowego charakteru miejscowości utwory nazwano "Works in Iron". A utworów jest sztuk...2. Ale podziału tego dokonano chyba tylko dla wygody posiadaczy wersji CD i potrzeb wydania winylowego, bowiem tak naprawdę jest to 40-to minutowa improwizacja. Tak, koncert jest w całości improwizowany! Fani tego wczesnego, niepoukładanego oblicza SBB będą zachwyceni. Dodatkowym smaczkiem jest fakt udostępnienia Skrzekowi organów Hammonda, nie będących na co dzień w instrumentarium zespołu. Mamy więc tutaj sytuację unikalną - wczesne SBB (jeszcze bez Mooga, ze znanym z "Jedynki" syntezatorem Davolisint) w wersji hammondowej. W dodatku lider ani razu nie sięga po gitarę basową, wszystkie niskie tony generując na syntezatorze.

Zaczyna się swoistą rozbiegówką. Uderzenia w klawisze Hammondów, hi-hat i stopa zestawu Piotrowskiego. Wyłania się rytm i powoli zanurzamy się w świat dźwięków tria. Jest trochę scenicznego "macania się", wokalne wejście Skrzeka raczej na zasadzie niepotrzebnego wtrętu, w międzyczasie pojawia się za to bardzo funkowy i "nieSBBowski" motyw syntezatora. Stopniowo łapiemy groove...na dobre odpala gdzieś tak w czwartek minucie. Znajoma gitara i Hammondy zaczynają  swój magiczny taniec; Piotrowski ultra precyzyjnie napędza tę maszynę i pokazuje po raz kolejny jak prześwietnego bębniarza mieliśmy w Polsce (i nie narzekał, że "bez basu to nie ma grania" - jak to mają w zwyczaju rozmaite, współczesne grajki). Dalej mamy już prawdziwą, progresywną jazdę. Na klawisze, gitarę i perkusję. Solówki przeplatają się z niesamowicie zagranymi i zgranymi partiami grupowymi. Przypominam: improwizowanymi. W dwunastej minucie następuje wyciszenie, uspokojenie i wchodzi wokal Skrzeka. Bardzo uduchowiony, chociaż słowa nie mają w tym fragmencie żadnego znaczenia. A po chwili wracamy do znajomego pulsu, tak charakterystycznego dla SBB. Ostatnie kilka minut pierwszej części to popis Antymosa Apostolisa na gitarze i bardzo emersonowska gra Józka na Hammondzie. Od tej strony go nie znałem...niesamowite! Łkająca gitara kończy Works in Iron I....

Część II zaczyna się płynnym przejściem z "jedynki" - kolejne uspokojenie, podrygujący w tle Hammond i syntezatorowy bas i znów miejsce dla głosu Skrzeka. Tym razem fragment bardziej bluesowy, ale znów pozbawiony większego literackiego sensu. Ale przecież wiemy, że to nie o tu tu chodzi, a Skrzek-wokalista znany jest z właśnie takich wokaliz. Przed powrotem do szybszego tempa jeszcze ekspresyjna solówka Lakisa i...Piotrowski przełamuje całość, wprowadzając szybki rytm, na którym pozostała dwójka zaczyna budować swoje, przeplatające się, solówki. A przed końcem utworu zdążymy jeszcze posłuchać piana Wulitzera, które pojawia się dosłownie na kilka sekund, ale wieńczy całość w sposób bardzo stylowy.

I to by było na tyle. 40 minut szalonej jazdy, przeplatanej spokojniejszymi fragmentami i kilkoma wokalizami. Muzyka SBB jest jednak bardzo plastyczna, pobudzająca wyobraźnie. Podczas odsłuchu co wrażliwsi słuchacze na pewno będą mogli "odlecieć" i to bez użycia substancji powszechnie zakazanych. Nie mogę płyty polecić "na pierwszy ogień", jako wstępu do znajomości z SBB - spotkanie może być dla nowicjuszy jednak zbyt intensywne. Ale dla kogoś, kto zna i lubi to trio - pozycja bardzo, bardzo polecana. Tak jak zresztą (prawie) każde archiwalne wydawnictwo SBB - bo to był zespół, który na żywo po prostu zachwycał.

P.S. Należy wspomnieć o jakości dźwięku. W końcu to nagrania sprzed 40-tu lat, znalezione gdzieś na strychu. Na szczęście wydawnictwo GAD jak zwykle zadbało o należyty remastering i całość brzmi bardzo dobrze - surowo, ale jednocześnie wyraziście, oddając ducha "tamtego" SBB.

...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00








czwartek, 26 maja 2016

Roxette - Good Karma (2016) - recenzja

Roxette to pod względami artystycznymi żywa skamielina lat 80. i początku 90. XX wieku. 
Format power duo, chwytliwe piosenki w formacie zwrotka-refren-zwrotka-refren-bridge, zagrane z pełnym zespołem, zawsze na granicy kiczu, ale bardzo rzadko ją przekraczające...mój ulubiony obiekt "guilty pleasure", chociaż wielkiego podziwu dla talentu kompozytorskiego Pera Gessle nigdy nie kryłem i wymieniam go jednym tchem obok ulubionych rockmanów. Duet, jaki stworzył z obdarzoną naprawdę niesamowitym głosem Marie Fredriksson, niestety nie stanie się obiektem takiego kultu jak chociażby ich krajanie z Abby, ale swoje miejsce w historii muzyki pop mają. Gdy wydawało się, że historię Roxette zakończy wykryta w 2002 choroba Marie, ta po kilku latach walki odzyskała siły na tyle, by wrócić na scenę. Dzięki temu od 2009 roku mieliśmy okazję gościć zespół w Polsce na trzech koncertach halowych, jednym Sylwestrze i jednej imprezie zamkniętej. O ile koncertowo hulało to naprawdę dobrze (koncert na Torwarze w 2011 był istną petardą), to nowe kompozycje Pera jakoś tak...nie zachwycały. Daleko było im do tych cudeniek ze szczytowego okresu aktywności duetu. Niby coś tam się tliło, było nawet całkiem dobre (według mnie, bo fani kręcą nosami) She's got nothing on (but the radio), ale czegoś brakowało. Dwie płyty (jedna pełnowymiarowa - Charm School, druga typu "piosenki z drogi, hoteli i sal prób + kilka "żywców" - Travelling) raczej świata nie zawojowały. I gdy przyszedł czas na trzecią próbę, Marie oświadczyła (po konsultacjach lekarskich): ja wysiadam.

Kto śledził poczynania Roxette, ten wie, że od zeszłej wiosny Marie siedziała podczas koncertów, a w poruszaniu się po scenie  pomagali jej koledzy z zespołu. Wzruszająca scena z ostatniego koncertu w Warszawie, kiedy to Per sprowadzał ją za rękę ze sceny przy ogłuszającym aplauzie publiki, mówiła bardzo wiele. Ten rok nie przyniósł zmiany - okazało się, że Marie nie podoła już trudom kolejnej trasy koncertowej. Na szczęście nagrała jeszcze jedną płytę.

Zaczyna się niepozornie i raczej w stylu solowego Gessle. To typowe dla niego zabawy słowne i luźny klimat,  który według mnie słabo sprawdza się w Roxette. I ten tytuł - Why Don'tcha, nieodmiennie kojarzący się z innym żartem muzycznym, Who Dunnit Genesis...to ten sam denerwujący kaliber. W każdym razie początek płyty mocno mnie wkurzył, bo miałem ochoty na solidnego, roxettowego "kopa", a dostałem takie nie-wiadomo-co. Balladę It Just Happens znamy już od jakiegoś czasu - tu rzuca się w uszy mocna produkcja, a i kompozycyjnie jest lepiej, chociaż akurat ten zakątek balladowy Roxette raczej mnie, jako słuchacza, nie interesuje. Miłość jest wśród nas i "po prostu się zdarza" - wiekopomne odkrycie okraszone przyjemną, aczkolwiek cukierkowatą melodią. Na uwagę zasługują zwrotki, śpiewane przez Pera na nieoczywistej progresji akordowej.

Jednak dopiero kolejne dwie piosenki to prawdziwe killery! Tytułowa Dobra Karma i This one to nowa-stara jakość w twórczości Roxette. Cudownie przebojowe, polane gesslowym talentem, niemalże "imprezowe" kawałki, których refreny od razu wgryzają się w mózg (w myśl roxettowej zasady don't bore us, get to the chorus). Tu także zaskakuje produkcja - mocno nowoczesna, żeby nie powiedzieć "taneczna". Ostatni raz taka zmiana nastąpiła pomiędzy Crash, Boom, Bang (1994) a Have a nice day (1999). A na dodatek mamy You Make It Sound So Simple - wolniejszy, sunący niby czołg (oczywiście w kryteriach muzyki pop), naznaczony całą masą syntezatorowych dodatków, filtrów i produkcyjnych smaczków, z hipnotyzującym refrenem w wykonaniu Marie. Absolutnie nie słuchać na głośniczkach laptopowych, bo ucieknie Wam 70% miodności tego kawałka.

Dalej jest już może ciut mniej efektownie, ale nie ma mowy o spadku jakości. Na pewno jest to najlepsza płyta Roxette od 1999 roku. Pojawiają się utwory zarówno wolniejsze (From a Distance w stylu "starego" Roxette) jak i szybsze (przebojowe Some Other Summer, mocno zalatujące Pet Shop Boys) i każdy z nich ma w sobie to "coś roxettowego". Wyróżnić należy jeszcze You Can't Do This To Me Anymore, znów z bardzo nowoczesną produkcją. Nie ma "rozmemłania". Wiecie, takich momentów, w których zespół coś tam gra, wokalistka coś tam śpiewa, ale nie ma to większego sensu - częsta przypadłość współczesnego popu. Tu mamy tę starą szkołę i swego rodzaju przebudzenie się Pera-kompozytora (chociaż wspomaganego w czterech  kompozycjach przez zewnętrznych współpracowników). Czy na długo - zobaczymy. W końcu ile evergreenów można w życiu napisać? 

Jeśli to ostatnia płyta Roxette (na razie nie ma informacji o tym, czy rezygnują także z działalności studyjnej), cieszę się, że pojawił się na niej jeszcze jeden utwór. Pod numerem ósmym kryje się absolutnie przecudnej urody ballada Why Don't You Bring Me Flowers. Chyba najlepsza rzecz w tym klimacie, jaką zespół nagrał od czasu tytułowej Crash, Boom, Bang i mocno przeoczonego What She's Like. Klimacie smutku, tęsknoty, cichego pogodzenia się z odejściem, ale i nadziei... Jeśli macie gdzieś w sercu kogoś, za kim nauczyliście się tęsknić...jeśli czasami trudno przeżyć kolejny dzień bez tego kogoś, choć minęło już tyle czasu....nie włączajcie tego utworu. Te trzy i pół minuty wyrwie Wam serce, a godziny psychoterapii pójdą na marne. Motyw pianina stający w jednym szeregu ze słynnym Fading Like a Flower; prosty, ale wręcz urzekający naiwnością tekst; Marie śpiewająca jak tylko ona potrafi; i MELODIA - cudownie anielskie chórki, narastający aranż i bajkowy klimat tęsknoty i nostalgii...tylko trzy i pół minuty, a chciałoby się więcej i więcej. Ale piosenka urywa się, tam gdzie powinna - jednak od czego jest przycisk "repeat"?

Przy dźwiękach refleksyjnego April Clouds i znaczącej linijce "It's been a good time/ the best there ever was for me" żegnamy się z Roxette. Czy tylko koncertowo, czy już tak całkowicie - czas pokaże. To najkrótsza płyta w dyskografii duetu, ledwie 38 minut - ale tym razem powiedzenie "jakość, nie ilość" ma sens. 

...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00

















wtorek, 24 maja 2016

Skaldowie - koncert z okazji 50-lecia, Progresja, Warszawa, 22.05.2016

Miła niespodzianka zorganizowana przez Jacka Leśniewskiego z kultowego sklepu muzycznego Megadisc, gdzie wielu przetraciło małe fortuny na "absolutne rarytasy w limitowanej edycji z 1969, z fioletowym labelem i literówką na okładce". Skaldowie kojarzą się powszechnie z Kuligiem, Prześliczną Wiolonczelistką i Wiosną, natomiast pan Jacek "załatwił nam" (nam, czyli typom szukającym bardziej nieoczywistych form muzycznych) koncert opierający się na repertuarze z progresywnych płyt zespołu. Tak, były takie, chociaż mam wrażenie, że jakaś nieokreślona siła nadprzyrodzona robi wszystko, byśmy my, naród polski, o tym nie wiedzieli. Ostatnimi laty pojawiła się co prawda odsiecz w postaci małych wydawnictw, które publikują archiwalne nagrania naszych klasyków, w tym m.in odgrzebane gdzieś w piwnicach, rewelacyjne koncerty SBB czy właśnie Skaldów, ale w powszechnej świadomości polska muzyka rozrywkowa to te kilkaset piosenek wałkowanych przez rozmaite Radia Pogoda plus twory współczesne, którym w znakomitej większości do znakomitości bardzo daleko.

Dla niezorientowanych w temacie – od końca lat 60. do 1976 roku Skaldowie cierpieli na swoiste rozdwojenie jaźni. Grali i nagrywali naprawdę dobre piosenki, które oczarowywały publiczność polskich festiwali. Ich wysoki poziom zawdzięczamy przede wszystkim talentowi i klasycznej edukacji muzycznej kompozytora większości materiału, Andrzeja Zielińskiego, ale oczywiście spory wpływ na atrakcyjność materiału miały góralskie inklinacje obojga braci Zielińskich. Druga twarz Skaldów ma jednak zupełnie inny wyraz. Wyjazd na dwumiesięczna trasę po USA w 1969 zaowocował m.in sprowadzeniem przez starszego z braci Zielińskich oryginalnych organów Hammonda, a dodatkowo pozwolił zaznajomić się zespołowi na własne uszy z ówczesnymi modami i trendami muzyki “zgniłego zachodu”. Efekty słychać na kolejnych płytach Skaldów, a kulminacją (rozłożoną w czasie) są dwie suity: Krywaniu, Krywaniu (na płycie w 1972) oraz Stworzenia Świata Część Druga (1976). W międzyczasie zespół także grywał naprawdę ostro, czego dowodem materiał zawarty na wydanym niedawno CD  Live in Germany z 1974. Tylko…o tym wiedzą dociekliwi. Całej reszcie pozostają po prostu piosenki.

“Dociekliwi” zebrali się w ten ciepły, majowy wieczór w celu celebracji właśnie progresywnej części dorobku Skaldów. Co prawda zespół nie mógł się powstrzymać i kilka “przebojów opolskich” jednak zaserwował, ale można to wybaczyć, bo po pierwsze, jak już wspomniałem, są to dobre piosenki, po drugie Andrzej Zieliński podlewał je tego wieczoru gęstym, hammondowym sosem (grał na Hammondzie C3), wobec czego zabrzmiały naprawdę rasowo. Zespół został zapowiedziany przez organizatora (i konferansjera w jednej osobie) jako najlepszy w historii polskiego rocka, co słuchacz zaznajomiony chociażby z SBB może uznać za podlegające dyskusji, ale wszyscy, którzy uczestniczyli w tym niedzielnym misterium, przyznają, że Skaldowie to w tej historii absolutna perła.

Główną atrakcją tego dwuipółgodzinnego koncertu były przede wszystkim dwie wspomniane suity – prawdziwa uczta dla uszu. Pełne karkołomnych, ale jednocześnie stylowych, partii solowych organów i skrzypiec, cytatów z klasycznych kompozytorów (Krywaniu, Krywaniu), iskrzące się istnie młodzieńczą radością grania. Radość gościła też na twarzach słuchaczy, bo prostu nie da się nie uśmiechnąć do takiej muzyki. Porywa i unosi, jednocześnie uświadamiając jak wspaniałych mieliśmy w kraju muzyków. SBB, Niemen, Skaldowie…to tylko wierzchołek góry pełnej skarbów. Odkrywajmy je i organizujmy takie koncerty, póki żyjący twórcy tej muzyki mają zdrowie i siłę, by grać – bo jak wiemy śmierć, szczególnie ostatnio, zbiera w tej branży ponure żniwo. Oprócz suit pojawiły się m.in przecudnej urody Od wschodu do zachodu słońca, Śpiewam, bo muszę, Katastrofa, Znikający Punkt oraz cała druga strona LP Krywań, Krywań. Wpleciono również tytułową kompozycję lidera z jego solowej płyty, ale powiedzmy dyplomatycznie, że odstawała ona stylistycznie od pozostałych dań wieczoru.

Zespół wspomagali na scenie córka Gabriela (wokal) i zięć Rafał (perkusjonalia) Jacka Zielińskiego, natomiast na jeden utwór pojawił się gość specjalny. Tylko jeden utwór, powiecie…ale cóż to było za tornado! Gdy tylko Stanisław Wenglorz (współpracował ze Skaldami pod koniec lat 70. XX wieku) rozpoczął partię wokalną Nie widzę ciebie w swych marzeniach (poprzedzoną kapitalną, kansasowską, instrumentalną introdukcją), po sali rozległ się pomruk niedowierzania i niemal fiycznie czuć było, jak każdy z osobna wstrzymuje oddech. A potem entuzjastyczny wybuch euforii – bo to właśnie było TO. W ułamku sekundy przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni na Woodstock ’69 – takie wrażenie musiał wtedy wywrzeć Joe Cocker prezentując With a little help from my friends! Ale to nie Joe, to nasz (chociaż od lat na stałe mieszkający w Niemczech…) Stanisław! To wykonanie było absolutnie wyjątkowe i porywające i nie dziwi natychmiastowa owacja na stojąco jeszcze przed wybrzmieniem ostatnich nut. Czapki z głów…i tylko szkoda (dla nas), że Pan Stanisław nie zrobił takiej kariery, na jaką zasługiwał. Wokalnie “gniecie” większość naszych rockowych gardeł, a ma już przecież swoje lata…

Sam zespół-gospodarz całość koncertu zagrał i zaśpiewał naprawdę porywająco. Uwagę przyciągała także konferansjerka Jacka Zielińskiego – taka staromodna, z zapowiadaniem każdego utworu, wymienianiem autorów muzyki i tekstu. Tak się już nie robi. Nie wszędzie taki styl by pasował, ale tu pasował idealnie. Całość zakończyła przebojowa Wiosna, podczas której już cała publika stała i tańczyła.

Minusy? Zapowiedziana oficjalnie sesja rozdawnictwa autografów przebiegła w totalnym chaosie. Muzycy składali podpisy przez barierki, koło sceny, wobec tego nie było nawet na czym oprzeć dostarczonych przez organizatorów plakatów – większość podpisów kreślona była “w powietrzu”, co wydłużało tylko cały proces i prowadziło do frustracji (“wysychające” od trzymania w poziomie markery).  Szczytem egoizmu popisali się fani z całymi naręczami płyt – jak już dorwali się do któregoś muzyka, to nie darowali, aż nie podpisał wszystkich podsuniętych mu płyt, singli i pocztóweczek. Czyli jeden “fan” wymagał czasem kilkudziesięciu podpisów od jednego członka zespołu! A pozostali czekający tłoczyli się w (niezorganizowanej) kolejnce bez pewności czy załapią się na choć jeden autograf, bo całość przedłużała się w nieskończoność. I jeszcze te gadki… “Andrzejku, mordko ty moja, co tam u ciebie słychać…” (to starszy, siwawy pan w baseballówce) albo “byliśmy na koncercie w mieście X, tam nie udało się porozmawiać,  więc teraz zapytam…” – i tu wylewa się potok przemyśleń autora wypowiedzi, który będąc członkiem oficjalnego fan clubu zespołu MÓGŁBY chyba porozmawiać z artystą w bardziej sprzyjających okolicznościach. Ale NIE, ci ludzie w d… mają innych i jakąś taką podstawową przyzwoitość. Nie pomagają nawet kąśliwe komentarze za plecami i ogólny napór tłumu – koleś musi mieć 30 podpisów (nie wiem po co, na handel?) i swoje powiedzieć, choćby nie wiem co. Asertywność level hard albo głębokie upośledzenie, ale raczej stawiam na to drugie.

A oprócz tego było miło :)


niedziela, 22 maja 2016

Pendragon - Teatr Śląski, Katowice, 18.05.2016

Pendragon i Polska są od ponad dwudziestu nierozerwalnie złączeni. Statystki pokazują, że od maja 1994 do maja 2016 zespół zagrał u nas 35 koncertów i nagrał 5 oficjalnych DVD....oczywiście kwestia kontraktu z Metal Mind Productions może mieć tu ogromne znaczenie, ale w końcu nikt nikogo pod karabinem nie trzyma. A polska publika kocha Pendragon, mimo że to muzyka całkowicie niemodna i, z punktu widzenia współczesnego, odbiorcy zupełnie zbyteczna. Taki relikt, odprysk lat 80., kiedy to próbowano wskrzesić ducha Pink Floyd, Genesis, Camel i ogólnie pojętej muzyki dla trochę bardziej wrażliwych dusz. Z tamtych czasów "dużym zespołem" pozostał jedynie Marillion, ale przecież w kompletnie odmiennym stroju, niż w początkach działalności. Pozostali, jak choćby IQ, Twelfth Night czy Galahad, funkcjonują w dużo bardziej ograniczonym zakresie. Pendragon wybija się z tego towarzystwa - regularnie nagrywa płyty, koncertuje, mimo że skala tych działań oczywiście jest odpowiednio mała. Tak jak sala, w której osiemnastego maja br. zagrali swój 36. polski koncert i nagrali kolejny materiał filmowy.

W Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego znalazłem się po raz pierwszy, chociaż koncerty progresywne odbywały się tam regularnie. To przez wiele lat była swoista mekka progresywnych zespołów ze stajni MMP, a także lokalizacja, w której zazwyczaj nagrywało się DVD firmowane znakiem tej firmy. Teraz, po kilkuletniej przerwie, wrócono do tej lokalizacji, a powrót uświetnił właśnie Pendragon, obchodzący właśnie 20-lecie wydania klasycznego w ich dyskografii albumu The Masquerade Overture. W udziale przypadło mi miejsce na II balkonie, toteż ciężko mi obiektywnie stwierdzić czy teatr ten to idealne miejsce na koncert rockowy - z tej perspektywy perkusja (a szczególnie blachy) nie brzmiała najlepiej - niczym w taniej sali prób,  a wokal Nicka Barretta po prostu niknął w bardziej intensywnych momentach. 

Zespół wszedł na scenę około 21:20, a finalnie opuścił ją dziesięć minut przed północą. Czekało nas zatem bite 2,5 godziny neo proga w wydaniu ojców chrzestnych tego gatunku. Setlista na pewno zadowolić mogła fanów pendragonowych klasyków - lwią część występu zespół wypełnił prezentacją całej The Masquerade Overture (wraz z kompozycjami z dodatkowego CD) oraz evergreenami Nostradamus (Stargazer) i Breaking the spell do kompletu. Resztę setu wypełniły nagrania nowsze - z ostatniej płyty poleciały Beatiful Soul oraz Come Home Jack, z Passion wybrano This Green And Pleasant Land. Całość zamknął bis w postaci Indigo.

Jak zwykle pada pytanie: czy panowie dali radę? Dali, bo po pierwsze na neo-progu zjedli zęby, a dwa że jednak trochę świeżej krwi w żyły zespołu wpompowali. Przede wszystkim debiut na polskiej ziemi zaliczył nowy perkusista - Jan-Vincent Velazco. Zmiany na stanowisku pałkera w tym zespole to niemal chleb powszechni, więc przywiązywać się może nie należy, ale Jan wywarł tego wieczoru naprawdę pozytywne wrażenie. Popisał się krótkim, acz treściwym solo, a przede wszystkim świetnie odnalazł się w, nie grzeszących przecież wybitnym feelingiem, utworach Pendragon, dodając im coś od siebie - właśnie odrobinę świeżości i szaleństwa (ale trochę innego, niż swego czasu - równie świetny - Scott Higham). Drugą niespodzianką personalną wieczoru był dwuosobowy, żeński chórek, który dodawał nie tylko kolorytu, ale bardzo wspomagał Barretta w wyższych rejestrach. Jedną ze śpiewających pań była znana z Magenty Christina Booth, co tylko dodawało smaczku całości. Stara gwardia w postaci szefującego Nicka Baretta, Cliva Nolana i Petera Gee bez zastrzeżeń (oprócz wspomnianych już problemów z wyższymi rejestrami w wokalu Nicka, ale to całkowicie naturalne - przecież nie młodnieje)

Zespół tej klasy i zajmujący się takim stylem muzycznym (i programowo raczej nie odchodzący na koncertach od wersji studyjnych) nie gra złych ani średnich koncertów. Wszystko tak naprawdę zależy od setlisty. W tym roku otrzymaliśmy w dużej mierze spełnienie marzeń fanów lubiących twórczość Pendragon z lat 90. - klimaty bardziej bajeczne i "wrażliwcowe" niż w przypadku produkcji powstałych w XXI wieku. Te posiadają jednak wiele mielizn artystycznych i gdy tylko zespół dotrze do którejś z nich, napięcie towarzyszące słuchaniu spada....Na szczęście nie trwa to długo, bo przecież wiele w muzyce Brytyjczyków momentów pięknych i czarownych. I właśnie podczas nich myślami odlatywałem w najdalsze rejony zadumy  - znak, że pastelowe barwy Pendragon nadal na mnie działają.

Nadal mam w głowie treść ogłoszenia organizatorów tegorocznych Ursynalii - dzień wcześniej zapowiedzieli oni występ zespołu disco polo Akcent na festiwalu, który podczas poprzednich edycji gościł m.in Slayera, Motorhead czy Nightwish, a w nazwie ma przecież zobowiązujące "Warsaw Student". Duma rozpiera wpis na festiwalowym fanpage'u, a ja, podczas jednej z tych cudnej urody, tak charakterystycznych, solówek Baretta, pomyślałem: Boże! Jak można choć ułamek sekundy życia zmarnować na disco polo, skoro na tym świecie istnieje takie Breaking The Spell? Gdyby tak jeszcze zagrali Am I Really Loosing You.....

Dziękuję Pawłowi za zaproszenie:)

Zdjęcia: Rafał Klęk






...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00

czwartek, 12 maja 2016

Kult - Juwenalia UW, Dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego, 7.05.2016

Kult to zespół, z którego niełatwo się wyrasta. Z jednej strony postpunkowe, proste harmonicznie kompozycje i swoisty "licealno-studencki" klimat, z drugiej wciąż aktualne teksty Kazika, energia wykonawcza i sentyment.  Zespół, do którego w pewnym wieku już się nie przyznajesz,  co nie przeszkodziło utworowi "Prosto" okupować pierwszego miejsca Listy Przebojów Trójki. Już dwunasty (!) raz juwenaliowy występ zespołu rozpoczął mój osobisty sezon plenerowych koncertów i po raz kolejny wiem, że wrócę tam za rok. Czy to obsesja na punkcie, parafrazując Marillion, "misplaced youth", czy zwykła potrzeba odreagowania codzienności i swoistego resetu przy znajomych dźwiękach? Tego nie wiem. Ale wiem, że niezależnie od pogody, jest mi TAM dobrze.

A w tym roku pogoda dopisała. Dzień był słoneczny, wieczór już na szczęście nie mroźny (a takie potrafią jeszcze w maju się pojawiać). Tym razem dwa wejścia na teren imprezy - jedna dla posiadaczy biletów "zwykłych", drugie - dla tych z wydrukami z ticketpro.pl itp. I pierwszy zgrzyt. Bo kontrola tych, którzy sobie wydrukowali wejściówki w domu, powoduje kolejkę do wejścia. Taką na 5 minut, ale to wystarczy, by ominął mnie pierwszy kawałek wieczoru. Drugi zgrzyt - żeby kupić piwo, najpierw musisz odstać swoje w kolejce po kupon, a z tym kuponem zgłosić się do stanowiska ze złocistym płynem. O ile punktów pojnych było jak zwykle kilkanaście, tak punktów z kuponami dwa...w poprzednich latach płaciło się bezpośrednio nalewającemu i szło to znacznie szybciej. Wiem, że być może wspominanie o problemie z zakupem piwa nie przystoi temu blogowi, ale w końcu to Juwenalia, tak więc i wpis powinien odzwierciedlać problemu wieku młodzieńczego:)

Tymczasem zespół już na scenie. Przede wszystkim rzuca się (w uszy) niemal perfekcyjne nagłośnienie całości. A przypomnę, że Kult występuje w składzie dziewięcio (!) osobowym. Z sekcją detą. I jakoś tak się składa, że pan akustyk umie tak poprzesuwać suwakami i pokręcić gałkami, że każdy instrument słychać! Jak to możliwe? (Tak, to ironiczny ukłon w stronę kilku "specjalistów" z branży, z którymi niestety miałem styczność). W Kulcie nie chodzi o sprawność instrumentalną (sam Kazik przyznał, że Piotr Morawiec - gitarzysta - ma w życiu mega farta, bo ze swoimi umiejętnościami w żadnym innym zespole by się nie utrzymał; chociaż oczywiście sekcja dęta czy Tomek Goehs na perkusji jak najbardziej na wysokim poziomie), raczej zawsze zastanawia forma wokalna Kazika. A ta, po przebytych kilka lat temu turbulencjach w związku z nadużywaniem alkoholu, zwyżkuje. Wyraźnie, bez zadyszki, chociaż oczywiście widać po nim zmęczenie 2,5 godzinnym koncertem. Ale kto w Polsce gra tak długie koncerty? Do tego mając na karku 53 wiosny. Kazik podkreślał to zresztą w autobiografii (o której pisałem tu) - uważa, że publiczność powinna dostać solidną dawkę muzyki, za którą przecież - równie solidnie - płaci kupując bilet na koncert. Faktycznie, nie ma nic bardziej wkurzającego, niż pożal się Boże artyści, schodzący ze sceny po godzinie grania (a marzący o tym już po pierwszej piosence). Pod tym względem Kazik to Artysta przez duże "A" (2 lata temu zaśpiewał pełny, ponad 2,5 godzinny koncert z zapalaniem gardła, pod koniec już skrzecząc - ale zrobił to!).

Oczywiście Kult, jak to zespół (post) punkowy ma w swoim repertuarze wiele piosenek o tematyce politycznej. I chyba właśnie te fragmenty, zważywszy na sytuację polityczną, najpełniej zabrzmiały tego wieczoru. Rząd oficjalny, Hej, czy nie wiecie, Układ Zamknięty i oczywiście nieśmiertelna Polska (z Kazikiem trzymającym flagi różnych oddziałów "Kultturystow") grzały publiczność niemiłosiernie. W tych piosenkach tkwi nieprzemijalna moc. I tajemnica wieczności Kultu. Spektakl (bo na koncertach zespołu ważna rolę odgrywają światła) na dziedzińcu UW pokazał, że nadal skutecznie łączą już kolejne pokolenie. A i jest coś magicznego we wspólnym odśpiewaniu Baranka. Albo klaskaniu na słowa "teraz oklaski rozległy się w najdalszej części sali" w Brooklińskiej Radzie Żydów, czy ogólnej radości przy Gdy nie ma dzieci. Te czasem komiczne, czasem poważne piosenki idealnie zabrzmiały właśnie tego majowego wieczoru. To nie jest muzyka stricte juwenaliowa (a w odróżnieniu od innych pozycji uczelni na ten okres, wstęp na koncert Kultu jest płatny), ale dla mnie właśnie to jest żelazny punkt w majowym kalendarzu. Sentyment, nostalgia, ale i po prostu świetna zabawa. 

Tym razem Kult nie zdążył zagrać wszystkich przewidzianych na ten wieczór bisów z powodu lekkiego poślizgu na starcie, a dalsze granie groziło interwencją "milicji". Koncert zakończyli obowiązkowi Sowieci, nieodłączny element Juwenalii na UW. Nie był to więc najdłuższy występ zespołu w tym miejscu, ale myślę, że te 2,5 godziny i tak było bardzo satysfakcjonujące dla większości zebranych. Do zobaczenia za rok!

P.S. Równie obowiązkowym punktem programu jest swoisty survival koncertowy - studenckie pogo można ominąć stając w odpowiedniej odległości od sceny, ale już permanentnych piwnych migracji i potrącania przez przepychających się, wstawionych, młodzieńców już nie bardzo. No i te żenujące "Kazik grać, kurwa mać", skandowane (a raczej wyryczane) przez grupkę "fanów" po zejściu zespołu ze sceny...