Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ritchie Blackmore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ritchie Blackmore. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lipca 2016

Ritchie Blackmore i Rainbow AD 2016 - czy to jeszcze ma sens?

Projekt "Rainbow 2016" przeszedł już do historii. Materiały nagrane przez fanów można dość łatwo odszukać na Youtube, tak więc każdy zainteresowany może obejrzeć wszystkie trzy koncerty w domu i samemu sobie odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule wpisu. Ponieważ jednak udało mi się dotrzeć na jeden z koncertów osobiście i tak się złożyło, że był to koncert z tych trzech najlepszy, pozwolę sobie w kilku zdaniach podsumować całe to zamieszanie.

Ritchie Blackmore tłumaczył decyzję o zagraniu tych koncertów nostalgią i ukłonem w stronę fanów, którzy od 1997 roku nie przestali wierzyć, że coś takiego jak Ritchie i rock będzie jeszcze występować w jednym zdaniu. Ponieważ jednak gitarzysta znany jest z tego, że robi tylko to, na co ma ochotę, domniemywać można, że zrobił to także dla siebie. Ot, po prostu chciał na chwilę wrócić do przeszłości, ale na własnych warunkach. Tym tłumaczyć można chociażby dobór towarzyszących mu na tych koncertach muzyków czy taką, a nie inną setlistę. 

Pierwszy koncert tej mini trasy odbył się w ramach festiwalu Monsters of Rock w niemieckim Loreley i wywołał w kręgach zainteresowanych fanów dość minorowe nastroje. O tym pisałem jednak we wstępie do relacji z brytyjskiego koncertu. Rzeczywiście, patrząc z perspektywy kilku dni, koncerty niemieckie można potraktować jako rozgrzewkę przed tym finałowym, który odbył się w Birmingham. Pytanie jednak czy muzyk tak - nie bójmy się użyć tego słowa - legendarny powinien odwalać taką fuszerkę? Przecież wystarczyło kilka prób i odpowiednie skupienie, aby już od pierwszego koncertu nie było aż takich wątpliwości...Aż takich, bo niestety żaden z tych koncertów nie był idealny.

Jesteśmy w trakcie wielkiego turnieju piłkarskiego, gdzie wszelakie opinie o zawodnikach są na porządku dziennym, więc przyjmijmy na chwilę ten sam system na potrzeby zwięzłego przedstawienia problemów. Daruję sobie jedynie oceny punktowe :-)

Ritchie Blackmore

19 lat grania renesansowego folk-rocka, starcze zwyrodnienia stawów, do których przyznał się w zeszłym roku, do tego niedawna operacja palca i mamy pełen obraz Ritchiego B. w 2016 roku. Do tego doszła zapewne niewielka, ale jednak, trema i katastrofa w Loreley gotowa. Słabo, bez polotu zagrany koncert, błędy w klasycznych solówkach, bardzo nieprecyzyjna gra - lista grzechów Ritchiego popełnionych 17 czerwca tego roku jest długa. Spoglądając jednak na filmiki z dnia następnego zauważymy pewną poprawę. Tydzień później Ritchie miał ostatnią szansę na uratowanie honoru i mogę powiedzieć, że dał z siebie wszystko. Nadal "to nie było to", przede wszystkim brak mu już tej szybkości, która pozwoliłaby na przykład pociągnąć solówkę w Child in Time czy Burn, ale jednak w dużej mierze, biorąc pod uwagę powyższe problemy ze zdrowiem i wiek, Ritchie wyszedł z koncertu w Birmingham obronną ręką. Zapomnijmy jednak o tym "szukającym, burzącym i budującym" Blackmorze sprzed lat. Zostało kilka charakterystycznych myków, specyficzny styl gry rytmicznej i legendarne brzmienie. Parę razy (Catch the Rainbow, Mistreated) zdawało się, że Ritchie zaraz odleci, że złapie ten pociąg z napisem "szaleństwo" i zaprowadzi nas w rejony, które tak chętnie penetrował w początkowym okresie działalności Rainbow, jednak ani razu nie zdecydował się na wyjście poza przećwiczone wersje.
Odmienną kwestią jest sama obecność gitarzysty na scenie. Myślę jednak, że tego nie uwzględni żaden filmik na Youtube czy nawet profesjonalnie nagrany materiał DVD. Dla osób, które zostały w jakiś sposób ukształtowane przez muzykę danego artysty, możliwość zobaczenia go na scenie, na żywo, to na pewno wielkie, metafizyczne doświadczenie. Tak właśnie było w moim wypadku. Dlatego nie mogę obiektywnie napisać jakie to przeżycie zobaczyć i usłyszeć tego gitarzystę na żywo. Dla mnie - najpiękniejsze na świecie, niezależnie od jego formy. Coś jest w tych dźwiękach - magia, kosmos, metafizyka. Coś jest w tym brzmieniu. Gdy gra te liryczne solówki w Mistreated czy Catch the Rainbow, człowiek zdaje sobie sprawę, że istnieją ludzie niezastąpieni. I choć tępię kult jednostki, bo uważam, że większość pożal się boże piosenkareczek można by zastąpić tabunem innych, podobnych, to są na świecie artyści, którzy uświadamiają jaka energia kryje się w dźwiękach. Dokładnie takie same odczucia miałem uczestnicząc w koncertach z udziałem Ś.P. Jona Lorda czy Ricka Wakemana. To chyba ten powiew sztuki, artyzmu, piękna muzyki lat 70. wykonywanej przez tych, którzy ją tworzyli.  Dlatego, jeśli ktoś mnie spyta czy warto było tłuc się do Birmingham na koncert, odpowiem: tak, i to bardzo.

Ronnie Romero  

Ritchie wyznaczył temu młodemu wokaliście dość trudne i niewdzięczne zadanie. W trakcie dwugodzinnego koncertu musiał zmierzyć się z repertuarem śpiewanym pierwotnie przez sześciu (wliczając Glenna Hughesa) wokalistów. I to nie byle jakich - tworzących na przestrzeni lat czołówkę hard rocka. "Młody" wybrnął jednak z tego zadania nie tyle bardzo dobrze, co wręcz zachwycająco.
Ma w głośnie nie tylko siłę, ale i sporą część magii Ronniego Jamesa Dio. Można próbować kopiować mistrza, ale to będzie tylko lepsza lub gorsza kopia. Młody Ronnie dodaje jednak coś "ekstra". Coś, co powoduje ciarki na plecach i szybsze bicie serca. Momenty takie jak Mistreated czy Catch the Rainbow powodowały dosłownie osłupienie. Przez pojedyncze kawałki z ery Turnera i Bonneta przebrnął po prostu bardzo dobrze. Drugim wokalistą, z którego legendą musiał się zmierzyć, był Ian Gillan. Tu było również zjawiskowo - wymagająca partia wokalna w Child in Time została po prostu wzniesiona na inny poziom. Jak burza przeszedł przez Highway Star. Najgorzej poradził sobie z Perfect Strangers  - ale tu zawiódł cały zespół. To po prostu nie jego bajka. Trochę lepiej było w Black Night, aczkolwiek kawałek ten jest już tak ograny, że ciężko cokolwiek dać od siebie. Nie zapominajmy jednak o emocjonalnie podanym Soldier of Fortune - miodzio. Ogólnie zawodnik spełnił pokładane w nim nadzieje z nawiązką. Nie przychodzi mi na myśl inny wokalista, który zaśpiewałby na tak wysokim poziomie cały koncert, na którym mieszają się style kilku wokalistów. A wykonanie numerów z ery Dio - zjawiskowe!
Do poprawy Ronnie na pewno ma jeszcze kwestie konferansjerki i odnalezienia się w roli frontmana. W kontakcie z kilkunastotysięczna, rockową publicznością trzeba mieć po prostu jaja. Na początku swojej drogi z Deep Purple David Coverdale też podobno miał problem z właściwym wyjściem do ludzi. Dlatego wymyślił sobie charakterystyczne zawołanie "How are ya?!", które od razu przełamywało bariery na lini wokalista-publiczność, a z czasem stało się jego "znakiem firmowym". To Romero ma jeszcze przed sobą - na razie kompletnie nie radzi sobie z publiką, a jego nieśmiałe zapytania o "dobrą zabawę" były raczej żałosne.

Jens Johansson

Nie wiem czemu Ritchie wybrał akurat tego klawiszowca. Musiała powstać jakaś nić sympatii, a i wcześniejsza współpraca z Blackmore's Night na pewno zaprocentowała. A może i fakt, że grał przez jakiś czas z samym Dio? Jens to bardzo dobry muzyk, jednak z zupełnie innej bajki niż cały repertuar koncertów Rainbow w tym roku. Sprawność techniczną potwierdził w swoim solo w Difficult to cure, demonstrując cały wachlarz zagrywek progmetalowych. I nawet na Hammondzie zagrał ciekawie...jednak już w konkretnych utworach wypadł dość przeciętnie. W większości poprawnie, ale bez charyzmy potrzebnej w utworach Purpli. Małe wpadki tu i ówdzie nie mają znaczenia, ale bezsensownego skrócenia intra do Perfect Strangers nie potrafię zrozumieć (nie była to pomyłka, bo feler ten pojawił się na każdym z trzech koncertów). Generalnie stanowił tło dla Ritchiego. I to tło, które mogłoby być lepsze.

David Keith i Bob Nouveau

Sekcja rytmiczna była najbardziej kontrowersyjnym elementem tego "reunion".  Pierwszy koncert w ich wykonaniu to naprawdę poziom średniego cover-bandu, łącznie z pomyłkami i rozjazdami w końcówkach utworów. Wielu zarzucało także relatywnie wolne tempa utworów, co zostało poprawione na ostatnim koncercie (dla porównania dwie wersje Perfect Strangers, odpowiednio z 17 i 25 czerwca; uwaga! jest to najmniej ciekawy, wręcz najgorszy fragment koncertów, więc proszę nie wyciągać wniosków co do całości. Służy tylko celom porównawczym ;))














W dodatku zestaw perkusyjny Davida Keitha został wyciągnięty wprost z Blackmore's Night, co na pewno miało wpływ na brzmienie i dynamikę gry. Perkusista tłumaczył w jednym z wywiadów, że chciał osiągnąć na tych koncertach "brzmienie małego zestawu z lat 70", ale powiedzmy sobie szczerze, że eksperyment się nie powiódł. Podobnie jak w przypadku Jensa Johanssona, muzycy sekcyjni to starzy kumple Ritchiego, mający w CV współpracę z Blackmore's Night (Keith gra tam na co dzień).  Prawdopodobnie to zadecydowało o ich wyborze. Nie można powiedzieć, że to słabi gracze - David Keith gra bardzo ciekawie i mimo moich obaw nie zmasakrował Burn - jednak znów: to nie ta bajka. Do grania Rainbow/Deep Purple naprawdę trzeba mieć dryg i specyficzny feeling oraz moc "w łapach". Bez tego robi się mdło. Dlatego pod kątem sekcyjnym (który to niestety rzutuje na odbiór całości) były to bardziej koncerty "Blackmore's Night plays Rainbow".
Jestem jednak w stanie zrozumieć wybór Ritchiego. Przy jego obecnej formie wzięcie do zespołu muzyków, którzy zagraliby te kawałki z mocą oryginałów, oznaczałoby katastrofę. Sama sekcja po prostu przykryłaby Ritchiego i obserwowalibyśmy smutny koniec mistrza nie mogącego nadążyć za resztą składu. Tu osiągnięto jakiś kompromis i dzięki temu te koncerty w ogóle miały sens.

Podsumowanie

Po raz pierwszy w historii rockowego grania Ritchiego mieliśmy na scenie chórek. Powszechnie wiadomo, że miało to na celu usprawiedliwienie obecności na koncertach muzy Ritchiego, Candience. No nie wypuści ci ona go z rąk za nic! Dwuosobowy chórek ani nie przeszkadzał, ani nie pomagał, więc jego obecność po prostu pominę. Tęcza była, ale taka współczesna, chyba LED-owa. Świeciła, zależnie od utworu, jaskrawo albo pastelowo, raz bardziej dynamicznie, raz nastrojowo. Też - dodatek, chociaż oczywiście w Rainbow dość znaczący. Najważniejszy był jednak Ritchie, Ronnie i reszta muzyków. Czy, biorąc pod uwagę powyższe zastrzeżenia, ich trzy występy miały sens? Nie da się na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Obiektywnie rzecz biorąc przygotowanie zespołu było nieadekwatne do rangi wydarzenia. Tylko czy dla Ritchiego to miało aż takie znaczenie jak dla nas, fanów? Mam nieodparte wrażenie, graniczące z pewnością, że nazwa "Rainbow" użyta została wyłącznie w celach marketingowych. Nie chodzi o fakt, że w składzie nie pojawił się żaden muzyk z poprzednich wcieleń Tęczy. Blackmore znany jest z tego, że rzadko kiedy sięga dwa razy po to samo nazwisko, stawiając raczej na nowe twarze. Tak przecież powstał pierwszy skład Rainbow, z nieznanym wtedy nikomu Ronniem Jamesem Dio. Chodzi przede wszystkim o fakt, że były to raczej solowe koncerty Ritchiego. Świadczy o tym m.in dobór utworów. Na brytyjskim koncercie pojawiło się więcej utworów Deep Purple niż Rainbow! Wynika z tego, że Ritchie faktycznie chciał przynajmniej na chwilę otworzyć dawno zamknięte drzwi z napisem hard-rock, a zagranie tych koncertów pod szyldem "Ritchie Blackmore przedstawia" byłoby raczej marketingowym strzałem w stopę. Stąd decyzja o "reaktywacji" Rainbow i spore rozczarowanie fanów mających nadzieję na coś więcej.
Dla osób, których marzeniem było usłyszeć jeszcze raz Ritchiego grającego rocka, te trzy koncerty były na pewno czymś wyjątkowym. Szczególnie koncert w Birmingham, na którym muzycy zagrali znacznie lepiej niż tydzień wcześniej w Niemczech, był rodzajem wrót do przeszłości, która już dawno odeszła. Nie będę się powtarzał - w Ritchiem i jego grze jest coś szczególnego i jeśli ta postać i ta muzyka znaczą dla kogoś wiele (a dla mnie tak), to udział w którymś z tych koncertów był niesamowitym przeżyciem. Pod warunkiem, że zluzował w znaczny sposób "ośrodek obiektywnego oceniania" i spróbował, choćby przez mgłę, złapać tęcze.
Jednak czasami trzeba odpuścić. I wiedzieć kiedy zejść ze sceny. Myślę, że dla "rockowego Ritchiego" ten moment już nadszedł, bo całość znajdowała się o krok lub dwa od katastrofy i kompromitacji, a w przypadku koncertu w Lolerey to już nawet o tę katastrofę zahaczyła. Początkowo artysta wykluczał dalsze eksperymenty na tym polu, zarzekając się, że najważniejsza jest dla niego działalność Blackmore's Night. Jednak kilka tygodni temu zmienił zdanie i zapowiedział, że jeśli między muzykami będzie chemia, a publiczność przekaże dobre fluidy, to kto wie, może w przyszłym roku....Osobiście nie jestem do tego pomysłu przekonany. Jeśli jednak nadarzy się taka okazja, to może jeszcze raz przejdziemy na drugą stronę tęczy....byle do tego czasu nie wyblakła do końca!

P.S. Podobno pierwsze dwa koncerty tej mini trasy zostały profesjonalnie zarejestrowane z myślą o DVD...żeby wyszło z tego coś, co warto obejrzeć i posłuchać, musieliby zarejestrować ponownie większość partii w studio!

Relacja z brytyjskiego koncertu Ritchie Blackmore's Rainbow
.............................................................................
Zapraszam na moją audycję "Muzyczne Noce" w radiopraga.pl
Muzyczne nowości, archiwalia i ciekawostki koncertowe.
W każdą niedzielę o 21:00

czwartek, 30 czerwca 2016

Ritchie Blackmore's Rainbow - Genting Arena, Birmingham, Wielka Brytania 25.06.2016 - relacja

Trzykoncertowy eksperyment Ritchiego Blackmore'a pt. "czy ja jeszcze potrafię grać hard rocka w 2016?" został właśnie zakończony. Gitarzysta wraca do tego, co kocha najbardziej, czyli renesansowego świata, który od prawie 20 lat tworzy ze swoją uroczą (spróbujcie się nie zgodzić!) małżonką, Candice. Internet nie zna litości, filmy kręcone komórkami i aparatami trafiły do sieci niemal wprost z dwóch niemieckich i jednego brytyjskiego koncertu reaktywowanego Rainbow i przynajmniej w przypadku pierwszego wieczoru wywołały niemałe zamieszanie. Oczywiście głównie w kręgach "jeszcze zainteresowanych", bo współczesny świat raczej podstarzałych panów z Fenderami nie kocha (co pokazały wyniki oglądalności koncertu Davida Gilmoura w TVP  - przewaga transmisji z jubileuszu Ich Troje w Polsacie znacząca...). Zagorzali fani natomiast i owszem, stąd w nocy z 17 na 18 czerwca podniosło się na Facebooku larum (którego i ja byłem częścią), że "nie dali rady". To bardzo eufemistyczne określenie, bowiem filmiki na Youtube (jakakolwiek byłaby ich jakość) przedstawiały zespół bez energii, a lidera bez formy. W dodatku mylącego się w swoich klasycznych solówkach...nie takiego Rainbow się spodziewaliśmy i nie takie Rainbow chcieliśmy! Jedynie wokalista, zapowiadany przez Ritchiego na rewelacje, faktycznie robił wrażenie (chociaż i tu znajdowali się malkontenci). Drugi wieczór był już bardziej zjadliwy, ale nadal....istnieją cover-bandy, które robią to lepiej! Bilet na brytyjski koncert miałem kupiony już w listopadzie zeszłego roku, toteż z ciężkim sercem udałem się w podróż na trasie Warszawa-Londyn-Birmingham....

Na ten brytyjski koncert wybrano Genting Arenę. Niech nazwa Was nie zmyli - w latach 90. XX wieku obiekt nosił nazwę NEC Arena i właśnie tam, 9 listopada 1993 roku, Deep Purple zarejestrowali materiał, który znajduje się na niesławnym CD/DVD "Come Hell or High Water". To wtedy Blackmore wszedł na scenę z fochem, w połowie pierwszego utworu, i wyraźnie "zdenerwowany" rzucił kubkiem z piwem w kamerzystę/Gillana (zależy którą wersję opowieści wolicie). Był to też ostatni na brytyjskiej ziemi koncert najsłynniejszego składu Deep Purple - MK II. A więc miejsce dla fanów purpury co najmniej znaczące.

W samym mieście na próżno szukać jakiegokolwiek zainteresowania koncertem. Plakaty reklamują zupełnie inne wydarzenia, ducha rock and rolla w mieszkańcach brak, na głowie mają zresztą zupełnie inne problemy, niż koncert jakiegoś szarpidruta - po wczorajszych wynikach referendum w sprawie "Brexitu" w tym mieście imigrantów kac jest aż nadto widoczny. Dopiero zbliżając się do Genting Areny spotykam coraz większe grupki fanów w charakterystycznych koszulkach z zaciśniętą na tęczy pięścią. Głównie wytrawni rockerzy, z siwymi włosami i zaokrąglonymi brzuszkami. Wokół dyskusje o niedawnym Donnington, o innych koncertach na które się wybierają. Atmosfera radosnego oczekiwania, umilana grający na małej scenie rozstawionej na środku głównego hallu. Stoisko z merchem oblegane jak koszyk z Crocsami w Lidlu, więc tylko rzucam okiem na widoczne z daleka ceny koszulek. 25 funtów. U nas zazwyczaj 100 zł. Czyli, licząc po pre-brexitowym kursie funta, jakieś 45 zł różnicy. Teraz porównajcie sobie zarobki w obu krajach....

Punktualnie o 19:30 na scenie pojawia się support. Ładny mi support - przecież to Mostly Autumn! Zespół sam mający już całkiem długą historię i pokaźną dyskografię. Na początek tego 40-to minutowego setu wybierają przede wszystkim ostrzejszy repertuar z ostatnich płyt. Czyli nie to, za co ich lubimy. Pojawiają się m.in  Drops of the Sun i  Deep in Borrowdale. Realizator dźwięku oraz klawiszowiec Iain Jennings dwoją się i troją, by zakamuflować...brak basisty! Niesamowite, że na tej rangi koncercie zespół zjawia się w niepełnym składzie! Nic to jednak, bo dziury (oprócz basisty brakuje jeszcze 2 innych członków pełnego składu) przestają mieć znaczenie w Evergreen. Pojawia się ta znana z ich pierwszych płyt, jesienna przestrzeń...Bryan Josh zapowiada, że za chwilę na tej scenie wystąpi bohater jego dzieciństwa, a bohaterowie, jak wiadomo, nie umierają nigdy. Ostatnie 10 minut występu Mostly Autumn poświęca na tą przepiękną kompozycję. Heroes never die - robi się floydowo, nostalgicznie, zespół zaczyna naprawdę czarować...i to końcowe solo, skąpane w zielonych światłach, wędrujących po trybunach Areny...Josh maluje pejzaże niczym Gilmour w Comfortably Numb. Zasłużenie dostają naprawdę solidny aplauz. I znikają, aby kilkumiesięcznemu oczekiwaniu stało się zadość.



Mały zestaw perkusyjny, Hammond, syntezator na jego grzbiecie, combo gitarowe zamiast ściany Marshali, stanowisko dla chórku - tak niepozornie prezentuje się scena Rainbow AD 2016. Tęczy na scenie brak - pojawi się za moment w wersji elektronicznej, w pełni kontrolowana z komputera. Cóż, znak czasów. Póki co czekamy...Z lekkim opóźnieniem, ale coś zaczyna się dziać. Gasną światła, zamiast spodziewanego w tym momencie Over the Rainbow pojawia się Land of hope and glory - brytyjska pieśni patriotyczna. Czyżby ukłon w stronę Brexitu? Anglicy wstają z miejsc i nie siadają już do końca koncertu. Przy ogromnym aplauzie publiczności muzycy wchodzą na scenę, w tym momencie pojawia się właściwie intro...We must be over the rainbow - dziwi się Dorotka, a muzycy przejmują melodię. Dokładnie tak jak na klasycznym do bólu On Stage. Wreszcie, po tylu latach, słyszę na żywo TĘ gitarę, widzę na scenie TĘ postać grającą TE dźwięki! Zawsze w tym momencie było albo Kill the king albo Spotlight Kid. Nie tym razem - na scenę wbiega Ronnie Romero i intonuje pierwszą zwrotkę Highway Star, drocząc się trochę z publicznością. Wreszcie zespół rusza z kopyta! Solo hammondowe bliższe wersji z Made in Japan,  zwrotki i refreny śpiewane przez Ronniego w sposób bezbłędny, z mocą niedostępną dla Iana Gillana od lat. Na przejściach zespół trochę się gubi, ale nic to, bo oto "Mr. Ritchie Blackmoreeee!" - Romero krzyczy i pojawia się pierwsze tego wieczoru solo Ritchiego. Tak, palce już nie te, brakuje płynności, ale na Boga! To jest TO brzmienie, ten ton, ta niedoskonałość, wywołujące ciarki na plecach! Na razie takie małe, ale już coś jest na rzeczy. Na większe przyjdzie czas za chwilę. Póki co Spotlight Kid - utwór wymagający dość zręcznych palców gitarzysty podkreśla niestety, że jeśli chodzi o prędkość grania, Ritchie nie ma już niczego do pokazania. Charakterystyczna melodyjka w środku zagrana na zasadzie "oby tylko wytrwać", solo pełne namysłu, ale oczywiście znów to charakterystyczne brzmienie rekompensuje wszystko. Numer śpiewany w oryginale przez Joe Lynn Turnera zostaje przez Romero "wciągnięty nosem" i elegancko podany na talerzu. Po prostu mistrzostwo, a to już drugi styl wokalny, z którym musi się zmierzyć tego wieczoru.





Are you ready for some rock and roll tonight?! - zapowiada trochę nietrafnie wokalista kolejny utwór. W końcu Mistreated to zupełnie inna kategoria wagowa. I pierwsza okazja, żeby porównać młodego Chilijczyka do jego sławnego imiennika, który śpiewał ten utwór Deep Purple na koncerach Rainbow. Jednak to, co wyprawia Ronnie w tym numerze przechodzi ludzkie pojęcie. Niesamowita wokalna interpretacja utworu, który znajdował się w repertuarze wielu składów purpurowej rodziny, ale jedynie pod opieką TYCH palców brzmi najpełniej. Więc robią to - przepięknie wcielający się Ronniego Jamesa Dio Romero i Ritchie, który serwuje nam pierwsze natchnione solo tego wieczoru. Mogłoby trwać i trwać.... JESTEŚMY na On Stage! Rozdzierający, wokalny popis wieńczący ten numer to rzecz sama w sobie warta wspomnienia. Absolutne mistrzostwo świata i ciary wielkości solidnych mrówek.

Szybki przemarsz przez Since you been gone (kolejny wokalista na liscie Romero odfajkowany) i następne wyzwanie. Man on the silver moutain - żuchwa znów na podłodze. Ritchie i spółka właściwie odgrywają ten numer (aż się prosi o szczyptę improwizacji w środku), lekko rozjeżdżając się pod koniec, ale Romero nie pozostawia złudzeń. Jest obecnie jednym z najlepszych wokalistów hard rockowych na świecie i kropka. Czternaście tysięcy ludzi klaszcze, bawi się i śpiewa refren. Podczas tych rytmicznych, szybkich utworów czuć na hali atmosferę prawdziwego rockowego święta i jakoś nie chce się wierzyć, że tak się już nie gra...że takich kompozycji już się nie tworzy. Czyste, rockowe emocje!

Spróbujmy nowego...przez sekundę słowa Ronniego tworzą w mojej głowie potężny znak zapytania. Czyżby coś jednak skomponowali!? Ritchie bierze do rąk gitarę akustyczną, gra kilka przebiegów - słychać, że z tym instrumentem w dłoniach czuje się obecnie najpewniej, a data w metryce nie ma żadnego znaczenia. Charakterystyczny gest dłonią w stronę wokalisty i ....to Soldier of fortune, niegrany na niemieckich koncertach, mimo obecności w papierowej setliście. Wybaczcie, ale o tym fragmencie nic nie napiszę. Tego trzeba posłuchać. Po prostu. Brak drugiej zwrotki to jedyny minus tej wersji. To tylko film z aparatu. Na żywo to było coś w rodzaju pozaziemskiego doświadczenia.




Difficult to cure to jak wiadomo rockowa transkrypcja fragmentu Ody do Radosci z 9 Symfoniii Beethovena. Tak się złożyło, że Oda jest również hymnem Unii Europejskiej. Dzień po ogłoszeniu Brexitu Anglik grający Anglikom tę melodię to zjawisko dość zabawne. Ale sami zadecydowali...Difficult przerodziło się w solówki perkusji, basu(!) i klawiszy. Dla mnie miłe urozmaicenie koncertu i ukłon w stronę klimatu lat 70., dla innych okazja do wyjścia po piwo i na siku. Mam nadzieję, że co niektórych pokarało i nie zdążyli na następny numer - Catch the Rainbow to kolejny majstersztyk tego koncertu. Już nie chodzi o sam utwór - przecież cała setlista to same killery - ile tą magiczną energię wyzwalaną spod palców przez Ritchiego. To też kolejna okazja do zademonstrowania przez Ronniego umiejętności czarowania głosem. Ale zaraz z tęczy spadamy boleśnie na ziemię - począwszy od skróconego intro (Jens , dlaczego??) poprzez niemrawą grę sekcji, na siłującym się z całością Ronniem skończywszy, Perfect Strangers to najsłabszy punkt koncertu. Ten kawałek, mimo że z pozoru prosty, wymaga po prostu idealnego zgrania wszystkich pięciu elementów. Inaczej wypada blado. Energię podnosi przepełniony wokalną zabawą z publiką Long Live Rock and Roll, przygotowujący pole na dwa kolejne punkty programu. Dla niektórych to wręcz opus magnum tego koncertu i totalna jego kulminacja. Mowa o Child in Time oraz Stargazer, zagranych jeden po drugim. Co tu dużo mówić, te tytuły same w sobie podnoszą ciśnienie u każdego szanującego się fana rocka. A co dopiero w parze, na jednym koncercie i w dodatku z Ritchiem Blackmorem na gitarze. Coś, co nie śniło się nawet fizjologom, jak mawia Ferdek Kiepski, ma miejsce właśnie tu, przede mną, w Birmingham. To są te momenty, dla których pokonałem te 1800 kilometrów. Zespół naprawdę się spręża, czując presje, i oba te monumenty wypadają naprawdę okazale. Co prawda Ritchie w solówce w Child in Time ma niewiele do powiedzenia, ale już Stargazer przypomina nam najlepsze momenty Rainbow lat 70. Klawiszowe chóry i ten slide'owy odlot...prawdziwa maestria, Muzyka, geniusz! Czy muszę pisać, że Romero dosłownie zabił wszystkich swoim wokalem w obu kompozycjach? Nie muszę - ale po raz kolejny napiszę. Ten chłopak to był faktycznie najlepszy możliwy wybór. I żadne płacze za "wokalistami z dawnych lat" nie pomogą. Żaden z tych żyjących współpracowników Ritchiego nie byłby w stanie uciągnąć tego koncertu. A ten, który ewentualnie by mógł, niestety nie żyje od ponad sześciu lat.



Kolejny purpurowiec, Black Night, oprócz krótkiego cytatu z Woman from Tokyo, absolutnie nic nie wnoszący do całości, ale dający możliwość przedstawienia składu (Ritchie chwyta za mikrofon i  przedstawia wokalistę - niebywałe!) i....  to już koniec...Ritchie odkłada kremowego Stratocastera i grzecznie schodzi ze sceny. Cały koncert był zadowolony i uśmiechnięty, co w dawnych czasach było czymś nie do pomyślenia. Zaraz jednak wraca i odkrywa kolejną niespodziankę tego wieczora. Bez żadnych ceregieli odpala Burn - kolejny debiut tej mini-trasy. I znów magia unosi się w powietrzu. W końcu to jeden z najjaśniejszych przykładów "ultra melodyjnego hard rocka z klasycyzującymi naleciałościami" - znaku firmowego Ritchiego z dawnych lat. Pewne niezgodności harmoniczne i słaba solówka Ritchiego nie są w stanie zepsuć całości. I znów ten Ronnie....bardzo przyzwoite solo Jensa Johhansena, a zaraz potem...obowiązkowy Smoke on the Water, podobnie jak Highway Star rozpoczęty "z przyczajki". Ronnie sprawnie pokonuje wszelakie "gillanizmy", z racji wieku robiąc to oczywiście bardzo sprawnie. Utwór kończy się ledwo zauważalnym cytatem z wersji z Made in Japan, Ritchie po raz drugi odkłada gitarę i przy naprawdę szczerym aplauzie publiczności wraz z zespołem kłania się po raz ostatni.

I to by było na tyle. Prawie dwie godziny hard rocka. Jeśli spojrzeć na setlistę, to otrzymaliśmy swoiste "gratest hits" i kawał historii hard rocka. Ale bądźmy szczerzy, to nie było Rainbow. Raczej solowy koncert Ritchiego Blackmore'a wraz z towarzyszącymi mu, wybranymi specjalnie na tę okazję muzykami i wręcz fenomenalnym wokalistą. Z zapowiadanych przez gitarzystę proporcji "30% kawałków Deep Purple, 70% Rainbow" niewiele zostało, bowiem to numery purpurowe zdominowały tego wieczoru set. Stało się to ze stratą dla całości, bo włączenie do repertuaru Perfect Strangers czy Black Night raczej nie miało artystycznego uzasadnienia. Pamiętajmy, że cały czas istnieje i koncertuje zespół, który ma te utwory w podstawowej setliście, a zamiast tego mogły pojawić się inne tęczowe klasyki. Podobnie naciągany wydawał się pomysł z chórkiem, w którym OCZYWIŚCIE pojawiła się Candience i jej koleżanka...Tylko, że to nie ma znaczenia. Dla mnie ten koncert miał wymiar bardzo emocjonalny. Spełniłem jedno z muzycznych marzeń. Jednocześnie uświadomiłem sobie, że czasami zdarzają się ludzie niezastąpieni. Ritchie niewątpliwe do nich należy. Gdyby tylko parę lat wcześniej udał się zapowiadany reunion trzeciego składu Purpli...Blackmore i Lord razem....coś niebywałego.
Pozostaje więc pytanie: czy te trzy koncerty "Rainbow" były coś warte...i czy ewentualne kolejne, których Blackmore jednak nie wyklucza, mają sens?
O tym w następnym wpisie.


.............................................................................
Zapraszam na moją audycję "Muzyczne Noce" w radiopraga.pl
Muzyczne nowości, archiwalia i ciekawostki koncertowe.
W każdą niedzielę o 21:00




sobota, 11 czerwca 2016

Rainbow - Boston 1981 (2016) - recenzja

Ritchie Blackmore zatęsknił za rockowym graniem i "z nostalgii oraz dla fanów" postanowił na chwilę wyskoczyć z renesansowej krainy minstreli z powrotem pod tęcze. Zapowiadał cztery koncerty, ogłoszono trzy, w listopadzie zeszłego roku bilety rzucono do sprzedaży, koniki koncert angielski (jedyny halowy) wykupiły na pniu, Rysiek ogłosił skład zespołu...i wrzawa ucichła. Żaden to powrót Rainbow, skład zupełnie nowy, chociaż w dużej mierze złożony z weteranów scen wszelakich. No i zupełna świeżynka w tym towarzystwie (ale o głosie potężnym) - Ronnie Romero za mikrofonem. Tak to mniej więcej wygląda na dzień dzisiejszy. Jak wyjdzie? Przekonamy się już za tydzień.

Korzystając z lekkiego szumu wokół nazwy Rainbow mała wytwórnia Cleopatra Records postanowiła sięgnąć do archiwów i wydać coś z zamierzchłej przeszłości zespołu. Jakiś czas temu ukazał się, niestety mocno bootlegowej jakości, zestaw z trasy Down to Earth, kiedy to Ritchie musiał, przynajmniej na jakiś czas, użerać się z zupełnie nierockandrollowym z wyglądu Grahamem Bonettem. Do legendy przeszła historia z pilnowaniem długich włosów wokalisty, które ten i tak podstępnie ściął przed pierwszym koncertem. W 1980 Graham poszedł "do Las Vegas" , delikatnie kopnięty przez szefa w zadek...a mógł zginąć na scenie:

 
Nastała era Joe Lynn Tunera (rym niezamierzony). I właśnie z tego okresu, zaraz po wydaniu Difficult to Cure, pochodzi omawiane wydawnictwo. Dostajemy 10 utworów, 65 minut grania z koncertu, na którym Rainbow było "co-headlinerem" wraz z Patem Traversem (stąd pewnie krótka setlista). Nagranie zrealizowane przez radio, które wtedy transmitowało ten koncert, stąd bardzo dobra jakość dźwięku. Minus - dla największych fanów - taki, że koncert jest już dobrze znany z bootlegów. 

Rainbow w tym okresie to już był zespół mocno stąpający po ziemi. Żadne tam smoki, miecze i dziewice - Blackmore odcinał się od "ery Dio", chociaż oczywiście coś z wielkich utworów z tamtego okresu musiał zagrać.  Joe Lynn wniósł do zespołu to, o co właśnie Ritchiemu w tamtym momencie chodziło - popowe zacięcie, teksty o miłości i bardziej przyjazne amerykanom oblicze. Dlatego usłyszymy tu głównie kompozycje z Difficult to cure, chyba najlepszego albumu z Turnerem na wokalu. Joe brzmi tu bardzo dobrze, rockowo, konkretnie. Udowadnia, że nie przez przypadek pojawił się w purpurowej rodzinie. Fakt, że nie musimy go oglądać, działa tu na pewno na korzyść. Co do jego interpretacji kompozycji z lat 70....no wiadomo, jest gorzej. Long live rock and roll na tym nie cierpi (a wręcz zyskuje na ekspresji - w końcu to kawałek rock and rollowy właśnie), ale Catch the Rainbow i Man on the Silver Mountain już tak. Ogólnie jednak Joe wypada na tej płycie bardzo dobrze, także w kawałkach z Down to Earth. A jak reszta zespołu?

Brzmienie koncertu zaskoczyło mnie bardzo i myślę, że to jedna z rzeczy, dla których warto po Boston 1981 sięgnąć. Czasy, kiedy zespół przez większość czasu na scenie improwizował, odeszły w zapomnienie (taka to "dobra zmiana", jaką przyniosły lata 80....). Tu liczy się konkret. Mamy jedno wspomnienie magicznej ery Rainbow - Catch the Rainbow trwa dobre 14 minut i chociaż w solówce Ritchiego brak już tych smaczków i niuansów, znanych chociażby z wykonań z 1976 i 1977 roku, a podkład klawiszowy jest ciut nowocześniejszy (ah, gdzie te chóry generowane przez Tony'ego Careya i Davida Stone'a?), to odbywamy tu miłą podróż do krainy zamków i magii. Reszta występu jest bardzo dynamiczna i pozytywnie zaskakuje sposobem realizacji. Jest drapieżniej nie tylko w stosunku do płyt studyjnych (co nie jest trudne do osiągnięcia w warunkach koncertowych), ale i innych "żywców" Rainbow z lat 80. Posłuchajcie chociażby (bardzo dobrze umiejscowionych w miksie) klawiszy Dona Aireya w Spotlight Kid - wyraźny Hammond sprawia, że kawałek zyskuje na zadziorności i dynamice. Podobnie jest z mocno popowym I Surrender - zamiast rozmytego tła mamy konkretne, hammondowe granie. Oczywiście jest dużo "ejtisów" (brzmienie intra do wspomnianego I Surrender powala swoją kiczowatością), ale ja akurat bardzo lubię ten klimat. Ritchie, jak to Ritchie - z początkiem lat 80. próbował trochę unowocześnić brzmienie, nie tylko zespołu ale i swojej gitary. Nadal jest jednak precyzyjny i zabójczo melodyjny. I ten jego specyficzny styl gry, który wprost uwielbiam - sposób realizacji tej płyty (gitara w lewym kanale, reszta w prawym) pozwala w pełni docenić jego walory. 

Prawdziwym tour de force tej płyty jest instrumentalny Difficult to Cure, będący tak naprawdę fragmentem Ody do radości Beethovena z rozbudowaną częścią solową - bardzo jednak efektowną i dającą pole do popisu zarówno Blackmore'owi, Airey'owi jak i Bobby Rondelli'emu na bębnach. Wszystko w bardzo skondensowanej, ale przemyślanej formie. Na koniec dostajemy jeszcze zupełnie niepotrzebne Smoke on the Water, które poprzedzone jest zajawkami Lazy i Woman from Tokyo. Niepotrzebne, bo wersji Dymu ukazało się na płytach już chyba z tysiąc, aczkolwiek Rainbow bardzo sprawnie i smacznie prześlizguje się po tym klasyku. Ale zamiast tego mogło pojawić się chociażby All Night Long. Tym niemniej polecam to wydawnictwo zarówno fanom Rainbow z lat 80. jak i osobom, które kręcą nosem na skład z Turnerem. Tutaj Joe śpiewa naprawdę dobrze, a cały zespół brzmi niesamowicie energetycznie. Miks nagrania dodaje całości smaczku, bo nawet bardziej popowe utwory brzmią soczyście. Taki mały souvenir z ery, w której klasyczny hard-rock przechodził powoli w stan spoczynku.



...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00


poniedziałek, 2 maja 2016

Ritchie Blackmore Story (DVD, 2015)

Dziś mniej typowo, bo o filmie dokumentalnym. DVD "Ritchie Blackmore Story"  premierę miało w listopadzie 2015, ale z powodów niekoniecznie wytłumaczalnych miałem okazję zaznajomić się z nim dopiero teraz.

Nie ukrywam, że z klasycznie rockowych gitarzystów to Blackmore jest mi najbliższy. We wszelakich rankingach "popularności" ustępuje Page'owi, Iommiemu, Hendrixowi i innym tuzom z tamtych złotych lat muzyki rockowej. Ba, wyprzedza go nawet Kurt Cobain, co za każdym razem wywołuje uśmiech politowania i sprawia, że epitety wobec tego typu zestawienień same cisną się na usta. Oglądając "Ritchie Blackmore Story" można odnaleźć odpowiedź na pytanie o ten stan rzeczy. Przede wszystkim Ritchie jest introwertykiem. Najjaśniejszy (dosłownie) przejaw jego ekspresji to słynny wybuch wzmacniaczy na California Jam (omówiony ze szczegółami w filmie). Bardzo spektakularny, ale nie mogący być papierkiem lakmusowym jego scenicznego wizerunku. Owszem, zdarzało mu się tu i ówdzie roztrzaskać na scenie gitarę i pomachać głową podczas ekspresyjnych solówek (widać to szczególnie w nagraniach z koncertów z  przełomu lat 60. i 70.), ale w późniejszych latach utarło się, że Ritchie to mruk i człowiek raczej skupiony na instrumencie, niż na umizgach wobec pierwszych rzędów fanów. W tym kontekście bardzo szybko przestał być "herosem" gitary. Oczywiście, wielu było i jest "mało ruchliwych" muzyków, którzy zawsze  i wszędzie są kochani, ale powiedzmy, że mowa ciała naszego bohatera zdradzała jego myśli i nastawienie. Jeśli obejrzymy nagrania z lat 60. i wczesnych 70, to wszystko wydaje się w porządku, aczkolwiek ostatnie 10 lat rockowego grania Ritchiego to raczej podkówka z ust i intensywne spojrzenia rzucane kolegom na scenie. Bardzo ważnym czynnikiem, wpływającym na pozycję gitarzysty w popkulturze, jest jego brzmienie. I tu jestem skłonny dopatrywać się przyczyn stosunkowo niskiej (chociaż oczywiście nadal jest to pierwsza pięćdziesiątka) pozycji Ritchiego w rankingach. Podczas, gdy większość mistrzów sześciu strun stawiało nacisk bądź na ciężar (Iommi i cała metalowa gromada), bądź na szeroko pojęty feeling i zagrywki (Clapton, Beck, Hendrix itd.), Blackmore przedstawiał wizję zupełnie odmienną. Bardzo ciekawy materiał poglądowy zapewnia bootleg Rainbow Extra Long, nagrany 3 listopada 1995 r. w Londynie. Nie dość, że przedstawia zespół w znakomitej formie (a Blackmore'a w wyśmienitym humorze, stąd "extra" długość koncertu), to jeszcze sposób nagrania uwypukla mocno partie gitary, co pozwala wsłuchać się w niuanse jego gry (aby zgłębić tajniki gry gitarzysty, warto też zajrzeć do tego poradnika). Nie jest to "typowa gra na gitarze", prawda? Nie mieści się w typowych kanonach, uznawanych przez niedzielnych słuchaczy rocka, dlatego większość nie jest w stanie rozsmakować się w jego grze. Szalę goryczy przechyliło wycofanie się Ritchiego z krainy rocka w 1997 r. i przywdzianie stroju minstrela u boku czarującej małżonki w Blackmore's Night. Ale, na szczęście, historia jeszcze się nie skończyła...

"Ritchie Blackmore's Story" daje nam półtoragodzinny wgląd w historię gitarzysty. Nie ma tu jakichś rewelacji, jeśli chodzi o treść i fakty - średnio obyty fan zna wydarzenia z California Jam czy Montreux na pamięć. Ci, którzy są po lekturze którejś z książkowych biografii Purpli, wiedzą jaki Ritchie potrafił być. Tym razem jednak mamy unikalną możliwość posłuchania tych wszystkich historii z ust samego mistrza. Dzięki temu dostajemy ostateczne potwierdzenie pewnych faktów, ale przede wszystkim widzimy jak Blackmore podchodzi do tych spraw po latach. Tak, jest już siedemdziesięcioletnim człowiekiem, ale błysk w oku i specyficzne poczucie humoru wcale go nie opuściły. Jest w nim wiele spokoju i dystansu, ale i niezachwiana pewność siebie i stuprocentowa wiara we własne czyny. Odpowiada na pytania, których unikał od bardzo dawna. Omawia chociażby trudną relację z Ianem Gillanem, nie szczędząc mu zarówno słów uznania jak i (zasłużonej) krytyki. Z ujmującą szczerością opowiada o tym, jak Gillan nie mógł wpasować się w jego oczekiwania co do stylu śpiewania i dlaczego już w 71. rozważał odejście (razem z Paicem) z Deep Purple. Dostaje się też m.in Grahamowi Bonettowi (za fatalną, "nierockandrollową" fryzurę) oraz samemu Dio. Bohater filmu nie oszczedza nikogo (kto choć trochę zasłużył), ale za to "goście specjalni", wypowiadający się o gitarzyście, nie szczędzą pochlebstw i laurek. Posłuchać możemy m.in Briana Maya, Steve'a Lukatera, Joe Lynn Turnera, wspomnianego Grahama Bonetta, Steve'a Vaia czy Joe Satrianiego (który mowi m.in o doświadczeniach w zastępowania Blackmore'a w Purplach). Jest niemal rodzinnie, ale nie czuję to jakiegoś nadmiernego lizodupstwa - Ritchie wielkim gitarzystą był/jest i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Szkoda tylko, że w dokumencie znalazło się tak mało fragmentów związanych z techniką gry i charakterystycznymi zagrywkami - ale też na zawartość muzyczną nie ma co narzekać, jest to końcu pozycja nie tylko dla muzyków. Miedzy poszczególnymi wypowiedziami dostajemy mniej lub bardziej znane fragmenty koncertów i teledysków zarówno wczesnych składów, w których rozgrzewał się Ritchie, jak i wiadomych zespołów. Jako bonus...jeszcze więcej wypowiedzi Ritchiego na najróżniejsze tematy. Całość jest jednak porządnie przemyślenia i ani przez chwilę nie nuży - myślę, że może być ciekawa nawet dla kogoś, kto kompletnie w tym klimacie nie siedzi.

Ot i tak - dobry dokument o ponadprzeciętnym muzyku i artyście. Warto zobaczyć przed koncertami Rainbow i...Tribute to Rainbow, które planowane jest w Warszawie na 14.10.2016.

----------------------------------------------------------
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00