Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skaldowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skaldowie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 maja 2016

Skaldowie - koncert z okazji 50-lecia, Progresja, Warszawa, 22.05.2016

Miła niespodzianka zorganizowana przez Jacka Leśniewskiego z kultowego sklepu muzycznego Megadisc, gdzie wielu przetraciło małe fortuny na "absolutne rarytasy w limitowanej edycji z 1969, z fioletowym labelem i literówką na okładce". Skaldowie kojarzą się powszechnie z Kuligiem, Prześliczną Wiolonczelistką i Wiosną, natomiast pan Jacek "załatwił nam" (nam, czyli typom szukającym bardziej nieoczywistych form muzycznych) koncert opierający się na repertuarze z progresywnych płyt zespołu. Tak, były takie, chociaż mam wrażenie, że jakaś nieokreślona siła nadprzyrodzona robi wszystko, byśmy my, naród polski, o tym nie wiedzieli. Ostatnimi laty pojawiła się co prawda odsiecz w postaci małych wydawnictw, które publikują archiwalne nagrania naszych klasyków, w tym m.in odgrzebane gdzieś w piwnicach, rewelacyjne koncerty SBB czy właśnie Skaldów, ale w powszechnej świadomości polska muzyka rozrywkowa to te kilkaset piosenek wałkowanych przez rozmaite Radia Pogoda plus twory współczesne, którym w znakomitej większości do znakomitości bardzo daleko.

Dla niezorientowanych w temacie – od końca lat 60. do 1976 roku Skaldowie cierpieli na swoiste rozdwojenie jaźni. Grali i nagrywali naprawdę dobre piosenki, które oczarowywały publiczność polskich festiwali. Ich wysoki poziom zawdzięczamy przede wszystkim talentowi i klasycznej edukacji muzycznej kompozytora większości materiału, Andrzeja Zielińskiego, ale oczywiście spory wpływ na atrakcyjność materiału miały góralskie inklinacje obojga braci Zielińskich. Druga twarz Skaldów ma jednak zupełnie inny wyraz. Wyjazd na dwumiesięczna trasę po USA w 1969 zaowocował m.in sprowadzeniem przez starszego z braci Zielińskich oryginalnych organów Hammonda, a dodatkowo pozwolił zaznajomić się zespołowi na własne uszy z ówczesnymi modami i trendami muzyki “zgniłego zachodu”. Efekty słychać na kolejnych płytach Skaldów, a kulminacją (rozłożoną w czasie) są dwie suity: Krywaniu, Krywaniu (na płycie w 1972) oraz Stworzenia Świata Część Druga (1976). W międzyczasie zespół także grywał naprawdę ostro, czego dowodem materiał zawarty na wydanym niedawno CD  Live in Germany z 1974. Tylko…o tym wiedzą dociekliwi. Całej reszcie pozostają po prostu piosenki.

“Dociekliwi” zebrali się w ten ciepły, majowy wieczór w celu celebracji właśnie progresywnej części dorobku Skaldów. Co prawda zespół nie mógł się powstrzymać i kilka “przebojów opolskich” jednak zaserwował, ale można to wybaczyć, bo po pierwsze, jak już wspomniałem, są to dobre piosenki, po drugie Andrzej Zieliński podlewał je tego wieczoru gęstym, hammondowym sosem (grał na Hammondzie C3), wobec czego zabrzmiały naprawdę rasowo. Zespół został zapowiedziany przez organizatora (i konferansjera w jednej osobie) jako najlepszy w historii polskiego rocka, co słuchacz zaznajomiony chociażby z SBB może uznać za podlegające dyskusji, ale wszyscy, którzy uczestniczyli w tym niedzielnym misterium, przyznają, że Skaldowie to w tej historii absolutna perła.

Główną atrakcją tego dwuipółgodzinnego koncertu były przede wszystkim dwie wspomniane suity – prawdziwa uczta dla uszu. Pełne karkołomnych, ale jednocześnie stylowych, partii solowych organów i skrzypiec, cytatów z klasycznych kompozytorów (Krywaniu, Krywaniu), iskrzące się istnie młodzieńczą radością grania. Radość gościła też na twarzach słuchaczy, bo prostu nie da się nie uśmiechnąć do takiej muzyki. Porywa i unosi, jednocześnie uświadamiając jak wspaniałych mieliśmy w kraju muzyków. SBB, Niemen, Skaldowie…to tylko wierzchołek góry pełnej skarbów. Odkrywajmy je i organizujmy takie koncerty, póki żyjący twórcy tej muzyki mają zdrowie i siłę, by grać – bo jak wiemy śmierć, szczególnie ostatnio, zbiera w tej branży ponure żniwo. Oprócz suit pojawiły się m.in przecudnej urody Od wschodu do zachodu słońca, Śpiewam, bo muszę, Katastrofa, Znikający Punkt oraz cała druga strona LP Krywań, Krywań. Wpleciono również tytułową kompozycję lidera z jego solowej płyty, ale powiedzmy dyplomatycznie, że odstawała ona stylistycznie od pozostałych dań wieczoru.

Zespół wspomagali na scenie córka Gabriela (wokal) i zięć Rafał (perkusjonalia) Jacka Zielińskiego, natomiast na jeden utwór pojawił się gość specjalny. Tylko jeden utwór, powiecie…ale cóż to było za tornado! Gdy tylko Stanisław Wenglorz (współpracował ze Skaldami pod koniec lat 70. XX wieku) rozpoczął partię wokalną Nie widzę ciebie w swych marzeniach (poprzedzoną kapitalną, kansasowską, instrumentalną introdukcją), po sali rozległ się pomruk niedowierzania i niemal fiycznie czuć było, jak każdy z osobna wstrzymuje oddech. A potem entuzjastyczny wybuch euforii – bo to właśnie było TO. W ułamku sekundy przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni na Woodstock ’69 – takie wrażenie musiał wtedy wywrzeć Joe Cocker prezentując With a little help from my friends! Ale to nie Joe, to nasz (chociaż od lat na stałe mieszkający w Niemczech…) Stanisław! To wykonanie było absolutnie wyjątkowe i porywające i nie dziwi natychmiastowa owacja na stojąco jeszcze przed wybrzmieniem ostatnich nut. Czapki z głów…i tylko szkoda (dla nas), że Pan Stanisław nie zrobił takiej kariery, na jaką zasługiwał. Wokalnie “gniecie” większość naszych rockowych gardeł, a ma już przecież swoje lata…

Sam zespół-gospodarz całość koncertu zagrał i zaśpiewał naprawdę porywająco. Uwagę przyciągała także konferansjerka Jacka Zielińskiego – taka staromodna, z zapowiadaniem każdego utworu, wymienianiem autorów muzyki i tekstu. Tak się już nie robi. Nie wszędzie taki styl by pasował, ale tu pasował idealnie. Całość zakończyła przebojowa Wiosna, podczas której już cała publika stała i tańczyła.

Minusy? Zapowiedziana oficjalnie sesja rozdawnictwa autografów przebiegła w totalnym chaosie. Muzycy składali podpisy przez barierki, koło sceny, wobec tego nie było nawet na czym oprzeć dostarczonych przez organizatorów plakatów – większość podpisów kreślona była “w powietrzu”, co wydłużało tylko cały proces i prowadziło do frustracji (“wysychające” od trzymania w poziomie markery).  Szczytem egoizmu popisali się fani z całymi naręczami płyt – jak już dorwali się do któregoś muzyka, to nie darowali, aż nie podpisał wszystkich podsuniętych mu płyt, singli i pocztóweczek. Czyli jeden “fan” wymagał czasem kilkudziesięciu podpisów od jednego członka zespołu! A pozostali czekający tłoczyli się w (niezorganizowanej) kolejnce bez pewności czy załapią się na choć jeden autograf, bo całość przedłużała się w nieskończoność. I jeszcze te gadki… “Andrzejku, mordko ty moja, co tam u ciebie słychać…” (to starszy, siwawy pan w baseballówce) albo “byliśmy na koncercie w mieście X, tam nie udało się porozmawiać,  więc teraz zapytam…” – i tu wylewa się potok przemyśleń autora wypowiedzi, który będąc członkiem oficjalnego fan clubu zespołu MÓGŁBY chyba porozmawiać z artystą w bardziej sprzyjających okolicznościach. Ale NIE, ci ludzie w d… mają innych i jakąś taką podstawową przyzwoitość. Nie pomagają nawet kąśliwe komentarze za plecami i ogólny napór tłumu – koleś musi mieć 30 podpisów (nie wiem po co, na handel?) i swoje powiedzieć, choćby nie wiem co. Asertywność level hard albo głębokie upośledzenie, ale raczej stawiam na to drugie.

A oprócz tego było miło :)


niedziela, 1 listopada 2015

Katedra - "Zapraszamy na łąki" (2015)

Ta płyta brzmi jak nocny koszmar Anny Gacek i Kuby Galińskiego. I dlatego jest tak dobra.

Dawno, dawno temu, w latach 60. XX wieku, w kraju nad Wisłą ukuto pojęcie "big bitu". Do języka wprowadził je Ś.P. Franciszek Walicki, a chodziło generalnie o zmylenie władzy ludowej, której określenie "muzyka rockowa" średnio pasowało. Tak więc polska młodzież mogła grać swojski big bit (mocne uderzenie), a rock&rolla już nie. Ot absurdy PRLu, na szczęście w komediowym wydaniu.
Namnożyło się u nas wtedy tych big-bitowych artystów, bo mimo żelaznej kurtyny świeży powiew muzyczny z Wysp Brytyjskich docierał i do Polski. Byli więc Niebiesko-Czarni, Karin Stanek, Czerwone Gitary, wczesny Niemen, Halina Frąckowiak, Ada Rusowicz i wielu innych.

W XXI big bit wprowadziła ponownie na salony córka Ady Rusowicz, Ania, ze swoim albumem "Mój Big Bit" (2011). Chociaż już wcześniej próby nawiązania do retro przeprowadzała m.in Ania Dąbrowska, to powszechnie za królową "vintage" w Polsce przyjmuje się uważać właśnie Rusowicz, która otworzyła drogę takim wykonawcom jak Organek czy Natalia Przybysz. I choć można dyskutować czy twórczość wyżej wymienionych jest faktycznie powodowana prawdziwie artystyczną, vintage'ową duszą czy tylko zgrabnym przystosowaniem się do mody zapoczątkowanej przez koleżankę, faktem jest, że nareszcie zaczęto w Polsce grać bardziej po staremu (chociaż to temat na oddzielny wpis, traktujący o muzykach sesyjnych).

Ciągle jednak czegoś mi w tym brakowało. Może takiej 100% autentyczności w działaniu. Może braku zachowania naturalnego dla prawdziwej rockowej sztuki progresu, który wynikałby nie z liczenia pieniędzy, ale z prawdziwych poszukiwań, rozwoju. To, co miało miejsce na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia jest teraz nieumiejętnie kopiowane i to w wykastrowanej formie. W dodatku  wszystko przechodzi przez śliskie ręce "producenta, który niby się zna" (bo przesłuchał debiut The White Stripes) i tak naprawdę kreuje brzmienie artysty według obecnych mód. Na szczęście zupełnie inaczej jest z omawianym dziś zespołem.

Katedra to grupa przyjaciół z Wrocławia, którzy marzyli o tym żeby założyć zespół i im się udało, co już samo w sobie jest obecnie sztuką. Trafili nawet do znanego "talent show", gdzie dotarli ze swoją niezbyt modną muzyką do samego finału. Już wtedy poznaliśmy m.in rewelacyjną piosenkę "Zapraszamy na łąki", która rozpoczyna wydany kilka tygodni temu debiutancki LP pod tym samym tytułem.

Pierwszy numer to Katedra w pigułce. Czego tu nie mamy: zaczyna się mocnym akcentem przypominającym intro do Speed Kinga Deep Purple, zaraz potem wchodzi nalepowski riff, by po kilku sekundach oddać pola psychodelicznej zwrotce.  A tam w podkładzie czysty Exodus (ten polski). Pojawia się także mellotron na modłę The Moody Blues. Wszystko okraszone rasowymi chórkami w stylu Alibabek. A za chwilę dostajemy naprawdę mocarny, chwytliwy refren, w stylu Hush. A w tak zwanej "części C" (czyli bridge) mamy "exodusową" melodeklamację, która płynnie przechodzi w piękna, wzorowaną na Skaldach, harmonie wokalną. I to wszystko w jednym, niespełna 4-ro minutowym kawałku!

Na albumie trudno wskazać numer, który odstawałby od reszty, choć jeśli miałbym strzelać, to do lekko ciągnącego się Kiedy kochasz. Jednakże każdy utwór ma coś w sobie, a całość tworzy bardzo spójną całość, w której odnajdujemy co i rusz odniesienia do zespołów, które są dla Katedry ważne.

Nie śmiej się z miłości zaczyna się, niespodziewanie, dość nowocześnie - to są chyba te ślady Tame Impala, które zespół także podaje jako inspiracje. Zwrotkę pomysłowo podzielono na część "współczesną" i "big bitową", głównie za sprawą zmiennych brzmień klawiszy. Refren to już jednak totalny big bit. A urocza końcówka zawiera ciekawie ulokowane cytaty m.in z Beatlesów i Doorsów. Echa tych drugich usłyszymy też w pełnej czadu części instrumentalnej Strach i pragnienie. Z kolei  Kim jesteś czaruje partią gitary zagraną skrzypkiem połączoną z wokalizą przypominającą Wielki Ogień Breakoutu. W Czarnym szlaku mamy rasowy hard rock, który po półtorej minuty zmienia się w santanowską sambę z syntezatorem w roli głównej. Z kolei rodzimy Exodus (nie mylić z metalowym!) odnajdziemy ponownie, zarówno tekstowo jak i muzycznie, w Wolnym Elektronie. Pobrzmiewają też echa Uriah Heep (Pieśń o świcie) i wczesnej Budki Suflera. Miłym akcentem jest też gościnny udział Ani Rusowicz w Wicher wiele.

Co mi się w tej płycie podoba, to bardzo dobre wypośrodkowanie pomiędzy partiami wokalnymi a instrumentalnymi. Jednak posiadanie w składzie śpiewającego gitarzysty to zdecydowanie fajna sprawa. Fryderyk Nguyen (wokal, gitara) i Michał Zasłona (klawisze) sprawnie poruszają się po elementarzu rasowych zagrywek z tamtych lat  i co chwila zaskakują bardzo ciekawymi partiami. Przy czym numery na płycie są relatywnie krótkie, nie ma w nich miejsca na przesadnie długie solówkowanie, po prostu wszystko ma swoje miejsce i czas. Jednocześnie utwory są tak skonstruowane, że aż proszą się o wydłużenie na koncertach. 

"Zapraszamy na łąki" nie wprowadza niczego nowego, jest pewnego rodzaju zabawą konwencjami i - jak zespół sam przyznaje we wkładce - muzyczną podróżą do lat pełnych natury i duszy. Jest kolorowo, jest psychodelicznie. Płyta jako całość została naprawdę dobrze przemyślana, a zespół znalazł sposób by pokazać wszystkie swoje atuty - umiejętność tworzenia i aranżowania naprawdę ciekawych, chwytliwych melodii, biegłość instrumentalną i wokalną (urocze chórki Katarzyny Radoń i Teresy Grabiel) oraz znajomość historii muzyki popularnej. Gdyby nie pewne zabiegi produkcyjne (np. nowocześnie brzmiące bębny w Nie śmiej się z miłości) można by uznać, że to jakiś zaginiony album z przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Tym bardziej, że - ku mojej radości - płyta brzmi naprawdę soczyście i zaryzykuję twierdzenie, że jest to obecnie najlepiej brzmiący pod kątem aranżacji album "retro". Nie ma tu rażącej mnie zewsząd surowości i suchotnikowatości. Jest bogato, kolorowo, widocznie zespół nie miał za plecami pseudo-znawców, lubujących się w stwierdzeniach typu "tak się dzisiaj nie gra".

Ciesze się ,że zespół mimo wszystko na swoim debiucie nie sili się na przesadną nowoczesność, za którą tak pędzą teraz wszelkiej maści producenci-specjaliści od "nowoczesnego vintage" (jeszcze kilka lat temu zajmujący się hip hopem czy r'n'b). Że jak nawiązuje do przeszłości, to tym razem nie do ogranych Led Zeppelin, a do niemodnych Uriah Heep czy zapomnianego Exodusu. Wyobrażam sobie minę redaktor Anny Gacek po usłyszeniu tego albumu. Brakuje jeszcze tylko  jej "ukochanych" Pink Floyd.

Jest jeszcze jedna sprawa, która bardzo mnie do Katedy przyciąga. To ich zespołowy duch. Mimo, że zazwyczaj za lidera uznajemy zazwyczaj frontmana, Fyderyk nie rozpycha się na tej pozycji (a znam chłopaków ze sceny i zza kulis). Czuć coś, co w obecnych, nastawionych na ego jednostki czasach, zanikło. Dla słuchacza to duży plus - nie podaje mu się na talerzu jednostki chcącej wypromować swoje nazwisko, a kompletne, składające się z kilku równoważnych składników danie. Nie mamy do czynienia z "gwiazdą" i kilkoma anonimowymi muzykami sesyjnymi, których można podmienić w dowolnym momencie i którzy nauczyli się grać "po staremu" pięć minut temu. Tu każdy muzyk częścią większej całości, każdy czuje tę muzykę całym sercem i dzięki temu kolektywnemu działaniu otrzymujemy efekt synergii. To podejście pozwala mi wierzyć, że Katedra będzie się rozwijać jako zespół nie tylko muzycznie ale i duchowo, tak jak robiły to najwspanialsze bandy w historii rocka. Miejmy nadzieje, że żaden "magik" od gałek im tego nie popsuje.