Pokazywanie postów oznaczonych etykietą improwizacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą improwizacje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 września 2016

Phish - najlepszy zespół jakiego w życiu nie słyszałeś - część 4.

PHISH 2.0

Ogłoszona w październiku 2000 roku przerwa w działalności nie trwała długo. Już w sierpniu 2002 r. zapowiedziano nową płytę zespołu, a w konsekwencji również powrót na scenę. Ten nastąpił w noc sylwestrową. Czterokoncertowa celebracja nowego roku wypadła dość pozytywnie, choć czuć było, oczywiście, fakt ponad dwuletniej rozłąki. Tym niemniej Phish się nie zmienił, co niestety miało swoje opłakane skutki kilkanaście miesięcy później. Tymczasem jednak fani mieli powody do radości. Zarówno wiosenna jak i letnia trasa 2003 roku to jedne z najlepszych miesięcy w historii Phisha. Okres 2003-2004, określany jako "Phish 2.0" a także "Oxy years" (odniesienie do problemu Treya, z różnymi substancjami...) to czas naprawdę szalonych, niesamowitych muzycznych poszukiwań. Zespół po powrocie z pierwszej w historii swej działalności przerwy zdecydowanie stracił na perfekcjoniźmie, czego szczególne braki słychać było w "częściach skomponowanych" poszczególnych utworów. Natomiast w improwizacjach muzycy często i chętnie zapędzali się w tereny od dawna niepenetrowane. Mroczne, aczkolwiek dynamiką sięgające pierwszej połowy lat 90., muzyczne podróże kulminację osiągnęły na kolejnym festiwalu zorganizowanym przez zespół - IT, który odbył się w dniach 2 i 3 sierpnia, po raz trzeci na terenie byłego lotniska wojskowego w Limestone w stanie Maine. Tak jak na festiwalach w latach 90., Phish był jedynym zespołem występującym na scenie. Dwa dni, 7 setów muzyki, w tym zagrany w środku nocy "Tower jam" (całkowicie improwizowana godzina muzyki zagrana przez muzyków na szczycie wieży kontrolnej) zadowolić musiało każdego malkontenta.  Festiwal IT kończył jednak koncertowe lato dla zespołu. Na ten rok nie zaplanowano jesiennej trasy, więc następna okazja do usłyszenia kwartetu na żywo nastąpiła dopiero przy okazji czterokoncertowej celebracji dwudziestolecia istnienia zespołu na przełomie listopada i grudnia. Tym razem jednak występy wypadły dość przeciętnie, jakby zespół zgubił gdzieś energię, którą emanował podczas letniej trasy koncertowej. Niespodzianką było dołączenie Jeffa Holdswortha, który zagrał z zespołem kilka utworów ze "swojej ery" na koncercie 1 grudnia. Także tradycyjny "new year's eve run" nie przyniósł koncertów, które przypominałyby tę phishową magię, tak wyraźną jeszcze kilka miesięcy temu. Aczkolwiek nie można powiedzieć, że były to koncerty złe - na te przyjdzie czas dopiero za kilka miesięcy....Warto odnotować pojawianie się jako gości specjalnych George'a Clintona i zespołu Parliament/Funkadelic na koncercie 30 grudnia - muzycy zagrali wspólnie medley, na który złożyło się kilka fragmentów utworów Funkadelic.

Mimo wszystko Phish miał za sobą bardzo udany rok, a fani i zespół z optymizmem patrzyli w przyszłość. Muzycy rozpoczęli pracę nad kolejną płytą studyjną, a z późniejszych wywiadów wynikało, że planowali nie tylko trasę letnią, ale i jesienną z pierwszym od 1998 "muzycznym kostiumem" w Halloween. Jednak w połowie kwietnia zupełnie niepotrzebnie zagrali trzy koncerty w Las Vegas. Okazało się, że te kilka miesięcy wystarczyło, by zespół, a szczególnie Trey wyraźnie wypadł z formy. Nie jest tajemnicą, że wszelakie nałogi gitarzysty były w tamtym okresie na fali dość wznoszącej (co widać na nagraniach video z tego roku - facet wygląda naprawdę słabo). Phish został za te koncerty dość mocno skrytykowany (oczywiście w środowisku zagorzałych fanów), przesłuchał je również sam lider...i podjął decyzję o zakończeniu działalności swojego muzycznego dziecka. Oficjalne oświadczenie wystosowano 25 maja. Decyzja nie była jednogłośna (oponował Mike), lecz niestety z faktami nie można było dyskutować. Wobec czego (bardzo skromna) letnia trasa miała być tą ostatnią, a zapowiedziany na 14 i 15 sierpnia festiwal w Coventry ostatnim w ogóle koncertem Phisha.

Pełnta treść otwartego listu Anastasio:

AN ANNOUNCEMENT FROM TREY

Last Friday night, I got together with Mike, Page and Fish to talk openly about the strong feelings I've been having that Phish has run its course and that we should end it now while it's still on a high note. Once we started talking, it quickly became apparent that the other guys' feelings, while not all the same as mine, were similar in many ways -- most importantly, that we all love and respect Phish and the Phish audience far too much to stand by and allow it to drag on beyond the point of vibrancy and health. We don't want to become caricatures of ourselves, or worse yet, a nostalgia act. By the end of the meeting, we realized that after almost twenty-one years together we were faced with the opportunity to graciously step away in unison, as a group, united in our friendship and our feelings of gratitude.

So Coventry will be the final Phish show. We are proud and thrilled that it will be in our home state of Vermont. We're also excited for the June and August shows, our last tour together. For the sake of clarity, I should say that this is not like the hiatus, which was our last attempt to revitalize ourselves. We're done. It's been an amazing and incredible journey. We thank you all for the love and support that you've shown us.

-- Trey Anastasio  


Letnia trasa obfitowała, wbrew pozorom, w koncerty nadzwyczaj udane, tak jakby zespół parę razy próbował przekonać sam siebie, że kończenie tego wszystkiego nie ma sensu. Jednak w końcu nadeszła połowa sierpnia, a wraz z nią zapowiadany jako ostatni festiwal. Nazwa Coventry do dziś wywołuje w fanach zespołu odrazę i smutek, bo choć wszystko skończyło się dobrze, to jednak wtedy napięcie i skumulowanie negatywnej energii sięgało zenitu. Począwszy od długotrwałych opadów deszczu, które zamieniły pole festiwalu w morze błota, poprzez wielokilometrowe korki i oficjalny komunikat sugerujący tym, którzy jeszcze nie dotarli, że jednak lepiej zawrócić, aż do samej muzyki....wszystko zamieniło te dwa dni koszmar. Zespół, a szczególnie Trey, nie udźwignął emocjonalnego ciężaru tego występu. Będący wyraźnie pod wpływem nieokreślonych substancji lider kilkukrotnie po prostu w sposób karygodny zmasakrował fragmenty utworów (szczególnie oberwało się Glide). Z drugiej strony kilkukrotnie jamy, zapewne dzięki wspomaganiu przez narkotyki, pokazały, że odchodzi zespół w swojej kategorii po prostu niedościgniony. Najsłynniejszą sceną-symbolem festiwalu Coventry pozostało wykonanie Wading in the velvet sea, w którym Page po prostu nie jest w stanie wyśpiewać tekstu. Wzruszenie ściska mu gardło, Trey próbuje podjąć porzuconą zwrotkę, lecz także słychać jak wiele go to kosztuje. Coś smutnego, ale i pięknego zarazem. Pokazującego, jak ważny był zespół dla tych ludzi i jak wiele kosztuje ich to pożegnanie. Bo to jakby po 20 latach żegnać na zawsze rodzinę...




Gdy tylko wybrzmiały ostatnie nuty zagranego na bis The Curtain With, muzycy zeszli ze sceny i rozjechali się w sobie tylko znanych kierunkach.

     Top 2003-2004
1. Na pewno warto posłuchać nagrań z wiosennej i letniej trasy 2003. Począwszy od Sylwestra 2002 każdy koncert Phish jest profesjonalnie nagrywany i udostępniany do (odpłatnego) ściągnięcia na stronie livephish.com
Z tego okresu wyróżniają się m.in 28 lutego 2003 - z jednym z najciekawszych Tweezerów w historii (ale nie tylko)
2. 2004 nie ma zbyt wiele do zaoferowania, ponieważ letnia trasa koncertowa obejmowała tylko 14 dat, ale na pewno warto zwrócić uwagę na 19 i 20 czerwca w SPAC - gdyby zespół grał na takim poziomie w kwietniu w Las Vegas....
3.Kilka fragmentów z Converty zapiera dech w piersiach, m.in jam w Split Open and Melt (choć część piosenkowa zagrana jest nieprecyzyjnie). Całość ma jednak wydźwięk mocno depresyjny.

 Na swoim

Nie było to łatwe rozstanie, chociaż muzycy zaczęli spotykać sie na scenach w różnych konfiguracjach dość szybko, głównie za sprawą projektów takich jak Phil Lesh & Friends. Rozwinęły się także ich solowe kariery. Najdłużej od Treya (który obarczany był winą za rozpad zespołu) stronił Page - nie rozmawiali podobno przez ponad rok. Mimo wzmożonych wysiłków działając solowo ani Trey ani Mike (najaktywniejsi z całej czwórki) nie byli w stanie nawet zbliżyć się do sukcesów osiąganych w macierzystej formacji. Nie doszłoby jednak do powrotu Phisha, gdyby nie pewien... policjant, który nad ranem 15 grudnia 2006 zatrzymał samochód Treya do kontroli drogowej. Gitarzysta okazał się być pod wpływem alkoholu, dodatkowo przyznał się do posiadania heroiny oraz leków, na które należy posiadać receptę (m.in Xanax). Sąd był dla Anastasio litościwy - zamiast więzienia zaproponowano mu udział w czternastomiesięcznym programie antyuzależnieniowym hrabstwa Saratoga w stanie Nowy Jork. Po jego zakończeniu publicznie podziękował funkcjonariuszowi, który go zatrzymał. Od tego momentu stan Treya zaczął się widocznie poprawiać, a jego "uleczenie" spowodowało, że powrót zespołu stał się w końcu możliwy...
Pierwszy wspólny występ całej czwórki miał miejsce na...weselu byłego tour managera zespołu, Brada Sandera, we wrześniu 2008.


1 października na stronie phish.com ukazał się krótki filmik z artystycznym rysunkiem charakterystycznych paneli Hampton Coliseum oraz podpisem: Phish.Hampton.March 6-7-8. 2009. Wrócili!

Phish 3.0

Bilety na wspomniane 3 koncerty zostały oczywiście wyprzedane na pniu. Phish zagrał 85 utworów w ciągu 10 godzin, oczywiście nie powtarzając żadnego...do dziś wielkie wrażenie robi sam początek pierwszego koncertu i ten niesamowity wybuch radości kilkunastu tysięcy fanów w reakcji na pierwsze dźwięki Fluffhead.
Z perspektywy czasu lata 2009-2011 jawią się  jako pewien rodzaj katharsis i ponownego odkrywania i definiowania siebie na nowo. To nie był powrót po "zawieszeniu działalności". To był powrót do żywych po kilku latach spoczynku w trumnie, podczas których wiele rzeczy uległo zmianie. Zarówno tak zwana "scena", jak i muzycy. To był okres, gdy "Phish uczył się na nowo bycia Phishem" i teraz, w 2016 możemy nazwać ten okres swoistą rozbiegówką. Owszem, zdarzały się momenty bardzo ciekawe (choćby Waves zagrane 26 maja 2011 podczas...próby dźwięku, czy  Rock and roll Velvet Underground z 26 czerwca 2010), generalnie zespół pozostawał w szeroko pojętej strefie komfortu. Frustrowało to najzagorzalszych fanów (a innych Phish nie ma...), ale wydaje się, że było strategią przemyślaną i co najmniej potrzebną. Żeby zdrowo funkcjonować i nie powtórzyć błędów lat 2003-2004, zespół musiał zdefiniować się na nowo. Więcej było jednak powodów do zadowolenia. Wróciły letnie (choć ilościowo skromniejsze) trasy, wróciły festiwale (w 2009 zespół po raz pierwszy połączył festiwal ze świętem Halloween, grając w całości Exile on Main Street Stonesów), wróciły wspólne celebracje Sylwestra. Powoli też zespół przechodził na kolejny poziom - prezentując chociażby godzinny, improwizowany jam na festiwalu Superball IX w 2011. 
Odważniejsze granie zaczęło przebijać się coraz częściej i częściej. Przełomowy wydaje się tu koncert z 31 sierpnia 2012, gdzie zespół niejako "zmusił" się do rozszerzonych improwizacji, konstruując setlistę w taki sposób, by pierwsze litery tytułów utworów tworzyły napis "Fuck your Face" (będący również tytułem ich piosenki ...). Tego wieczoru zagrano więc tylko 13 pozycji (plus bisy) zamiast tradycyjnych 21-22. Zresztą przez całe lato zespół grał coraz lepiej, a końcówka trasy była taką specyficzną, żartobliwą wisienką na torcie. W 2012 nie zorganizowano jesiennej trasy, toteż na potwierdzenie zwyżkującej formy ulubieńców fani musieli czekać aż do 28 grudnia. Było jednak warto, bo zespół w 2013 rok wbił się zdecydowanie i z wielką klasą, kończąc cykl koncertów noworocznych coverem Iron Mana Black Sabbath. Iron Man lives again!

I znów kilka miesięcy oczekiwania....pierwszy koncert 2013 roku zespół zagrał dopiero 3 lipca. W miarę rozkręcania się letniej trasy słychać było, że panowie są  w świetnej formie i może być to rok wyjątkowy (w końcu jubileuszowy...). I w końcu nastał koncert, który - podobnie jak ten z 31.08.2012 - uznawany jest za przełomowy w historii "odrodzonego" Phisha. 31 lipca w Lake Tahoe, w stanie Nevada objawił się Tahoe Tweezer. 36-cio minutowa, czasami sprawiająca wrażenie skomponowanej (tak jest dobra!), pełna inwencji i improwizacji wersja wywołała niemałe poruszenie w internetowej społeczności skupionej wokół zespołu. Kwartet wreszcie "przemógł" się i był w stanie zagrać naprawdę dobrą i długą wersję swojego klasyka. I choć trasa miała swoje gorsze momenty (3 koncerty w Chicago, z czego jeden przerwany przez nadchodzącą burzę - zespół zadośćuczynił fanom, grając następnego wieczoru 3 sety - a drugi zawierający wyjątkowo nieciekawą i długą Harpuę z występem lokalnej grupy kabaretowej), można było ją uznać za najlepszą od czasu reunion z 2009 roku. Fani nie spodziewali się jednak, że dwutygodniowa trasa jesienna, na którą zespół wyruszył w październiku, będzie znacznie ciekawsza. Phish zdecydowanie wrzucił swój piąty bieg i można było wreszcie powiedzieć, że ponownie znaleźli na siebie pomysł.

Co ciekawego działo się w obozie zespołu od 2013 roku?
W Halloween Phish zaskoczył wszystkich, grając jako "muzyczny kostium"...swój własny album z przyszłości. Otóż premierowo wykonano wtedy materiał, który w wersji studyjnej ukazał się dopiero w czerwcu 2014. Odważny i bezkompromisowy krok, który - mimo kontrowersji, bo nie wszyscy obecni tego dnia na koncercie byli gotowi na tak duża dawkę premierowej muzyki - okazał się ważną deklaracją Phisha na jubileuszowy rok. Jesteśmy w pełni sił i gramy swoje! Zespół powtórzył manewr z okazji kolejnego Halloween - w 2014 roku, cztery miesiące po premierze studyjnego Fuego, Phish przedstawił kolejną dawkę premierowej muzyki. Tym razem były to instrumentalne kompozycje połączone z jamami, oparte na kanwie odgłosów z płyty Chilling, Thrilling Sounds of the Haunted House, wydanej w 1964 roku przez wytwórnię Disneya. Ot, taki żart wchodzących w szóstą dekadę życia muzyków. Zresztą nie jedyny - tradycyjnie koncerty Sylwestrowe zawierały jakiś gag. W 2014 roku było to rzekome zassanie ust Jona Fishmana przez odkurzacz i odwrócenie ciągu "from suck to blow", co spowodowało "nadmuchanie" biednego perkusisty do rozmiarów odpowiadającym wielkości słynnej świni z koncertów Pink Floyd...

Należy także wspomnieć o finale celebracji 30-to lecia zespołu. 31 grudnia 2013, podczas koncertu Sylwestrowego, Phish zaprezentował - poprzedzony okolicznościowym filmikiem - specjalny, zagrany na pace ciężarówki zaparkowanej na środku Madison Square Garden, set nawiązujący wprost do pierwszego koncertu zespołu. Pojawiły się nawet mikrofony przyczepiony do kijów golfowych - tak zespół radził sobie w 1983 z brakiem statywów.

Rok 2014, po którym fani obiecywali sobie bardzo wiele, upłynął pod znakiem "ripcord" - czyli ucinania przez Treya dobrze zapowiadających się improwizacji....i choć oczywiście zdarzały się momenty fenomenalne (13.07, Randall's Island w stanie Nowy Jork), to jednak w pamięci fanów ów rok zostanie zapamiętany jako rok niespełnionych nadziei. Za to 2015...
W styczniu gruchnęła wiadomość o zaproszeniu, jakie Trey dostał od muzyków Grateful Dead. Szykowano nie byle jakie wydarzenie, bo celebrację 50-cio lecia zespołu i zarazem pożegnanie (stąd nazwa Fare Three Well) najsłynniejszego składu (Bob Weir, Phil Lesh, Bill Kreutzmann i Mickey Hart, minus oczywiście Jerry Garcia). Trey dołączył do składu, co wzbudziło kontrowersje w światku "Deadheads", dla których Phish często bywa zespołem drugiej kategorii...Jednak gitarzysta, po kilku miesiącach analizowania i uczenia się stylu Garcii (oraz prawie stu utworów) wybrnął z zadania niemalże celująco. Co więcej, zyskała na tym - przesunięta o kilka tygodni - letnia trasa jego macierzystego zespołu. Obwołana dość szybko "najlepszą trasą tej reinkarnacji Phisha" przyniosła szereg znakomitych koncertów, których kulminacją był dziesiąty festiwal zespołu, nazwany Magnaball. I choć kończąca lato, tradycyjna już trzydniowa gościna w Colorado, nie utrzymała (muzycznie) poziomu, jakim cechowała się trasa, to jednak fani mogli być w pełni zadowoleni. A trzydziestominutowy bis, którego poszczególne tytuły układały się napis THANK YOU, potwierdzał jak wyjątkowy stosunek ma do fanów zespół. Przy United we Stand łzy wzruszenia niejednemu zakręciły się w oczach....

I tak dochodzimy do końca tej opowieści. Nie jest to jednak absolutnie koniec historii Phisha. Wydaje się, że panowie są w pełni sił twórczych, a przede wszystkim czerpią niesamowitą radość i energię ze wspólnego grania, co podkreślają w niemalże każdym wywiadzie.  I choć letnia trasa 2016 roku nie została zbyt ciepło przyjęta przez fanów (zespół bardzo ograniczył improwizacje, czasami wydawał się wręcz niezdolny do rozwinięcia skrzydeł, co stanowiło niemiłą niespodziankę w stosunku do poprzedniego lata), czuć, że kwartet jeszcze nieraz nas zaskoczy. Bo przecież znane są przypadki, kiedy trasy przeciętne (1996 rok) zwiastowały duże, bardzo pozytywne zmiany (1997 rok). Tym bardziej, że kończące lato koncerty w Commerce City w Colorado okazały się nadspodziewanie udane i przywróciły wiarę nawet wątpiącym. Przed nami premiera nowej płyty, dwutygodniowa trasa jesienna, koncerty noworoczne i druga już wyprawa zespołu do Meksyku w styczniu 2017 roku. To naprawdę dobry moment, żeby zostać Phisheadem! Tym bardziej, że znów pojawiały się plotki o możliwej trasie po Europie...niemożliwe? Nie z Phishem!

Top 2009-2016
Tak jak wspomniałem powyżej, lata 2009-2011 można uznać za swego rodzaju rozgrzewkę, tudzież powolny powrót z krainy umarłych. Naprawdę warto skupić się na koncertach późniejszych, m.in 31.08.2012 (FUCK YOUR FACE), 31.07.2013 (Tahoe Tweezer), całej jesiennej trasie 2013, 13.06.2014 oraz przede wszystkim 2015 roku. 

Wszystkie koncerty Phisha, jakie tylko ludzkość zdołała zarchiwizować, dostępne są w formie "stream" na stronie phishtracks.com. Właściciele tabletów i smartfonów mogą pobrać darmową aplikację PhishOD, która pozwala na nielimitowany, darmowy odsłuch. Większość materiału to bootlegi nagrywane przez fanów, ale w zbiorze znajduje się kilkadziesiąt legalnych wersji "soundboard". Daje to wspaniałą możliwość do zapoznania się z twórczością i atmosferą koncertów zespołu. Nagrania wszystkich koncertów od 2002 roku oraz wcześniejsze archiwalia w jakości "soundboard" dostępne są odpłatnie na stronie livephish.com.

czwartek, 9 czerwca 2016

SBB - Hofors 1975 (2016) - recenzja

SBB to nasz najlepszy w historii "jam band", nie dziwi więc fakt, że przez rynek przewinęła się cała masa koncertówek, głównie (i bardzo dobrze) z lat 70. Wtedy to trio dowodzone przez Józefa Skrzeka było u szczytu możliwości, zarówno twórczych jak i wykonawczych. Energia i nieprawdopodobne zgranie zespołu powalają i dziś, mimo iż czasy takie, że kilkulatkowie na Youtubie zawstydzają weteranów swoimi umiejętnościami. Na szczęście nie wystarczy mieć sprawnych palców i chłonnego mózgu, aby tworzyć Muzykę. A to właśnie czyniło SBB w sposób mistrzowski. I to wielokroć na bieżąco, w formie improwizacji. 

Napisałem o tych koncertówkach w czasie przeszłym, gdyż niestety, jak to często bywa na polskiej ziemi, różne podmioty wydawały te płyty i gdy wydawca się "zwijał", to nakładu nikt nie dotłaczał. W związku z tym na przykład koncerty wydane przed laty przez firmę e-silesia już niestety niedostępne. Co więcej, pamiętam że zakończeniu serii towarzyszyły jakieś, dość mocne, niesnaski na linii zespół-wytwórnia. Kilka smaczków koncertowych wydał także KOCH i Metal Mind Productions i te są nadal do dostania, nawet poniewierają się w marketach "nie dla idiotów" (tu akurat to hasło jest jak najbardziej uzasadnione, widział ktoś idiotę słuchającego SBB?:)). Od jakiegoś czasu starymi koncertami SBB zajmuje się jednak bardzo prężnie działająca wytwórnia GAD. I zdaje się, że w tym wypadku współpraca z zespołem układa się po myśli obu stron, bowiem do rąk dostajemy kolejne wydawnictwo z serii "live" (o koncercie z Warszawy z 1980 r. pisałem w listopadzie)

Tym razem dostajemy koncert z 1975 roku. Szwedzkie tournee, które zespół zagrał wiosną tego roku, było tak intensywne i bogate w doświadczeniach, że sami muzycy nie pamiętają ile dokładnie koncertów i w jakich terminach zagrali. Ważne jednak, że ktoś (w tym wypadku realizator Anders Ordeson) te koncerty nagrywał. Kto wie, może więcej takich skarbów kryje się w jego zakurzonych archiwach? Nie wiadomo również, czy jest to całość występu czy jedynie fragment. Trzeba bowiem pamiętać, że zespół został wtedy zaproszony do Szwecji w roli supportu dla dwóch formacji: szwedzkiego Splash oraz angielskiego, folkrockowego Jack the Lad, jednak bardzo szybko nasi ulubieńcy zostali przesunięci przez managera trasy na miejsce należne "gwieździe wieczoru" - tak wielkie wrażenie zrobiło SBB na szwedzkiej publiczności. Na płycie otrzymujemy 40 minut materiału, bez żadnych bisów, należy więc domniemywać, że coś tam jeszcze zagrali. [EDIT: A jednak wydawca wyjaśnił na swojej stronie, że to wszystkie dźwięki, jakie zespół zagrał na tym koncercie - co wieczór mieli do dyspozycji właśnie ok 40-45 minut]

No właśnie, 40 minut materiału z małego hutniczego miasteczka Hofors. Nawiązując do przemysłowego charakteru miejscowości utwory nazwano "Works in Iron". A utworów jest sztuk...2. Ale podziału tego dokonano chyba tylko dla wygody posiadaczy wersji CD i potrzeb wydania winylowego, bowiem tak naprawdę jest to 40-to minutowa improwizacja. Tak, koncert jest w całości improwizowany! Fani tego wczesnego, niepoukładanego oblicza SBB będą zachwyceni. Dodatkowym smaczkiem jest fakt udostępnienia Skrzekowi organów Hammonda, nie będących na co dzień w instrumentarium zespołu. Mamy więc tutaj sytuację unikalną - wczesne SBB (jeszcze bez Mooga, ze znanym z "Jedynki" syntezatorem Davolisint) w wersji hammondowej. W dodatku lider ani razu nie sięga po gitarę basową, wszystkie niskie tony generując na syntezatorze.

Zaczyna się swoistą rozbiegówką. Uderzenia w klawisze Hammondów, hi-hat i stopa zestawu Piotrowskiego. Wyłania się rytm i powoli zanurzamy się w świat dźwięków tria. Jest trochę scenicznego "macania się", wokalne wejście Skrzeka raczej na zasadzie niepotrzebnego wtrętu, w międzyczasie pojawia się za to bardzo funkowy i "nieSBBowski" motyw syntezatora. Stopniowo łapiemy groove...na dobre odpala gdzieś tak w czwartek minucie. Znajoma gitara i Hammondy zaczynają  swój magiczny taniec; Piotrowski ultra precyzyjnie napędza tę maszynę i pokazuje po raz kolejny jak prześwietnego bębniarza mieliśmy w Polsce (i nie narzekał, że "bez basu to nie ma grania" - jak to mają w zwyczaju rozmaite, współczesne grajki). Dalej mamy już prawdziwą, progresywną jazdę. Na klawisze, gitarę i perkusję. Solówki przeplatają się z niesamowicie zagranymi i zgranymi partiami grupowymi. Przypominam: improwizowanymi. W dwunastej minucie następuje wyciszenie, uspokojenie i wchodzi wokal Skrzeka. Bardzo uduchowiony, chociaż słowa nie mają w tym fragmencie żadnego znaczenia. A po chwili wracamy do znajomego pulsu, tak charakterystycznego dla SBB. Ostatnie kilka minut pierwszej części to popis Antymosa Apostolisa na gitarze i bardzo emersonowska gra Józka na Hammondzie. Od tej strony go nie znałem...niesamowite! Łkająca gitara kończy Works in Iron I....

Część II zaczyna się płynnym przejściem z "jedynki" - kolejne uspokojenie, podrygujący w tle Hammond i syntezatorowy bas i znów miejsce dla głosu Skrzeka. Tym razem fragment bardziej bluesowy, ale znów pozbawiony większego literackiego sensu. Ale przecież wiemy, że to nie o tu tu chodzi, a Skrzek-wokalista znany jest z właśnie takich wokaliz. Przed powrotem do szybszego tempa jeszcze ekspresyjna solówka Lakisa i...Piotrowski przełamuje całość, wprowadzając szybki rytm, na którym pozostała dwójka zaczyna budować swoje, przeplatające się, solówki. A przed końcem utworu zdążymy jeszcze posłuchać piana Wulitzera, które pojawia się dosłownie na kilka sekund, ale wieńczy całość w sposób bardzo stylowy.

I to by było na tyle. 40 minut szalonej jazdy, przeplatanej spokojniejszymi fragmentami i kilkoma wokalizami. Muzyka SBB jest jednak bardzo plastyczna, pobudzająca wyobraźnie. Podczas odsłuchu co wrażliwsi słuchacze na pewno będą mogli "odlecieć" i to bez użycia substancji powszechnie zakazanych. Nie mogę płyty polecić "na pierwszy ogień", jako wstępu do znajomości z SBB - spotkanie może być dla nowicjuszy jednak zbyt intensywne. Ale dla kogoś, kto zna i lubi to trio - pozycja bardzo, bardzo polecana. Tak jak zresztą (prawie) każde archiwalne wydawnictwo SBB - bo to był zespół, który na żywo po prostu zachwycał.

P.S. Należy wspomnieć o jakości dźwięku. W końcu to nagrania sprzed 40-tu lat, znalezione gdzieś na strychu. Na szczęście wydawnictwo GAD jak zwykle zadbało o należyty remastering i całość brzmi bardzo dobrze - surowo, ale jednocześnie wyraziście, oddając ducha "tamtego" SBB.

...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00








wtorek, 22 grudnia 2015

Phish - najlepszy zespół jakiego w życiu nie słyszałeś - część 2.

Po dłuższej przerwie wracamy do analizy Phisha! Zatrzymaliśmy się na punkcie...


5. Niespodzianki - kwintesencja fenomenu tego zespołu i odpowiedź na pytanie "czemu jest tak "miodny?"". Zaczęło się od setlist, ich niepowtarzalności i zaskakiwaniu widzów co noc czymś innym. Niemal od początku stało się to znakiem firmowym Phisha. Nigdy nie było wiadomo co danego wieczoru zaprezentuje zespół, a w miarę dojrzewania kwartetu niespodzianek było coraz więcej. Swoistym znakiem firmowym stały się w latach 90. "muzyczne kostiumy", które zespół przywdziewał podczas koncertów odbywających się w ostatni dzień października, czyli Halloween. Zaczęło się w 1994 od zagrania całego Białego Albumu Beatlesów.  Potem była wyłoniona w głosowaniu fanów Quadrophenia The Who (łącznie z demolką instrumentów podczas bisu!) i Remain in light Talking Heads. W sumie w ramach koncertów "halloweenowych" Phish zagrał w całości 7 albumów innych wykonawców (z tym, że jeden z tych koncertów był inny niż wszystkie, o czym trochę później). Dwa ostatnie "kostiumy" (2013 i 2014 rok) to kolejny pomysły, na które mógł wpaść tylko TEN zespół. W 2013 nie było głosowania, zostały tylko przypuszczenia po czyją twórczość tym razem sięgnie kwartet. Typowano Genesis. Okazało się, że Phish scoveruje...samych siebie z przyszłości. A dokładniej nienagraną jeszcze płytę Fuego (pod roboczym tytułem Wingsuit). Tym samym premiera płyty nastąpiła jeszcze przed jej faktyczną rejestracją! Podobnego kalibru zaskoczenie przeżyli fani zgromadzeni 31 października 2014 w MGM Grand w Las Vegas. Zespół sięgnął bowiem po płytę wytwórni Disneya  z 1964 r, zawierającą efekty dźwiękowe i fragmenty narracji mające inspirować dzieci do samodzielnego tworzenia historyjek i opowieści. "Trochę starsze" dzieci z Vermont postanowiły zatem zabawić się po swojemu. Wokół 10  wybranych sampli z płyty Chilling, Thrilling Sounds of the Haunted House zbudowali przemyślane, organiczne jamujące kompozycje, nawiązujące klimatem do tytułów historyjek z wydawnictwa Disneya, nagrywając tak naprawdę drugą płytę w ciągu dwunastu miesięcy (większość tych kompozycji weszła do repertuaru trasy z 2015 roku). 

W listopadzie tego roku minęło 17 lat od największego "psikusa" jakiego dopuścił się Phish wobec swoich fanów. Jednocześnie jest to dla mnie przykład swego rodzaju geniuszu tego zespołu; czegoś, co nigdy, przez nikogo nie będzie powtórzone, z prostego powodu: braku wyobraźni i muzycznej odwagi.
2 listopada 1998, stan Utah. Dwa dni po wielkim koncercie halloweenowym w Las Vegas, na którym zespół zagrał w całości album Loaded Velvet Underground. Większość podróżujących za Phish fanów kieruje się bezpośrednio do Denver, gdzie kwartet ma grać 4 listopada. To Utah jest kompletnie nie po drodze. W efekcie sprzedaje się tylko ok 3200 biletów (w hali mieszczącej ok 10 tys widzów). Dla zespołu, który wyprzedaje kilkunastotysięczne areny jest to sytuacja niekomfortowa. Ale nie dla nich. Poinformowani o sytuacji z biletami decydują: zagramy to, na co czekali wszyscy.
Pierwszy set - standardowy (jeśli tak można powiedzieć o koncercie Phish). Drugi - jak zwykle bardziej improwizowany; jako piąty utwór pojawia się Harpua. W tamtym okresie wykonywana średnio raz w roku, mocno zappowska historia nastolatka Jimmiego,jego kota Postera Nutbaga oraz tytulowego buldoga, zawsze wiaże się z jakąś muzyczna ciekawostką, coverem wplatanym w środek narracji . Tym razem Jimmy łapie stopa z Las Vegas do Salt Lake City (no tak, stolica stanu Utah...). Zatrzymuje się ciężarówka, Jimmy wskakuje do szoferki, kierowca włącza radio....Znajome, wyryte na zawsze w korze mózgowej tykanie zegarów, dźwięki kasy, obłąkańcze krzyki...Breathe, breathe in the air/don't be afraid to care...Zebrani w E-center nie wierzą własnym uszom...czy to tylko jeden floydowski wtręt? Nie! Breathe płynnie przechodzi w On the run...kto tylko ma telefon komórkowy (przypominam, jest rok 1998 a nie 2015) dzwoni do przyjaciół, do znajomych - grają TO!
Legenda głosi, że przed próbą dźwięku zespół został poinformowany przez menagement o słabej sprzedaży biletów na koncert. Wtedy zdecydowali - gramy całe Dark Side of the Moon. Nie było tajemnicą, że album ten zawsze był typowany jako "halloweenowy kostium". Więc nagródźmy tych, którzy jednak się tu z nami pofatygowali....podobno zespół odsłuchał album raz przed próbą dźwięku i na niej przygotował się do występu. Potem jeszcze szybkie powtórzenie podczas przerwy w koncercie i ....ciężko w to uwierzyć, biorąc pod uwagę na przykład konieczność odtworzenia sampli i brzmień z płyty Floydów - musieli mieć to już wcześniej choćby pobieżnie ograne (przemawia za tym fakt, że wielu fanów oczekiwało, iż zespół prędzej czy później sięgnie po tę płytę). Tym niemniej wielki szacunek za inicjatywę i moment wykonania Dzieła. Większość komercyjnych artystów ogłasza takie inicjatywy z dużym wyprzedzeniem i robi z nich komercyjny produkt. Phish zrobił prezent dla garstki wytrwałych. Do dziś fani plują sobie w brodę: czemu ominąłem to cholerne Utah?

A przecież niespodzianek zespół popełnił w swojej historii wiele. Ot, choćby coroczne "gagi" podczas koncertów sylwestrowych. Ostatni wieczór 2013 roku, wypełnione po brzegi Madison Square Garden, podczas przerwy między pierwszym a drugim setem na telebimach areny rozpoczyna się film....Jon Fishman (bohater większości zabawnych scenek w historii Phish) znajduje na wysypisku ciężarówkę Taką samą, jaką Phish jeździli w latach 80. po Stanach. Na drzwiach logo JEMP. To nazwa wytwórni i akronim imion członków zespołu - Jon, Ernest, Mike, Page. Gdy remont dobiega końca, Jon siada za kółkiem i rusza w drogę. W pewnym monecie przysypia i nie zauważa nisko zawieszonego wiaduktu, który dosłownie urywa pół tylnej części ciężarówki i powoduje wypadnięcie na jezdnię części sprzętu muzycznego. Zadowolony Jon, nieświadomy wpadki, dociera do Madison Square Garden....w tym momencie filmik kończy się, a na płytę hali faktycznie wtacza się rzeczona ciężarówka z "urwaną" paką, na której ustawiony jest sprzęt zespołu w konfiguracji znanej z pierwszych lat działalności. Są nawet mikrofony przyklejone do do kijów hokejowych (nawiązanie do pierwszego koncertu Phish, na którym musieli jakoś poradzić sobie bez statywów mikrofonowych). Zespół wskakuje na tą skromną scenę i na tak obciętym "setupie" gra godzinny set nawiązujący do swoich początków. Piękny sposób na uczczenie trzydziestolecia!


6. Fani - być może składnik najważniejszy. Bo gdzieżby był ten zespół, gdyby nie najczystsze na świecie "world of mouth"? Pierwsi fani kwartetu (a w 1985 kwintetu) zarażali znajomych tym zjawiskiem, pozwalając zespołowi "wyfrunąć" poza Vermont. Gdy w 1989 roku klub Paradise w Bostonie nie chciał zorganizować koncertu zespołu (zapewne bojąc się słabej frekwencji), Phish po prostu go wynajął, co byłoby ruchem wręcz samobójczym dla innej grupy o podobnym statusie. Właśnie, dla innej. Akcja zorganizowana przez najwierniejszych miłośników (m.in dwa autobusy jadące z Vermont) spowodowała, że bilety rozeszły się na pniu i pozwoliły zespołowi na zdobycie kolejnego przyczółku.
To fani nagrywali i dzielili się bootlegami (które są kolejną z przyczyn popularności zespołu poza głównym nurtem), to oni w końcu tworzyli pierwsze fanziny, które w dobie Internetu zamieniły się w grupy dyskusyjne, fora i strony www. Największa, phish. net, oferuje m.in setlisty wszystkich oficjalnie uznanych odbyte koncertów Phish, łącznie z komentarzami, relacjami oraz tak zwanymi "jam charts" - czyli listami najlepszych jamów i wersji danego utworu Do strony przypisane jest bardzo aktywne forum, które w trakcie tras zespołu zmienia się w czat, na którym każdy koncert komentowany jest, niczym wydarzenie sportowe, na bieżąco. Forum jest także źródłem wszelakich ciekawostek dotyczących twórczości zespołu, a pamiętać należy że fani Phish to nie tacy zwykli fani. Bo jaki inny zespół może poszczycić się analizami muzykologicznymi własnych improwizacji czy ich transkrypcjami na fortepian solo?

Przy całej swojej antykomercyjności (brak radiowych hitów, videoklipów, plakatów w pismach dla nastolatek) Phish to jednak maszynka do zarabiania pieniędzy. Dlatego łatwo (choć drogo) być fanem - zespół na swojej stronie drygoods.phish.com oferuje setki gadżetów - począwszy od koszulek (czasami każdy przystanek trasy ma swoją oficjalną), boxów i vinyli, skończywszy na pidżamach w "pączkowe" wzroki wprost ze scenicznego stroju Fishmana i szalikach w jakich lubuje się w Mike. Wszystko jest na sprzedaż....począwszy od 2003 roku na stronie livephish.com można zakupić każdy koncert zespołu (i solowych projektów poszczególnych muzyków). Początkowo nagrania dostępne były w ciągu 48 godzin od zakończenia występu, obecnie po kilkudziesięciu minutach od ostatniego dźwięku możemy zakupić dany koncert w formacie mp3, flac lub CD. Oczywiście jest to nagranie w pełni zmiksowane, pochodzące z konsolety dźwiękowca,  a więc bez żadnych poprawek i dogrywek. Przy okazji pomysł ten zrewolucjonizował podejście do kwestii szybkiego zarządzania prawami autorskimi w całej branży muzycznej. Zespół, który często i chętnie sięga po cudze kompozycje (czy to w całości, czy w trakcie jamów), nagle zechciał wydawać swoje koncerty niemal natychmiast po ich zagraniu. Nikt wcześniej w historii fonografii tego nie praktykował. A przecież każdy zagrany utwór ma swojego właściciela (wydawcę - może być ich nawet kilku). W dodatku w 2003 roku kwestia praw i dystrybucji cyfrowej była jeszcze w powijakach. Ktoś jednak musiał przetrzeć ślady - dlatego teraz fani zespołów takich jak Metallica czy innych amerykańskich jam-bandów (u których obecnie taka praktyka to codzienność) mogą bez problemów nabyć wysokiej jakości zapis koncertu z poprzedniego wieczoru. Dodać należy, że za pomocą livephish.com prowadzone są transmisje video w jakość HD z wybranych koncertów kwartetu - tak zwany "couch tour".
Zespół ma pełną świadomość faktu, iż tak naprawdę żyje z "Phisheads" (phishowy odpowiednik zagorzałych fanów Grateful Dead -"Deadheads"). Na forum phish.net poczytać można o sumach jakie poszczególni forumowicze wydali w ciągu życia na aktywności związane z zespołem - sumy w wielu wypadkach sięgają dziesiątek tysięcy dolarów (bilety, przeloty, hotele, gadżety). Dlatego właściwie od samego początku istnienia muzycy prowadzą swoistą grę ze fanami - drocząc się z nimi i zaskakując, stymulują do ciągłego przywiązania do zespołu. Pomijając sam fakt, iż styl muzyczny zespołu i jego podejście do improwizacji jest wielce uzależniające, liczą się także takie gesty, jak ten z kończącego letnią trasę 2015 koncertu w Dick's Sporting Goods Park, gdzie w ramach trzydziestominutowego bisu pojawił się zestaw utworów, których pierwsze litery ułożyły się w sentencję "Thank you"; na sam finał zabrzmiało, poprzedzone przez Treya ciepłymi słowami skierowanymi do fanów, bardzo wymowne "United we stand" Brotherhood of Man.


Wiemy już, że Phish zaskakuje. Wiemy, że panowie umieją grać i są zgani jak mało kto. 
Jak więc to wszystko "ugryźć"? Mój subiektywny przewodnik po Phish (część I)!

Jak pisałem w części 1 przewodnika po Phish, na samym początku przygody z zespołem nie ma co sięgać poniżej 1993 roku. Raz, że właśnie w '93 panowie uzyskali naprawdę ciekawe brzmienie (na co wpływ miał zakup fortepianu oraz przerzucenie się Mike'a na bas Modulus), dwa że wcześniejsze nagrania koncertowe, nawet z konsolety, brzmią dość płasko (cóż, technologia). Powszechnie wśród fanów za pierwszą, w całości godną uwagi trasę uznaje się tę z sierpnia 1993 (co nie znaczy,że w wcześniej nie pojawiały się wspaniałości - po prostu nie w takim natężeniu). I rzeczywiście, słychać tu już dobrze naoliwioną maszynę, która nie tylko gra przećwiczone kawałki, ale potrafi też solidnie pojamować.  Pojawiają się ciekawe jamy w typie II (np David Bowie z 13.08, Split Open and Melt z 14.08, Stash z 16.08), piękne przejścia (drugi set z 14.08), a brzmienie jest naprawdę soczyste (a będzie jeszcze bardziej!). Dla miłośników gitary jest oddzielna kategoria radości: tak zwany Machine Gun Trey. Anastasio bowiem dojrzał i w 1993 był już naprawdę bardzo, bardzo sprawnym gitarzystą (a fakt, że nie znajdziecie go w żadnych europejskich rankingach gitarzystów, doskonale źle świadczy właśnie o tych rankingach). Precyzja i szybkość z jaką gra te wszystkie staccata i pasaże robi niesamowite wrażenie - posłuchajcie chociażby fragmentu Split Open and Melt z 16.08). Tego roku zespół zagrał ponad 100 koncertów, byl to też ostatni moment gdy mogli "żyć i oddychać" muzyką (niedługo potem tak zwane "życie rodzinne" upomniało się o swoje), nie dziwi więc, że dosłownie czuć ogień buchający z głośników.

1994 rok to przede wszystkim pierwszy "muzyczny kostium" - zagrany w Halloween "Biały Album" Beatlesów. Mówi się, że było to bardzo ważne dla zespołu doświadczenie i jako muzyk muszę przyznać, że taka dogłębna analiza czyjegoś dzieła muzycznego pozwala nam przedefiniować swój własny styl, na przykład kompozycji. W kwestii samego grania  - pojawiają cię coraz śmielsze jamy, pierwsze "trzydziestki" (trzydziestominutowe wersje utworów - choćby Tweezer z 2.11, David Bowie z 14.11, Simple z 16.11). Jesienna trasa cząsto wymieniana jest w rankingach tych najlepszych. Nie ulega wątpliwości, że to jest już Phish jaki w pełni lubie. Muzycy wyczuwają się praktycznie bezbłędnie. Nic dziwnego - tego roku zagrali razem 123 koncerty! Był to zarazem ostatni tak obfity koncertowo rok - w 1995 roku bylo ich już tylko 80. Zresztą te dwa lata to szczyt tak zwanego "psychodelicznego Phisha" - jednego z najbardziej intensywnych, gitarowych okresów w historii zespołu. Jego zwieńczeniem wydaje się słynny (jego płytowe wydanie uznane zostało przez miesięcznik  Rolling Stone jako jeden z 50 najlepszych albumów koncertowych w historii) koncert sylwestrowy 95/96 z nowojorskiego Madison Square Garden. Nie da się ukryć - to trzyipółgodzinna jazda bez trzymanki. Jest niesamowita energia, jest radość grania, jest wreszcie ponadprzeciętna precyzja wykonania. Absolutny szczyt tego, czym może być - szeroko pojęta - muzyka rockowa. 

I faktycznie, było to zwieńczenie pewnej epoki. Przypomnieć bowiem należy, że kilka miesięcy wcześniej, w sierpniu 1995 umiera Jerry Garcia, a tym samym żywot swój (przynajmniej w oficjalnej wersji - bo pozostali muzycy stworzą przez lata kilka jego odłamów) kończy legenda, ikona i symbol Ameryki - Grateful Dead. Zespół, który stworzył gatunek zwany jam rockiem, który nawet w latach 80. 90. (czyli w dekadach niezbyt przyjaznych hippisowskiemu graniu) na swoje koncerty przyciągał setki tysięcy fanów. Smierć Garcii zostawia te setki tysięcy dusz w zawieszeniu. Życie sporej części z "Deadheads" ustawione jest bowiem pod zespół.  Zespół rusza w trasę - oni za nim. Wszystko inne zostaje gdzieś w tyle. Cudowna spuścizna lat 60., wolności, kontrkultury, zaklęta w tym jednym, ostatnim takim zespole, który przemieszczając się po Stanach niejako "ciągnął" za sobą "Mały Woodstock". Ci ludzie muszą się gdzieś podziać. Za kimś iść. Phish, przynajmniej dla części (tych, którzy kochają Muzykę, a niekoniecznie przesłanie ideologiczne) staje się godnym substytutem. Dlatego w ciągu kilku miesięcy popularność zespołu gwałtownie zwyżkuje, co ma swoje przełożenie na sprzedaż biletów oraz hale, w jakich odbywają się koncerty. Phish przestaje być zespołem hal uniwersyteckich, a staje kilkunasto czy nawet kilkudziesięciotysięcznych aren. Ma to także wpływ na muzykę, ponieważ inaczej improwizuje się w klubie czy małej sali, a inaczej na wielkiej scenie, gdzie nawet kontakt między muzykami jest zaburzony.

Dlatego 1996 rok w historii Phisha zwany jest rokiem przejściowym....

ciąg dalszy - według jednych będzie coraz ciekawiej, według innych nastąpi powolny upadek zespołu - wkrótce! A także - teraz już naprawdę w formie listy! - to, do czego warto zajrzeć na początek.





poniedziałek, 9 listopada 2015

SBB - "Warszawa 1980" (2015)

W piątek całkiem przypadkowo trafiłem na koncert Apostolis Anthimos Trio w Służewskim Domu
Kultury. Nazwa miejsca może mylić, bo okazuje się, że to bardzo nowoczesne i cieszące oko miejsce; zupełne przeciwieństwo "domów kultury" jakie ma w pamięci moje pokolenie. Koncert okazał się intensywny, muzycznie bardzo ciekawy (w takim składzie fusion nie może być NIEciekawe: oprócz lidera na scenie pojawili się Krzysztof Dziedzic na perkusji i Robert Szewczuga na basie), ale też nieprzyzwoicie krótki - ledwie godzina z małym hakiem i zero bisów! Co prawda bilet kosztował 20 zł (!) i upoważnia dodatkowo do wstępu na jeden z koncertów jazzowych organizowanych w studiu S1, czyli "wskaźnik zwrot inwestycji" korzystny, ale... taki jakiś niesmak pozostaje. No bo czy brak bisów to kaprys artysty, bo - jako publiczność - nie zasłużyliśmy (a było nas dość sporo i reakcje na muzykę przejawialiśmy w moim mniemaniu prawidłowe), czy tak było w planie, bo za dwie dychy należy się godzina i finito? Muzyki tego typu ciężko słuchać w dużych ilościach, ale te chociaż piętnaście minut nikomu by nie zaszkodziło.
Lekko zniesmaczony (bom nie przywykł do takich sytuacji) wyszedłem do szatni, gdzie zgodnie z zapowiedzią prowadzącego można było nabyć płyty. Wyboru zbyt dużego nie było, ale trafiło się także coś SBB. I to w bardzo korzystnej cenie. "Główny" artysta stanął przy stoliku z markerem, więc od razu pomyślałem o tym, czego robić za bardzo nie lubię, czyli o zdobyciu podpisu i fotce. Nie lubię, bo zazwyczaj trzeba stać w kolejce, tłuszcza napiera, każdy oczywiście czegoś od podpisującego chce, dzieli się jakimiś nic nie wnoszącymi przemyśleniami, a miejsce i czas zabiera; niektórzy przynoszą po 10 płyt, w tym 5 winylowych, każą to wszystko podpisywać (dla syna, dla córki, dla wujka co w szpitalu), w efekcie powstaje taki taśmociąg,a z moją niechęcią do tłumów ściśle skondensowanych typu kolejki po prostu mi się odechciewa. Szczególnie, że ja to bym wolał z artystą na spokojnie porozmawiać o konkretach, a nie o tym, że słucham go od 1939.

Tym niemniej warunki tym razem były dość korzystne i bez niedogodności można było uścisnąć dłoń ulubionemu Grekowi. A w samochodzie pierwsza płyta do odtwarzacza i....

Jezu, ależ to dobre....my naprawdę mieliśmy zespół na poziomie światowym, a wręcz ten poziom prześcigający. Kto tak grał w 1980 roku? Koncert odbył się warszawskiej Sali Kongresowej, więc "siedzący", a przez znaczną część groovi aż chce się skakać. Jak zgromadzeni mogli wysiedzieć w tych czerwonych fotelach?
 Zaczyna się Borelem Ravela z taśmy, płynnie przechodzącym w grane już przez zespół Moja ziemio wyśniona. Formą nie różniącą się zbytnio od wersji nagranej na LP Memento z banalnym tryptykiem, ale znacznie zyskujące na dynamice, także dzięki publiczności krzyczącej "Józek, Józek!" tuż przed wejściem partii wokalnej. Zaraz potem dostajemy jednak już w dużej mierze Hung Under, przygotowane podobno na kolejny krążek zespołu, który jak wiemy jednak się nie ukazał (zamiast tego kompozycja trafiła na solowy album Skrzeka, Józefina) W pierwszej części rozmarzone, nieco floydowskie granie, potem zespół łapie wiatr i wchodzi w przyjemny, bardzo taneczny groove. Przenikające się nawzajem partie gitar i klawiszy, zmiany rytmu, zabawa dynamiką - od tego miejsca na płycie zaczynają się właśnie takie zabiegi, trwające do końca pierwszej płyty. Nie ma tu miejsca na konkretne, znane utwory. Zamiast tego dostajemy kolejne części improwizacji podpisane Movements I-IV oraz Spectrum. Wszystkim źle nastawionym do tego terminu od razu wyjaśniam, że jest to improwizacja na najwyższym poziomie (wyżej jest tylko Phish:) - muzycy wyczuwają się doskonale, łapią i przetrzymują ciekawe tematy, wokół których osnuwają swoje muzyczne opowieści. Rock progresywny miesza się tu z jazz-rockiem i bluesem. A nam uśmiech nie schodzi z twarzy  - co za granie!

Drugą płytę rozpoczyna spory wyjątek z suity Going Away, miedzy innymi kultowe w niektórych kręgach Freedom with us, za ktorym osobiście nie przepadam, bo trochę to rozwlekłe...ale zaraz potem wchodzi 3rd reanimation i znów łapiemy ten charakterystyczny dla SBB groove. Z kolei Żywiec (Mountain Melody) to już solowy popis skrzekowego moogowania i dowód na to, że Józek należy do ściślej czołówki specjalistów od tego instrumentu. A po suicie wracają do improwizacji - Away, Away i Heavy Equipment to kolejna dawka odlotów. Kolejne 25 minut szukania, burzenia i budowania. Na koniec części zasadniczej dostajemy jeszcze wyjątek z Wizji, a jako bonus fragment z próby dźwięku, która może wiele nie wnosi, ale pokazuje, że zespół miał naprawdę dobry dzień.

SBB w składzie ze Sławkiem Piwowarem nie grali może długo, ledwie kilka miesięcy, ale ten album udowadnia jak duży potencjał tkwił w tym kwartecie. Zmianie uległo brzmienie zespołu, dwie gitary wzięły na siebie ciężar prowadzenia improwizacji, wchodzenia w dialogi, klawisze Skrzeka są tu na drugim planie, zresztą lider częściej niż pod koniec lat 70. sięga po gitarę basową. To akurat dla mnie, jako miłośnika Skrzeka - klawiszowca, niezbyt radosne rozwiązanie, ale muszę przyznać, że akurat w tym wypadku owo przemeblowanie brzmienia aż tak nie razi. Całość zagrana jest z wielką finezją, zupełnie nie słychać że to już nowa dekada puka do drzwi. Wielka szkoda, że w listopadzie (koncert jest z kwietnia) było już po wszystkim, a drogi muzyków rozeszły się na wiele lat. A tak naprawdę już chyba na zawsze, bo SBB nigdy nie powróciło do poziomu reprezentowanego na tej płycie. Czy zeszłoroczny powrót Piotrowskiego to zmieni? Czekamy na premierowy materiał.