Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2016

Pendragon - Teatr Śląski, Katowice, 18.05.2016

Pendragon i Polska są od ponad dwudziestu nierozerwalnie złączeni. Statystki pokazują, że od maja 1994 do maja 2016 zespół zagrał u nas 35 koncertów i nagrał 5 oficjalnych DVD....oczywiście kwestia kontraktu z Metal Mind Productions może mieć tu ogromne znaczenie, ale w końcu nikt nikogo pod karabinem nie trzyma. A polska publika kocha Pendragon, mimo że to muzyka całkowicie niemodna i, z punktu widzenia współczesnego, odbiorcy zupełnie zbyteczna. Taki relikt, odprysk lat 80., kiedy to próbowano wskrzesić ducha Pink Floyd, Genesis, Camel i ogólnie pojętej muzyki dla trochę bardziej wrażliwych dusz. Z tamtych czasów "dużym zespołem" pozostał jedynie Marillion, ale przecież w kompletnie odmiennym stroju, niż w początkach działalności. Pozostali, jak choćby IQ, Twelfth Night czy Galahad, funkcjonują w dużo bardziej ograniczonym zakresie. Pendragon wybija się z tego towarzystwa - regularnie nagrywa płyty, koncertuje, mimo że skala tych działań oczywiście jest odpowiednio mała. Tak jak sala, w której osiemnastego maja br. zagrali swój 36. polski koncert i nagrali kolejny materiał filmowy.

W Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego znalazłem się po raz pierwszy, chociaż koncerty progresywne odbywały się tam regularnie. To przez wiele lat była swoista mekka progresywnych zespołów ze stajni MMP, a także lokalizacja, w której zazwyczaj nagrywało się DVD firmowane znakiem tej firmy. Teraz, po kilkuletniej przerwie, wrócono do tej lokalizacji, a powrót uświetnił właśnie Pendragon, obchodzący właśnie 20-lecie wydania klasycznego w ich dyskografii albumu The Masquerade Overture. W udziale przypadło mi miejsce na II balkonie, toteż ciężko mi obiektywnie stwierdzić czy teatr ten to idealne miejsce na koncert rockowy - z tej perspektywy perkusja (a szczególnie blachy) nie brzmiała najlepiej - niczym w taniej sali prób,  a wokal Nicka Barretta po prostu niknął w bardziej intensywnych momentach. 

Zespół wszedł na scenę około 21:20, a finalnie opuścił ją dziesięć minut przed północą. Czekało nas zatem bite 2,5 godziny neo proga w wydaniu ojców chrzestnych tego gatunku. Setlista na pewno zadowolić mogła fanów pendragonowych klasyków - lwią część występu zespół wypełnił prezentacją całej The Masquerade Overture (wraz z kompozycjami z dodatkowego CD) oraz evergreenami Nostradamus (Stargazer) i Breaking the spell do kompletu. Resztę setu wypełniły nagrania nowsze - z ostatniej płyty poleciały Beatiful Soul oraz Come Home Jack, z Passion wybrano This Green And Pleasant Land. Całość zamknął bis w postaci Indigo.

Jak zwykle pada pytanie: czy panowie dali radę? Dali, bo po pierwsze na neo-progu zjedli zęby, a dwa że jednak trochę świeżej krwi w żyły zespołu wpompowali. Przede wszystkim debiut na polskiej ziemi zaliczył nowy perkusista - Jan-Vincent Velazco. Zmiany na stanowisku pałkera w tym zespole to niemal chleb powszechni, więc przywiązywać się może nie należy, ale Jan wywarł tego wieczoru naprawdę pozytywne wrażenie. Popisał się krótkim, acz treściwym solo, a przede wszystkim świetnie odnalazł się w, nie grzeszących przecież wybitnym feelingiem, utworach Pendragon, dodając im coś od siebie - właśnie odrobinę świeżości i szaleństwa (ale trochę innego, niż swego czasu - równie świetny - Scott Higham). Drugą niespodzianką personalną wieczoru był dwuosobowy, żeński chórek, który dodawał nie tylko kolorytu, ale bardzo wspomagał Barretta w wyższych rejestrach. Jedną ze śpiewających pań była znana z Magenty Christina Booth, co tylko dodawało smaczku całości. Stara gwardia w postaci szefującego Nicka Baretta, Cliva Nolana i Petera Gee bez zastrzeżeń (oprócz wspomnianych już problemów z wyższymi rejestrami w wokalu Nicka, ale to całkowicie naturalne - przecież nie młodnieje)

Zespół tej klasy i zajmujący się takim stylem muzycznym (i programowo raczej nie odchodzący na koncertach od wersji studyjnych) nie gra złych ani średnich koncertów. Wszystko tak naprawdę zależy od setlisty. W tym roku otrzymaliśmy w dużej mierze spełnienie marzeń fanów lubiących twórczość Pendragon z lat 90. - klimaty bardziej bajeczne i "wrażliwcowe" niż w przypadku produkcji powstałych w XXI wieku. Te posiadają jednak wiele mielizn artystycznych i gdy tylko zespół dotrze do którejś z nich, napięcie towarzyszące słuchaniu spada....Na szczęście nie trwa to długo, bo przecież wiele w muzyce Brytyjczyków momentów pięknych i czarownych. I właśnie podczas nich myślami odlatywałem w najdalsze rejony zadumy  - znak, że pastelowe barwy Pendragon nadal na mnie działają.

Nadal mam w głowie treść ogłoszenia organizatorów tegorocznych Ursynalii - dzień wcześniej zapowiedzieli oni występ zespołu disco polo Akcent na festiwalu, który podczas poprzednich edycji gościł m.in Slayera, Motorhead czy Nightwish, a w nazwie ma przecież zobowiązujące "Warsaw Student". Duma rozpiera wpis na festiwalowym fanpage'u, a ja, podczas jednej z tych cudnej urody, tak charakterystycznych, solówek Baretta, pomyślałem: Boże! Jak można choć ułamek sekundy życia zmarnować na disco polo, skoro na tym świecie istnieje takie Breaking The Spell? Gdyby tak jeszcze zagrali Am I Really Loosing You.....

Dziękuję Pawłowi za zaproszenie:)

Zdjęcia: Rafał Klęk






...............................................................
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00

środa, 30 marca 2016

Royal Hunt - 29.03.2016, Warszawa, Progresja Music Zone

Royal Hunt nie jest w naszym kraju, ani nawet poza nim, potęgą. Istniejący od 1989 zespół wydał już 13 studyjnych i 5 koncertowych albumów, ale znany jest jedynie miłośnikom tak zwanego "melodic neoclassical rock/metal". Czyli duszyczkom zagubionym w przeszłości, w której melodia w utworze rockowym była podstawą, zespoły nie bały się odrobiny (a czasem nawet i sporej dawki) patosu, refreny były nośne, wokalne górki nie były obciachem, a instrumentaliści byli równie ważni co wokaliści (i uwielbiani proporcjonalnie do powierzchni pokazanej klaty). Te czasy dawno mięły a miejsce gitarzystów o adonisowych rysach zajęli pulchni okularnicy z okresową depresją, ale istnieją jeszcze przyczółki starego świata. Garstka wybrańców mogła podziwiać taką żywą skamielinę w poświąteczny wieczór w Progresji.

No właśnie - frekwencja na koncercie Royal Hunt była ŻAŁOSNA. Napisać, że klub świecił pustkami, to nie napisać nic. Muzycy co prawda robili dobrą minę do złej gry i byli bardzo przekonujący w podziękowaniach dla tych, którym chciało się ruszyć "cztery litery" z domu (co podkreślone zostało - ponoć ponadprogramowo- podwójnym bisem), ale mimo to czułem pewien niesmak i wstyd za polską publiczność. Tym bardziej, że wstęp na koncert kosztował, w przedsprzedaży, 69 zł. Myślę, że w krajach, przez które przebiega tegoroczna trasa Royal Hunt - Skandynawii, Rosji, nie mówiąc już o Japonii - nie jest tak źle. Niestety, w Polsce "wyrobieni" słuchacze wolą dać 300 zł na rozwodnionego Stinga czy schyłkowego Gillana, niż zadać sobie trud poznania muzyki samemu, bez pomocy MiniMaxu czy redaktora Kyrdrrrryńskiego. Gdyby jednak przeskoczyli samych siebie, trafiliby na naprawdę fajny koncert.
 Przede wszystkim D.C. Cooper (a jednak wokalista...) - z niemałym zdziwieniem odkryłem po fakcie, że facet ma 50 lat. Sposób i siła, z jaką śpiewa, dosłownie powalały. Górki, doły, średnice - z głosem robił co chciał. I to, zdawało się, zupełnie bez wysiłku. Przez godzinę i czterdzieści minut śpiewał absolutnie bezbłędnie. A do tego dochodziła jeszcze naprawdę zabawna i nienachalna konferansjerka - ze względu na "tłumy" pod sceną sztuka jeszcze trudniejsza. I naprawdę aktorski luz sceniczny (ale w końcu to Amerykanin...). Po tym też idzie poznać profesjonalistę. Nawet jak gra dla niewielu, robi to z klasą. Oj, szanowni fani muzyki rockowej - dla samych doznań płynących zza głównego mikrofonu warto było stawić się w Progresji!
 Przed koncertem uszy ostrzyłem sobie na André Andersena, założyciela zespołu i jednego z najbardziej utytułowanych klawiszowców prog-metal-światka. Bardziej niż solowe popisy liczy się jednak w muzyce Royal Hunt zespołowość, toteż nie uświadczyliśmy oddzielnych popisów instrumentalistów. Oczywiście były solówki "wewnątrzutworowe" i klasycyzujące unisona, ale nie dominowały one nad całością. W przypadku tego koncertu nie miałem jednak przesytu części wokalnych. Oprócz niezaprzeczalnych walorów wokalnych Coopera niemałą przyjemność sprawiały same melodie kawałków. Nawet będąc względnym laikiem w temacie dyskografii zespołu, już po pierwszym refrenie można z powodzeniem śpiewać na całe gardło takie One Minute Left to Live, Message to God czy zagrane na sam koniec A Life to Die For. Ci obeznani w dyskografii Duńczyków z pewnością jednym tchem wymienią wydawnictwa do których sięgneli muzycy, ja z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że  promocji ostatniego albumu, Devil's Dozen, otrzymaliśmy mini przegląd przez całą twórczość zespołu. I tylko szkoda, że to być może ostatni raz - po takiej frekwencyjnej klapie Royal Hunt może do nas po prostu nie wrócić. Oby jednak wrócili, bo w temacie dobrego, rockowego koncertu bez zbędnych fajerwerków, są naprawdę mistrzami.


-----------------------------------------------------------
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00
Fanpage audycji na Facebooku

Zdjęcia: Rafał Klęk
                                          D.C. Cooper i autor ;)






niedziela, 6 grudnia 2015

Nocny Kochanek/Night Mistress - Proxima, Warszawa, 4.12.2015

Właściwie nie powinno się pisać recenzji dokonań znajomych. Jak pochwalisz, to wiadomo - prywata. Zjechać - głupio, zaraz będzie kwas. Ale akurat piątkowy (4.12.2015) koncert Nocnego Kochanka to materiał w sam raz na notkę. Chociaż bardziej to impresja niż relacja.

Zainteresowani wiedzą, że Nocny Kochanek to odprysk "poważnego" Night Mistress. Klasyczny, maidenowo-judasowy heavy metal, ale zamiast:

I have been chosen
I can read between the lines of the scrolls
You’re gonna die by the hand of my God
I have been chosen so I can hear the inaudible calls
You’re gonna die by the hand of my God
The hand of my God  

(Night Mistess, Hand of God, 2014)
mamy:

Gdy porwałeś ją
I odeszłeś stąd
Zostało jedno pytanie
Schowam swoją stal
I nabrzmiały pal
Gdy tylko odpowiedź dostanę

Andżeju, jak ci na imię?
Andżeju, ło o o

(Nocny Kochanek, Andżeju, 2015)

Mój serdeczny kolega użył wobec twórczości NK określenia "rubaszne granie".  I coś w tym jest.  Nie da się ukryć, że pomyśl wywodzi się ze środowiska Z.K. Skurcz, a konkretnie Bartosza Walaszka, czyli połowy duetu Bracia Figo Fagot. Tak,  chodzi o to prześmiewcze disco polo, które faktycznie ZABAWNE było w piosence "Bożenka", a potem stało się przerażającym tworem, który obnażył prawdziwe potrzeby polskiej, aspirującej młodzieży, współczesnych psedo-studentów płatnych uczelni Wywożenia Gnoju, zapijających się do zarzygania na otrzęsinach i Juwenaliach w rytm łudząco podobny do znanego z przebojów, które celebrowali na cosobotnich dyskotekach w swoich rodzinnych wioskach gdzieś na Podlasiu. Co więcej, przy okazji dokonała się swoista fuzja światów, czego efektem jest nierzadki widok osobników powszechnie przypisywanych do subkultury "metalowej" (długie włosy, czarne koszulki "z zespołami") radośnie podrygujących do wiejskich bitów w wypełnionych po brzegi klubach. Przecież gdyby obnażyć te dźwięki (bo przecież nie "muzykę") z warstwy lirycznej, otrzymalibyśmy stuprocentowe, wysokooktanowe disco polo! Można posłuchać dla tak zwanych jaj raz, drugi na "jutubie" , ale iść, skakać, wszem i wobec mówić o wyrafinowanym pastiszu i jeszcze za to płacić? Przegięcie.

Małe wyjaśnienie:
nie zrozumcie mnie źle, teksty Braci Figo Fagot, podane w charakterystyczny, celowo "spedalony" sposób, bywają śmieszne i faktycznie życiowe (zależy jakie kto ma życie), ale dla mnie wszelakie promowanie disco polo, czy to dla jaj, czy serio, to zbrodnia na narodzie polskim, bo żadne inne dźwięki nie odbijają się w podobnie negatywny sposób na pracy mózgu. Oczywiście ABSOLUTNIE (to chcę podkreślić) nie czepiam się tego, że panowie Walaszek i Połać w ten sposób zarabiają naprawdę konkretne pieniądze. Znam realia rynku i kto wie, może sam kiedyś z nich skorzystam (a co - w końcu nie wszyscy mogą zostać gwiazdami TVNu).

Tym niemniej pomysł na rubaszne, zdystansowane disco polo chwycił i tak oto docieramy do pomysłu na Nocnego Kochanka. Na co dzień gramy heavy metal, więc uczyńmy go rubasznym i zdystansowanym, oczywiście nazywając "hewi metalem (pany!)". W końcu granie supportów przed Figo Fagot i ogólna sztama z Walaszkiem tylko głupiego by nie zainspirowały. Tym bardziej, że ten jegomość w wywiadach lubi być równie prześmiewczy jak na scenie, ale założę się, że z grania które go naprawdę kręci nie wykarmiłby kozy po rękawowej resekcji żołądka. Może podobnie pomyśleli panowie z Night Mistress? Zespół istnieje od 2009 roku, wydał dwie płyty, koncertuje, ma kontrakt - ale raczej jest to (póki co) działalność charytatywna. Bardziej zgaduję, niż wiem, bo wywiadu (też póki co;)) mi nie udzielili. 

Jednak już po ilości wyświetleń klipów na Youtube widać, że Nocny Kochanek to całkiem niezły pomysł. Dowiodła tego też frekwencja w Proximie. Co prawda był to połączony koncert 3 zespołów, ale po ilości koszulek z dumnym napisem "Hewi metal pany" stwierdzić można było, że większość widzów przybyła tam właśnie na Kochanka.  Nie ma się co dziwić, bo zespoły "przed" były poważne, a od 21:50 mieliśmy do czynienia z jajcarstwem. To, plus piątek ("piątunio") wieczór plus podpita publiczność gwarantuje dobrą zabawę. I taki też był ten koncert. Półtorej godziny czystej rozrywki przy rubasznych tekstach i klasycznym heavy metalu. Kulminacją był wakacyjny hicior, zatytułowany - a jakże by inaczej - Wakacyjny, z wokalnym (a przede wszystkim wizualnym) udziałem znanego z teledysku, lokalnego celebryty, Zdana. Facet o wyglądzie krasnoluda z Władcy Pierścieni (a po zdjęciu koszulki niezbyt urodziwej kobiety w zaawansowanej ciąży - Zdan, ale to z sympatii:))  - oczywiście dysponujący wrodzonym dystansem do siebie -  zebrał solidne oklaski i wrócił także na już klasycznie metalowy drugi bis w postaci Ace of Spades Motorhead (w ramach pierwszego bisu zespół przypomniał równie kultowy i poważny Fear of the dark). W trakcie koncertu zespół zaprezentował repertuar z wydanego we wrześniu krążka "Hewi Metal" oraz wspomniane covery plus, zdaje się, dwa utwory z repertuaru "właściwego" Night Mistress. Tu przyznam się do ignorancji, na którą pozwala tylko własny blog - przed koncertem znałem tylko wszechobecnego Andżeja i kultowy w niektórych kręgach Minerał Fiutta. Tym bardziej docenić należy talent zespołu, bo większość kawałków bawiła nawet bez uprzedniego ich poznania. Oczywiście na uprzywilejowanej pozycji byli fani, którzy znają te utwory na pamięć. W końcu móc na pełen głos zaśpiewać z Krzyśkiem Sokołowskim
Wybiła piąta, nie zatrzymasz mnie
Właśnie piątunio rozpoczyna się
Do poniedziałku nie będzie mnie
Właśnie piątunio rozpoczyna się, oł je!

 w piątkowy wieczór w Proximie to kwintesencja żywota co poniektórych, a szczególnie pewnej uroczej inaczej, damsko-męskiej, grupki ulokowanej w okolicach stanowiska dźwiękowca - pozdrawiam serdecznie i dziękuję z niemiłosierne fałszowanie i darcie ryja pomiędzy utworami! 

Wspomniana na wstępie niezręczność polega na tym, że nie da się o występie NK napisać źle, ale jednocześnie znam część składu prywatnie i zawodowo, więc prywata może być mi zarzucona. Ale....gdyby Kazon nie umiał grać na gitarze, to bym z nim nie zrobił już czterech Memoriałów Jona Lorda (przy okazji tego wieczoru pokazał swój talent wokalny w Ace of spades). A gdyby Krzysiek coś nie tak miał z wokalem, to nie upierałbym się, żeby w październiku tego roku na tej samej scenie śpiewał Speed Kinga (oraz Highway Star). Jeśli już o wokalu mowa, to frontman Kochanka/Mistress faktycznie jest jednym z najlepszych heavy-metalowych głosów w tym kraju. Tak dobrym, że inna kapela, z którą przez chwilę był związany, od wielu miesięcy nie może znaleźć jego następcy. 
Z drugiej jednak strony wątpliwości może budzić tekstowa powłoka tej odsłony zespołu. To już kwestia gustu. Płyta "Hewi metal" określana przez prasę i portale muzyczne jest jako dowód trzymania przez Night Mistress dystansu do siebie oraz posiadania przez muzyków specyficznego poczucia humoru. Nie wątpię, że tego typu humor musi płynąć w ich żyłach. Inaczej nie byliby tak autentyczni w tym, co robią. Na ile jednak jest to potrzeba artystyczna, a na ile przemyślana strategia? Sami muzycy twierdzą, że pomyśl narodził się niejako przy okazji działań Night Mistress i po prostu korzystają z szansy, jaką sami sobie dali -  są pierwszym "jajcarsko heavy-metalowym" zespołem w kraju. W końcu target beztroskiej twórczości,  chociaż muzycznie opartej na metalu, ale tekstowo będącej bliżej podwórka, jest o wiele szerszy, niż publiczność stricte metalowa. Mimo iż pozycja Night Mistess jest już względnie ugruntowana w metalowym światku, to śmiem zaryzykować twierdzenie, że to właśnie koncerty ich zdystansowanego alter ego przyciągają więcej słuchaczy. Imponuje już sama ilość odtworzeń klipów na Youtube - widać, że sprawa stała się mocno, żeby użyć języka marketingu,"wirusowa". Takie czasy - jak śpiewa James LaBrie w najnowszej piosence Dream Theater: "people just don't have time for music anymore". Lud chce igrzysk i nieskomplikowanej rozrywki, co potwierdzają coraz to smutniejsze badania dotyczące obcowania społeczeństwa z kulturą. Idealnie wpisali się w te potrzeby Bracia Figo Fagot, wpisuje się - choć ambitniej - Nocny Kochanek. Czy to kierunek właściwy? O tym możecie wypowiedzieć się w komentarzach:). Ja spędziłem miły wieczór, spotkałem kilku znajomych i po prostu dobrze się bawiłem przy tej muzyce. Mimo, że heavy metalu nie słucham na co dzień, to brzmienie NK miło połechtało zakurzone wspomnienia z rozdziewiczania uszu przez Iron Maiden. A teksty - no nie da się przynajmniej nie uśmiechnąć pod nosem.

Kilka zdjęć z koncertu autorstwa Magdy Gac















środa, 18 listopada 2015

Warren Haynes - Ashes and dust tour (w ramach Bluesonaliów) - 13.11.2015, CKIS Oskard, Konin

Pięknych czasów dożyliśmy. O 18:00 wyjeżdżamy autostradą (jeszcze darmową) z Warszawy, o 20:00 meldujemy się w Koninie, jemy pizze, a o 21:30 w Centrum Kultury i Sportu, sali na naprawdę europejskim poziomie,  rozpoczyna się koncert Warrena Haynesa, jednego z najważniejszych przedstawicieli szeroko pojętej światowej sceny bluesowej XXI wieku. Jeszcze parę lat temu taki luksus (może oprócz jedzenia pizzy) byłby nie do pomyślenia.
Warren tym razem przyjechał do nas promować płytę "Ashes and dust". Bardzo osobistą, "rootsową", nietypową nawet jak na niego (a przecież to artysta o wielu twarzach). Wiele osób kręciło nosem, bo płyta jest dość stonowana, daleka od jam-bandowego i bluesowego grania z jakim powszechnie (taaak, na pewno przez ogół społeczeństwa) kojarzony jest Haynes. Przyznam, że na koncert postanowiłem wybrać się dość spontanicznie - cierpiąc na niedosyt amerykańskiego grania pewnie poszedł bym nawet na "solo show" gitarzysty, choć tych normalnie nie trawię. Płytę poznałem we fragmentach już później i na koncert czekałem z pewnym niepokojem. Czy aby na pewno nie będzie to przynudzanie?

Już pierwszy utwór rozwiał te wątpliwości, a kolejne wręcz wprawiły w niemałe osłupienie. Laik mógłby zakrzyknąć: country na sterydach?! Na scenie zadomowił się bowiem dość osobliwy kolektyw - oprócz ubranego jak zwykle w jeansy i koszulę lidera oraz niepozornego (ale tylko na pierwszy rzut oka) Jeffa Sipe za perkusją, reszta składu wyglądała jak wyciągnięta z jakiejś speluny na południu Stanów Zjednoczonych- charakterystyczne, farmerskie koszule i spodnie, kapelusz grającego na banjo Mata Menefee czy skrzypek Ross Holmes wyglądający w czarnym garniturze i okularach niczym lekko obłąkany pastor małego miasteczka, wyjęty wprost z kartek powieści Stephena Kinga (tych, w których pastorowie z małych miasteczek zawsze skrywają jakieś mroczne sekrety) - widok w środku Polski dość niecodzienny.

Są tacy, którzy na koncert nie dotarli właśnie z powodu wspomnianej płyty. Ale jest czego żałować - lwią część repertuaru występu stanowiły klasyki Allman Brothers Band, Gov't Mule oraz takie smakołyki jak One more cup of coffee Boba Dylana, Madman across the water Eltona Johna czy Skin it back Little Feat. Piosenek z Ashes and dust bylo pięć. Ale to nie miało znaczenia, bo każdy z tych numerów zabrzmiał na żywo przecudnie. Duża w tym zasługa wymienionych powyżej panów z Chessboxer (był jeszcze bardzo fajnie grooviący basista, Royal Masat) - amerykańskiej grupy specjalizującej się w bluegrass i tzw "americanie", towarzyszącej Warrenowi na tej trasie. Dosłownie każdy numer doprawiony był czymś ekstra. Sceniczny luz, tak charakterystyczny dla amerykańskiego, jamowego grania, powiał i ze sceny w Koninie. Czy to wydłużone solówki skrzypiec (doskonały, bardzo precyzyjny Holmes), czy rozkręcająca się aż do klasycznego "peaka" improwizacja na elektrycznym banjo, czy w końcu smakowite, jakże rozpoznawalne i oczekiwane solówki gitarowe lidera - wszystko składało się na spójną, dość nietypową, ale elektryzującą całość. Publiczność, dość szczelnie wypełniająca nie skąpiła oklasków nie tylko pomiędzy numerami, lecz także nagradzając solowe partie każdego z muzyków. Już od pierwszego numeru widać było, że muzykom gra się tego wieczoru doskonale, co potwierdzili wychodząc na drugi, nieplanowany bis. Po allmanowskiej Jessice, która wieńczyła "papierową" setlistę, po dwóch i pół godzinie od rozpoczęcia koncertu zespół, wywołany gromkimi brawami nieustępującej publiczności, po raz ostatni sięgnął tam, gdzie znajdowały się myśli większości zebranych tego wieczoru w konińskim Oskardzie - na południe Stanów Zjednoczonych, wyciągając z kapelusza prawdziwą perłę i hymn, Soulshine (połączone z tradycyjnym Angel Band). To był już piąty tego wieczoru ukłon w stronę The Allman Brothers Band - wcześniej zabrzmiały rozimprowizowane Instrumental Illness, Dusk till dawn, Blue Sky i wspomniana Jessica. Całości dopełniała bardzo wyważona, lecz podążająca za muzyką oprawa wizualna - muzycy podczas solówek  podświetlani byli punktowo, natomiast umiejscowiony z tyłu, ogromny ekran służył do okazjonalnych, psychodelicznych zabaw światłami.

I tylko jedno zmąciło piękno tego listopadowego wieczoru w Koninie. Przerażające wieści z Paryża dotarły do nas w momencie, gdy wychodząc z sali włączyliśmy telefony. 
I wtedy naszła mnie taka, może niezbyt poprawna politycznie, myśl (ale w świetle wszystkich tych wydarzeń poprawność niech umiera): czy i nas czekają w przyszłości podobne sceny i czy będzie miało to związek z "obowiązkowymi kwotami uchodźców"?
O odpowiedzi proszę w komentarzach. 

Dziękuję Bartkowi i Rychowi za zaproszenie:)
Koncert odbył się w ramach Bluesonaliów 2015

Zdjęcia (z telefonu, ale są:) - Krystian Kwaśny.