środa, 30 marca 2016

Royal Hunt - 29.03.2016, Warszawa, Progresja Music Zone

Royal Hunt nie jest w naszym kraju, ani nawet poza nim, potęgą. Istniejący od 1989 zespół wydał już 13 studyjnych i 5 koncertowych albumów, ale znany jest jedynie miłośnikom tak zwanego "melodic neoclassical rock/metal". Czyli duszyczkom zagubionym w przeszłości, w której melodia w utworze rockowym była podstawą, zespoły nie bały się odrobiny (a czasem nawet i sporej dawki) patosu, refreny były nośne, wokalne górki nie były obciachem, a instrumentaliści byli równie ważni co wokaliści (i uwielbiani proporcjonalnie do powierzchni pokazanej klaty). Te czasy dawno mięły a miejsce gitarzystów o adonisowych rysach zajęli pulchni okularnicy z okresową depresją, ale istnieją jeszcze przyczółki starego świata. Garstka wybrańców mogła podziwiać taką żywą skamielinę w poświąteczny wieczór w Progresji.

No właśnie - frekwencja na koncercie Royal Hunt była ŻAŁOSNA. Napisać, że klub świecił pustkami, to nie napisać nic. Muzycy co prawda robili dobrą minę do złej gry i byli bardzo przekonujący w podziękowaniach dla tych, którym chciało się ruszyć "cztery litery" z domu (co podkreślone zostało - ponoć ponadprogramowo- podwójnym bisem), ale mimo to czułem pewien niesmak i wstyd za polską publiczność. Tym bardziej, że wstęp na koncert kosztował, w przedsprzedaży, 69 zł. Myślę, że w krajach, przez które przebiega tegoroczna trasa Royal Hunt - Skandynawii, Rosji, nie mówiąc już o Japonii - nie jest tak źle. Niestety, w Polsce "wyrobieni" słuchacze wolą dać 300 zł na rozwodnionego Stinga czy schyłkowego Gillana, niż zadać sobie trud poznania muzyki samemu, bez pomocy MiniMaxu czy redaktora Kyrdrrrryńskiego. Gdyby jednak przeskoczyli samych siebie, trafiliby na naprawdę fajny koncert.
 Przede wszystkim D.C. Cooper (a jednak wokalista...) - z niemałym zdziwieniem odkryłem po fakcie, że facet ma 50 lat. Sposób i siła, z jaką śpiewa, dosłownie powalały. Górki, doły, średnice - z głosem robił co chciał. I to, zdawało się, zupełnie bez wysiłku. Przez godzinę i czterdzieści minut śpiewał absolutnie bezbłędnie. A do tego dochodziła jeszcze naprawdę zabawna i nienachalna konferansjerka - ze względu na "tłumy" pod sceną sztuka jeszcze trudniejsza. I naprawdę aktorski luz sceniczny (ale w końcu to Amerykanin...). Po tym też idzie poznać profesjonalistę. Nawet jak gra dla niewielu, robi to z klasą. Oj, szanowni fani muzyki rockowej - dla samych doznań płynących zza głównego mikrofonu warto było stawić się w Progresji!
 Przed koncertem uszy ostrzyłem sobie na André Andersena, założyciela zespołu i jednego z najbardziej utytułowanych klawiszowców prog-metal-światka. Bardziej niż solowe popisy liczy się jednak w muzyce Royal Hunt zespołowość, toteż nie uświadczyliśmy oddzielnych popisów instrumentalistów. Oczywiście były solówki "wewnątrzutworowe" i klasycyzujące unisona, ale nie dominowały one nad całością. W przypadku tego koncertu nie miałem jednak przesytu części wokalnych. Oprócz niezaprzeczalnych walorów wokalnych Coopera niemałą przyjemność sprawiały same melodie kawałków. Nawet będąc względnym laikiem w temacie dyskografii zespołu, już po pierwszym refrenie można z powodzeniem śpiewać na całe gardło takie One Minute Left to Live, Message to God czy zagrane na sam koniec A Life to Die For. Ci obeznani w dyskografii Duńczyków z pewnością jednym tchem wymienią wydawnictwa do których sięgneli muzycy, ja z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że  promocji ostatniego albumu, Devil's Dozen, otrzymaliśmy mini przegląd przez całą twórczość zespołu. I tylko szkoda, że to być może ostatni raz - po takiej frekwencyjnej klapie Royal Hunt może do nas po prostu nie wrócić. Oby jednak wrócili, bo w temacie dobrego, rockowego koncertu bez zbędnych fajerwerków, są naprawdę mistrzami.


-----------------------------------------------------------
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00
Fanpage audycji na Facebooku

Zdjęcia: Rafał Klęk
                                          D.C. Cooper i autor ;)






niedziela, 21 lutego 2016

The Winery Dogs - 20.02.2016, Progresja, Warszawa

Czasami jest tak, że na dany film idzie się dla danego aktora. Bo lubi się jego grę, urodę czy sposób bycia. Cała reszta (fabuła) jest dla nas dodatkiem i oczywiście lepiej, gdy jest ciekawa, ale raczej skupiamy się na wybranej postaci lub postaciach - a dobry aktor potrafi uratować nawet słabo napisaną rolę.

Trochę w ten sposób podszedłem do koncertu The Winery Dogs - wybrałem się tam głownie dla gry Mike'a Portnoya. Nic nie poradzę - słowo "uwielbiam" to może za dużo, ale określenie "bardzo lubię" jego grę będzie już odpowiednie. Perkusista kontrowersyjny, przez pewne środowiska wręcz wzgardzany, ale szczerze powiedziawszy chyba przez środowiska o stępionym słuchu muzycznym. Najlepszy dowód to Mike M, jego następca w Dream Theater - muzyk może (jeszcze) lepszy technicznie, ale w moich oczach obniżający wartość zespołu. Mike P. ma to "coś", co jest wartością samą w sobie. Artyzm, charyzma, oczywiście połączone z "szołmeństwem" i duża dawką popisówki scenicznej, ale w samej grze urzekają mnie uniwersalnością i brzmieniem. Ale dość tłumaczenia - niedawno kilka słów o wartościach dodanych Mike'a napisałem przy okazji recenzji The Astonishing Dream Theater.

Od momentu odejścia z macierzystego zespołu Portnoy ostro pracuje, a kolejne projekty w gwiazdorskiej obsadzie powstają jak grzyby po deszczu. The Winery Dogs to idealny tego przykład. Trzy nazwiska, które ściągnęły w sobotni wieczór komplet widzów do warszawskiej Progresji. A wśród publiczności wiele znajomych twarzy, w tym takie, które nieczęsto widuje się na koncertach. Mignęło mi też sporo zawodowych muzyków. I myślę, że to jednak w dużej mierze muzycy różnej maści zasilili tym razem pojemny parkiet klubu. I każdy z nich miał na tym koncercie swojego "aktora", dla którego przyszedł.

Zespół zaczął punktualnie od 20:50 i przez równo półtorej godziny stawiał głównie na zadziwianie widzów sprawnością techniczną muzyków. Z tym że chodzi raczej o popisy w ramach konkretnych utworów, efektowne ich zagranie, a nie epatowanie partiami solowymi. Te oczywiście też były, ale nie zdominowały setu. Największe wrażenie pod tym kątem robiła część zagospodarowana przez Billy'ego Sheehana. Solo na zasadzie "byle szybciej i gęściej", ale absolutnie nie można skłamać, że nie robiło to wrażenie. Billy ma 62 lata, ale nadal brzmi i gra na poziomie niedostępnym dla wielu. Równie mało skromny był Portnoy, znany ze swojego błaznowania podczas gry. Ależ tego luzu brakuje obecnie w Dream Theater! W The Winery Dogs Mike także pełni rolę nieformalnego lidera - dyryguje publicznością, co chwilę podrzuca pałeczki (które raz łapie, a raz nie), gra na stojąco, podczas The Other Side podąża śladami Mariana Lichtmana, a na końcu (w sposób kontrolowany, ale jednak!) rzucił nawet stołkiem nad perkusją. Widać było, że reakcja polskiej publiczności dała mu porządnego, energetycznego kopa. Faktycznie, wypełniona niemal po brzegi Progresja i las klaszczących dłoni mógł robić wrażenie. Podkreślić należy, że zespół zagrał wyłącznie autorski materiał z dwóch dotychczasowych krążków, a reakcje publiczności sprawiały wrażenie jakby grane były utwory co najmniej klasyczne w swoim gatunku. Zauważalnie ucieszyło to muzyków. Najbardziej wyważony w reakcjach był Ritchie Kotzen, chociaż nie można powiedzieć że się lenił. Pokazał naprawdę znakomite możliwości wokalne i rzecz jasna gitarowe. W dwóch numerach usiadł to piana Wurlitzera, ukazując, jak to określił Portnoy, swoją słodszą stronę w balladowych Fire i Regret. 

To był porządny, rockowy strzał. Mocne, dynamiczne granie z bardzo potrzebnymi atrakcjami, które urozmaicają dość monotonny muzycznie materiał The Winery Dogs. Indywidualne popisy i numery z pianem dały temu koncertowi to, czego nie miał podobny w formule koncert California Breed z listopada 2014. Rock jeszcze nie umarł:)

Dziękuję Jarkowi za możliwość spotkania artystów na backstage:)



P.S. Koncert The Winery Dogs okazał się ostatnim, jaki zobaczył i usłyszał w życiu Piotr Grudziński z Riverside. R.I.P.

wtorek, 16 lutego 2016

Steve Rothery Band - 15.02.2016, Progresja, Warszawa

Tak to już jest, że gdy jesteś lub byłeś członkiem Bardzo Ważnego Zespołu, to na solowych koncertach musisz coś z repertuaru tego zespołu zagrać. Wieść o takim zamiarze podbija z automatu sprzedaż biletów, a jest i artystyczną okazją do przypomnienia czasami od dawna nie granych przez Bardzo Ważny Zespół utworów. W końcu masowo robią to "tribute bandy", więc jak najbardziej logicznym jest, że człowiek, który tworzył te dźwięki lata temu, ma do nich jeszcze większe prawo.

Fish w zeszłym roku odwiedził Polskę z "Misplaced Childhood" dwa razy (łącznie dając 5 występów) , za każdym razem zbierając mieszane opinie. Bo wiadomo - Fish to Fish, klasyk progresu lat 80 i artycha pełną gębą. Ale głos nie ten i pewne (poważne) uchybienia w wykonaniach były słyszalne. No i ponoć gitara nie ta...(na żadnym z tych koncertów nie byłem, woląc zostawić w pamięci cudownie magiczny koncert artysty z października 2006, kiedy "Misplaced...." również było prezentowane - z okazji 20-to lecia wydania albumu)

Więc przyjechała TA gitara w postaci Steve'a Rotherego. Z tego co wiem frekwencja na listopadowym koncercie Fisha w tym samym klubie była większa. No cóż, przywilej wokalisty. Punktualnie o 20:00 zaczęła się pierwsza część wieczoru. Steve ze swoim zespołem zaprezentował 5 kompozycji ze swojej pierwszej (!!) solowej płyty z 2014 roku, The Ghost Of Pripyat. Nawet nieznającym tematu (czyli na przykład mnie) ta porcja nie zrobiła krzywdy. Niby granie wyłącznie instrumentalne jest na koncertach rockowych "nie aż tak atrakcyjne" niż wokalno-instrumentalne, ale nie od parady Steve R. jest przecież uznawany za jednego z głównych melodyków gitary. A więc nie puste popisy, a melodie i klimat unosiły się pod dachem Progresji. Nawet nie znając materiału można było zamknąć oczy i odpłynąć. Zresztą patrzeć nie było za bardzo na co - zerowa scenografia i lekko grubawy facet zmagający się z gitarą na środku sceny....oczywiście dla fanów Marillion ten widok był w stu procentach tym, co chcieli oglądać. Steve okazał się bardzo sympatycznym konferansjerem, z humorem zapowiadającym kolejne utwory i wdającym się w dialogi z publicznością. Już na tym etapie okazało się też, że koncert nagłośniony będzie bardzo przyzwoicie - realizator sprawiedliwie traktował wszystkie instrumenty i nie było sytuacji, że gitara nachalnie przykrywa klawisze, co niestety zdarza się na koncertach dość często. 

Jakkolwiek sympatyczna nie byłaby pierwsza część koncertu, większość zebranych w Progresji czekała na danie główne. Po krótkiej przerwie zespół, wsparty przez wokalistę o swojsko brzmiącym nazwisku Jakubski, wrócił na scenę i przy gorącym aplauzie publiczności rozpoczął misterium pod tytułem "Misplaced Childhood". To chyba ostatni w historii album koncepcyjny, który jako tako zakotwiczył w umysłach szerszej niż fani danego zespołu świadomości. Płyta szczególnie ważna dla Fisha, bo przecież w warstwie tekstowej zawierająca wątki autobiograficzne. I ma to śpiewać kto inny? A jednak! Steve poszedł modną ścieżką (zainicjowaną w latach 90. przez Judas Priest, obraną też przez Yes) i szukając wokalisty, który ma wcielać się w rolę dawnego kolegi, sięgnął do tribute-bandu swojego macierzystego zespołu. W tym wypadku był to strzał w dziesiątkę, bowiem od pierwszych linijek Pseudo Silk Kimono czuć było w wokalu Jakubskiego tę fishową nutę, pozbawioną jednak skaz naniesionych na oryginał przez papierosy, alkohol i wiek. Martin wywiązał się ze swojego zadania na piątkę, a momentami - pokazując pełnię możliwości wokalnych - na szóstkę. Oczywiście brak mu tej scenicznej charyzmy, która wzniosła Fisha na ołtarze, ale nie można mieć wszystkiego. Zresztą obecność Rotherego wynagradzała te niedostatki. Suita została zagrana "jak Pan Bóg przykazał". Bez większych wtop, z jedną przerwą na podstrojenie gitary. Z wydatnym udziałem publiczności, zarówno wokalnym jak i klaskanym (jak głośno skomentował to jeden ze stojących przy barze: "klaskać to trzeba umieć!"). Momentami miało się wrażenie podróży do lat 80. - materiał nie zestarzał się ani trochę, mimo oczywistych znaków tamtych czasów (brzmienia klawiszy).

Czy wybrzmienie ostatnich taktów White Feather oznaczało koniec koncertu? Okazało się, że czeka nas jeszcze bite 45 minut przygody ze starszą i młodszą historią Marillion. Jeśli uznać to za bis, to sporo się przeciągnął i chyba każdy obecny na widowni musiał być usatysfakcjonowany. Pojawiło się kilka klasyków - Fugazi (z obowiązkowym wykrzyczeniem przez publiczność ostatniego słowa), Sugar Mice, Incubus (zapowiedziany przez Martina jako kawałek zawierający jego ulubione solo Steve'a). Pojawił się też rarytasik - strona B singla Assassing, Cinderella Search. Największą jednak niespodzianką było zagrane na sam koniec, chyba faktycznie jako ekstra bis i prezent dla polskiej publiczności, najmłodsze w zestawie Afraid Of Sunlight. Steve zapowiedział, że zbyt dobrze tego nie na próbie nie ograli i może być trochę "chwiejnie", ale myślę że zespół podołał wyzwaniu całkiem sprawnie. Niestety, twórczość Marillion ery Hogartha to dla mnie jedna wielka plama z przebłyskami typu Neverland czy This Is The 21st Century, więc nie jestem w stanie ocenić tego wykonania z pełnym przekonaniem. Jednakże mina znajomego fana(tyka) Marillion, którego spotkałem zaraz po zapaleniu górnych świateł, mówiła sama za siebie. To był bardzo udany wieczór.

Jeszcze jedna miła rzecz, jaka ma miejsce przy tego typu klubowych koncertach członków Bardzo Ważnych Zespołów - artyści po kilkunastu minutach wmieszali się w pozostałą placu boju publiczność i cierpliwie rozdawali autografy oraz pozowali do zdjęć.

Autor, Rafał N. oraz Steve Rothery

Dziękuję Pawłowi za zaproszenie na koncert!


piątek, 29 stycznia 2016

Dream Theater - The Astonishing (2016)

Gdy we wrześniu 2010 Mike Portnoy opuścił Dream Theater, wielu spodziewało się końca zespołu. Ojciec Założyciel, spiritus movens, mózg całego przedsięwzięcia, zostawił swoją muzyczną rodzinę i ruszył odzyskiwać nadwątlone ostatnimi laty siły psychiczne. Zespół jednak pozbierał się po tej stracie bardzo szybko, a internetowe relacje z przesłuchań potencjalnych następców Portnoya posłużyły jako materiał marketingowy. Po jakimś czasie skruszony Mike P. próbował (ponoć) nawet wrócić, ale na stołku perkusisty zasiadał już dumnie inny Mike, a reszta Dream Theater, z lekkim uśmieszkiem, odrzuciła ofertę. Również ponoć -przez prawnika. Na prywatny kontakt z uciekinierem nikt bowiem nie miał już ochoty.

O artystycznej wartości dwóch kolejnych albumów zespołu (The Dramatic Turn Of Events z 2011 i Dream Theater z 2013) napisano wiele. Pamiętam, że ta pierwsza jeszcze mnie ruszyła i pomijając kartoflane partie perkusji (skomponowane przez Johna Petrucciego, a "odegrane" przez Mike'a Manginiego) jawiła się jako dobrze przemyślana, momentami wręcz świetna, prog-metalowa petarda. Nic nowego, wręcz wtórnie, ale smakowicie. Z drugą było już gorzej, bo raz że w 2013 prog-metal jakoś specjalnie już mnie nie kręcił, a dwa - kompozycyjnie Teatr Marzeń co najmniej do poziomu Teatrzyku. Niby coś tam grało, ale tylko pojedyncze momenty powodowały mocniejsze bicie serca. Przyznam od razu, że dla mnie Mike Portnoy to jeden ze współczesnych Artystów przez duże "A" i jego brak w zespole stał się bardzo odczuwalny. Koncerty nie porywały jak kiedyś (bo w Dreamach przez 25 lat lider siedział/stał za bębnami, a teraz właściwie został tylko frontman w postaci Jamesa LaBrie), a poczynania zespołu totalnie straciły na "jajeczności". Nie zapominajmy, że przecież to Mike P. był inicjatorem grania na wybranych koncertach całych albumów innych wykonawców i wydawania ich jako "offical bootlegs", to on prowadził całą komunikację z fanami poprzez media społecznościowe. On zajmował się przygotowaniem, wydawaniem archiwalnych (seria YTSE) i bieżących koncertów (reżyserowanie, edycja DVD) zespołu i wieloma innymi sprawami dotyczącymi kwestii artystycznych i biznesowych. Zespół stracił fundament, który nie mógł usiedzieć na miejscu i był po prostu (pozytywnym) pracoholikiem. W zamian za to zyskał spokój i strefę komfortu, która może służyła samym muzykom, ale na pewno nie fanom (dość przypomnieć próby przejęcia roli "twarzy zespołu" przez Petrucciego - szybko okazało się, że jego profil na Facebooku nie zainteresuje nikogo prócz fascynatów gitarowego wymiatania).

Na domiar złego panowie jako kolejny cel artystyczny obrali sobie rock operę w formie podwójnego albumu. Pomysł pompatyczny do bólu i narażający zarówno artystów jak i fanów na drwiący rechot Ann Gacek tego świata. Do tego fabuła traktująca o totalitarnym świecie przyszłości, w którym muzykę tworzyć mogę jedynie maszyny, osiem głównych postaci, tolkienowska mapa świata dodawana do albumu, ponad 130 minut muzyki, dwa akty, 34 utwory....może zakręcić się w głowie.

Kompozytorzy całości, John Petrucci i Jordan Rudess, podeszli do sprawy dość dojrzale. Przede wszystkim zapewniają słuchaczowi dużą różnorodność muzycznych doznań. Kawałki są - jak na ten zespół - bardzo krótkie. Część z nich to drobiazgi, odpowiednio podkreślające emocje, dające właściwy podkład pod scenę. Od razu należy powiedzieć: w momentach typowo "drimtiaterowych" nie ma tu nic nowego. Ot, słuchamy kolejnych wariacji na tematy dawno już przez ten kolektyw ograne, a jeśli przypomnimy sobie, że szczyt możliwości twórczych DT przypadał na lata 90. XX w i sam początek XXI, to możemy bez odpalania płyt przewidzieć, że zachwytu nie będzie. Myślę jednak, że w obecnej formie kompozytorskiej zespół nie mógł stworzyć niczego lepszego. Natomiast gdy odrzucić sentyment do DT jako zespołu który towarzyszył mi właściwie całe "świadome muzycznie" życie, jest to album wtórny i oklepany do bólu. Emocjonalne partie wokalne "Serka" w balladowych momentach (choć trzeba przyznać, ze wokalista nie forsuje tu głosu nad wyraz i nie straszy nieudanymi górkami), słodkie partie pianina Rudessa (sporo go tu, ale kompletnie bez jaj), schematyczne solówki Petrucciego i drewinanie (czemu, ah czemu??) bębnienie Manginiego. Słysząc jego grę nawet weterani jazzu zatęsknią za wyklętym w niektórych (bydgoskich;) kręgach Portnoyem! Jest jeszcze orkiestra praska i chór - tu nie ma zastrzeżeń, bo grają to co trzeba i gdzie trzeba, miejscami dając kawałkom bardzo wiele (Hymn of a Thousand Voices). Oczywście odpowiednio ugładza to brzmienie, ale coś za coś. Ciekawostka: za aranżacje chóru i orkiestry odpowiedzialny jest ojciec Becka, David Campbell.

Gdyby tak skrócić ten album do kilkudziesięciu minut.... Wyróżnia się otwierająca całość uwertura Dystopian Overture - niby nic nowego, a jakże przyjemnie wprowadza klimat rock opery. I TAK, podoba mi się to nawiązanie do klawiszowej solówki Endless Sacrifice. The Answer - akustyczna miniaturka, której temat pojawia się w trakcie historii kilkukrotnie - to ładna piosenka z ciekawą partią wokalną, przywołująca dalekie echa Six Degrees of Inner Turbulence. Lord Nafaryus - znów ciekawa, teatralna partia wokalna w refrenie i fragment w rytmie...tango. Podobnie nietypowo jest w świetnym Three Days - tu z kolei mamy fragment "kabaretowy". Jest obowiązkowa dawka patetyczności z wojskowymi wtrętami- Brother, can you hear me?. Są typowo Dreamowe zagrywki  - na przykład Ravenskill, który brzmi jak końcówka którejś z dłuższych suit zespołu (podniosły śpiew, orkiestra stopniująca napięcie, potem nagłe uspokojenie). Paru utworów po prostu miło się słucha: Gift Of Music, Our New World, Moment of Betrayal, A New Beginning, The Path That Divides...Są w końcu też intrygujące, elektroniczne przerywniki (tzw. "NOMAC tracks").

Ale to "miło"  to chyba właśnie największa wada The Astonishing - przez większą część odsłuchu jest po prostu przyjemnie i nie poza tym. Brak większych emocji, wzruszeń. Mając świadomość jak sprawni technicznie są muzycy, można mieć również wrażenie, że płyta została "odwalona".  Po prostu mają założone cykle płyta-trasa, tego się trzymają, i przyszedł akurat czas na płytę. A dla takich magików skomponowanie tematu muzycznego i jego aranżacja to nie jest jakiś wielki wyczyn. Może to, co postulował Portnoy - kilka lat przerwy - wyszłoby zespołowi na dobre? Nadal lubię ich słuchać, bo to kawał historii mojego muzycznego życia i zawsze będę się spierał z pozbawionymi wrażliwości niedzielnymi słuchaczami o wartość muzyczną takiego Scenes from a memory czy suity Octavarium. The Astonishing to jednak nie jest album, którym można zaczarować kogokolwiek oprócz naprawdę zatwardziałych fanów zespołu. Osoby nieobeznane z wcześniejszymi dokonaniami Dreamów mogą, wedle uznania, albo uschnąć z nudów, albo pośmiać się z pojawiających się obficie elementach zwyczajnie kiczowatych. Cieszy jednak poszerzenie palety barw (lżejsze brzmienie, będące bardziej w klimacie okresu Scenes....czy Octavarium niż ostatnich dokonań). Może gdyby zaprosić gościnnych wokalistów, którzy wcieliliby się w osoby dramatu (wszystkie partie - męskie, kobiece, dziecięce wykonuje sam LaBrie...), zrobiłoby się ciekawiej? Ale wtedy nie uniknęlibyśmy już w ogóle porównań do rock-oper Arjena Lucassena, co już ostatecznie pogrążyłoby album zespołu....Sprawne rzemiosło, jako całość stawiam o punkt wyżej niż poprzednie wydawnictwo (wyjąwszy te najpiękniejsze fragmenty suity Illumination Theory). Daleki jestem od całkowitego zjechania zespołu za ten album (choć to nie jest już "mój" zespół), ale coś czuję, że polscy recenzenci (szczególnie internetowi) nie zostawią na nim suchej nitki.



-----------------------------------------------------------
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00
Fanpage audycji na Facebooku







wtorek, 19 stycznia 2016

David Bowie - Blackstar (2016)

Muzyczny świat jeszcze dobrze nie zdążył pożegnać Lemmy'ego, a padół łez opuściła równie wielka, choć odmienna, postać. David Bowie to jeden z symboli. Mówisz Bowie, wiesz że będzie to dobre. Obojętne CO to będzie. Przy okazji jeden z artystów przez duże A. Takich bez kompromisu, całe życie robiący swoje. 69 lat i rak...czy nasz organizmy tylko tyle są w stanie pociągnąć przy artystycznym trybie życia? No bo Lemmy - 70 lat, rak. David - 69 lat,rak. Alan Rickman - 69 lat, rak. Glenn Frey - 67 lat, tu akurat komplikacje po przebytej operacji oraz inne problemy zdrowotne- to przypadki tylko tych ostatnich dni. Na szczęście Keith Richards już dobrze po siedemdziesiątce i pewnie zaopiekuje się Ziemią po naszym odejściu.

Bowie pożegnał się płytą trudną, ale skrojoną idealnie. Tak jak garnitur, w którym pozuje na jednym z ostatnich zdjęć, wykonanym 2 dni (!!) przed śmiercią. Uśmiechnięty, tryskający energią, gentleman z klasą. A jednak o tym, że jego czas nadchodzi, wiedział od dawna. I od wielu miesięcy przygotowywał to pożegnanie, zapewne ścigając się z czasem. Powstała płyta trudna w odbiorze, bodaj najtrudniejsza w karierze Bowiego. Oczywiście, o ironio, została też jego pierwszym w karierze numerem jeden na liście Billboard 200. Śmierć potrafi zdziałać cuda, szczególnie po śmierci.

Fanem Bowiego jestem żadnym, ale na Blackstar załapałem się jeszcze przed jego śmiercią, więc może nie do końca wpisuję się w nurt "owczego pędu". Pierwszy bowiem był "singiel" tytułowy. Prawie dziesięciominutowa kompozycja, która zaintrygowała mnie pod koniec zeszłego roku. Główna harmonia i melodia to istny kosmos. Podany na tle połamanego beatu totalnie wykręcony tekst, w którym po prostu nie sposób znaleźć (ziemskiego) sensu, a zaraz potem jazzowo-orientalne solo na saksofonie, przypominające nieco dokonania grupy Gong z drugiej połowy lat 70. W połowie mamy część piosenkową, z "refrenem" I'm a blackstar, i'm not a gangstar. A na koniec repryzę motywu przewodniego na dużo prostszym beacie, dzięki czemu całość brzmi jeszcze bardziej przejmująco.

Drugi na płycie Tis a Pity She Was a Whore przyciąga emocjonalnym śpiewem Bowiego i jazzowymi szaleństwami na prostym beacie. Dość wulgarny, ale mocno energetyczny numer. Drugi singiel, Lazarus, kojarzy mi się mocno z twórczością Rogera Watersa. Podobny, "płaczliwy" sposób śpiewania i melodia jakby żywcem wyjęta z Amused to Death. Tylko zamiast gitary Jeffa Becka mamy tu szalejący saksofon Donny'ego McCaslina.
Jedynym bardziej intymnym numerem na płycie jest Dollar Days, który brzmieniowo stanowi jakby powrót do czasów Ziggy'ego Stardusta. Chociaż i tu pojawia się jazzujący, ale jednocześnie także mocno rockowy saksofon.

Nad całą płytą unosi się duch zakamuflowanego pożegnania. Czuć to przede wszystkim w tekstach, w których sprytnie zawarto próbę rozliczenia  przeszłością. Najbardziej widoczne jest to w I can't give everything: Saying no but meaning yes / This is all I ever meant / That's the message that I sent / I can't give everything away. Są też fragmenty, które już po śmierci artysty możemy odczytywać jednoznacznie (powtarzane I'm trying to, I'm dying to w Dollar Days). 

Nie jest to jednak typowe pożegnanie. Bowie chyba nie chciał, by płyta, którą ludzie będą słuchali zaraz po jego śmierci, była smutna. Zamiast tego zaproponował muzyczną ilustrację podróży do innego wymiaru i stanu. Tak, jak wielokrotnie zmieniał swój artystyczny obraz podczas trwającej kilka dekad kariery, tak teraz po prostu pomachał nam na "do widzenia" i zniknął. Pozostawił wielowymiarowy portret artysty u schyłku ziemskiego życia.








czwartek, 14 stycznia 2016

Muzyczne Noce w eterze

Miło mi poinformować, iż blog "Muzyczne Noce" będzie miał swój odpowiednik na antenie radiowej:)

Puryści może będą kręcić nosem, bo to radio internetowe, ale kto by się spodziewał, że skromny, niepozorny autor dostanie swój "mówiony" kącik?

"Muzycznych nocy" będzie można posłuchać w każdą niedzielę ok 21:00. Przez dwie godziny będę prezentował swoje inspiracje, odkrycia,a z czasem na pewno ciekawych gości.

http://radiopraga.pl/

niedziela, 10 stycznia 2016

Flower Power - WOŚP 2016, Warszawa - próba - fotogaleria

 Drodzy czytelnicy!

Wrzucam kilka fotek wykonanych podczas próby dźwięku do mini koncertu projektu "Flower Power", który odbędzie się już dziś na warszawskim placu Defilad. Koncert szczególny, bo zamykający działalność złotego składu Rusowicz Band. Zespół najprawdopodobniej NIE wystąpi już w tym składzie, a dla naprawdę wielu osób - co wiem z prywatnych rozmów i publicznych wypowiedzi - koncertowo był TYM najciekawszym.  Wyjątkowo powstrzymam się od subiektywnych komentarzy. 

Powyższe informacje nie oznaczają mojego odejścia z zespołu artystki. O kolejnych wspólnych koncertach będę informował kanałami "facebookowymi";)