No dobrze, jedyną recenzję nowej płyty Phisha w polskim internecie czas zacząć.
Należy więc podkreślić (ale to czytelnicy tego bloga jak i słuchacze audycji Muzyczne Noce doskonale wiedzą), że Phish to zespół wybitnie koncertowy. Taki, którego płytowe poczynania to tylko niepozorna introdukcja do tego, co wyprawia na scenie. Improwizacje, a właściwie komponowanie na żywo, to znak rozpoznawczy kwartetu z Vermont. Właściwie Phisha słucha się głównie w wersji "live" (zespół wydaje KAŻDY swój koncert i udostępnia poprzez własną platformę livephish.com, oczywiście odpłatnie). Po co więc nagrywają albumy? Cóż, teraz, po ponad 30-tu latach od założenia zespołu, chyba tylko i wyłącznie z potrzeby serca.
Nie ma się co oszukiwać - Phish 3.0 (tak zwykło się nazywać obecną reinkarnację zespołu, który zmartwychwstał w 2009 po 5-cio letniej przerwie) to zespół składający się z dojrzałych, będących już po pięćdziesiątce facetów. Czasy szalonych, bezkompromisowych, przełamujących kolejne granice przygód odeszły w siną dal, pozostała stabilizacja i bardziej rodzinne życie (co członkowie kwartetu podkreślają bardzo często), a jeśli chodzi o sprawy muzyczne - większe skupienie na projektach solowych. Mimo to Phish płynie dalej i oto dostajemy trzynasty album studyjny w ich karierze.
Ciężko mi sobie wyobrazić co mógłby czuć człowiek nie będący fan(atyki)em zespołu po wysłuchaniu tych trzynastu utworów. Producent Bob Ezrin (tak, ten od The Wall) rzucił zespołowi wyzwanie - pokażcie co czujecie, jacy jesteście, nauczcie się 10 folkowych piosenek na pamięć, zapomnijcie je i stwórzcie własny materiał. Ponieważ zespołowi daleko obecnie od dyktatury i raczej tarza się we wzajemnej miłości i akceptacji, powstał album złożony z kompozycji wszystkich czterech muzyków. Oczywiście, jak to już wcześniej bywało, najmocniejsze propozycje to dzieła Treya Anastasio (jak zwykle powstałe we współpracy z tekściażem Tomem Marshallem). Znane już od półtora roku z wykonań koncertowych (podczas których zdążyły się rozciągnąć do 15-20 minut) Blaze On i No Men In No Man's Land to naprawdę fajne, phishowe kawałki. Szczególnie ten pierwszy, z ultra optymistycznym tekstem, powinien stać się hitem lata w jakimś alternatywnym uniwersum:
you got your nice shades on, and the worst days are gone
so now the band plays on, you got one life, blaze on
Trey pozwolił sobie też na dwa, napisane zupełnie solo, urocze utwory. Tide Turns to piękna opowieść o spełnionej miłości i dbaniu o ukochaną osobę, zaczynająca się dęciakami wprost z produkcji Motown. Na tyle przekonująca, że kilka tygodni po koncertowym debiucie pojawiła się jako "pierwszy taniec" na weselu pewnej pary fanów.
Zupełnie odmienną w klimacie propozycją pozostaje Miss You - napisana dla zmarłej w 2009 siostry, mówi o tęsknocie i żalu spowodowanym odejściem kogoś bliskiego. Jeśli jesteśmy już przy Treyu - odpowiedzialny jest on za najambitniejszy i najdłuższy utwór na Big Boat, Petrichor. Rzecz powstała z myślą o współpracy z orkiestrą, przearanżowana na zespół rockowy, bardzo przyjemnie nawiązuje do wczesnych kompozycji gitarzysty, w rodzaju You Enjoy Myself czy Divided Sky. Mniej tu rocka, więcej klasyki, ale i tak da się wyłapać może nie nawiązania, ale lekkie mrugnięcia okiem w kierunku Pink Floyd i Yes. Piękny, 13-to minutowy fragment, stanowiący opus magnum płyty.
Pozostali członkowie kwartetu dostarczyli materiału różnego i różniastego. Fajnie wypada McConellowskie, bluegrassowe Things People Do. Umieszczone równo w połowie albumu, stanowi pewnego rodzaju oddech pomiędzy pieczołowicie wyprodukowanymi przez Ezrina utworami. Słyszymy bowiem wersję...demo, nagraną na Iphona leżącego na Wullitzerze pianisty w jego domu. Czuć nawet pewne zawahania w tekście i przede wszystkim młoteczki vintage'owego piana. Home tegoż samego autorakusi intrygującą linią wokalną i zalążkiem części improwizacyjnej, z pięknym motywem syntezatorowym, która może być ciekawie rozszerzona w wersji koncertowej. Basista Mike Gordon odpowiedzialny jest za bardzo stylowy Waking up dead, natomiast perkusista Jon Fishman dostarczy baaaardzo inspirowany The Who Friends.
Do czego więc można się przyczepić? Z pozycji fana - do wszystkiego. Nie ma co ukrywać, Phish już albumem Joy, wydanym z okazji reunion w 2009, wkroczył w fazę tak zwanego "daddy's rocka", czyli rocka tatusiowego. I Big Boat takie właśnie jest. Zbiór piosenek napisanych przez 50-cio latków bez ambicji zaskakiwania świata. Mocno retrospektywnych, osobistych, podrasowanych przez znanego producenta. Nijak mających się do tego, co wyrabiali w latach 90., kiedy nie było dla nich rzeczy niemożliwych. Nadal jednak są niepokonani jako zespół improwizujący i jest duża szansa, że kilka z tych utworów doczeka się, podobnie jak Blaze On i No Men..., porywających wersji koncertowych. Przy czym przyznać należy, żepiosenki z Big Boat są przyjemne i w większości przebojowe. Takie, których zwrotka czy refren od razu pozostają w pamięci. Można więc patrzeć na płytę z tej strony i nie być wcale rozczarowanym. Nie puściłbym jej jednak komuś nie będącemu w temacie z komentarzem "to jest właśnie TEN Phish, posłuchaj....". Pozycja raczej nieprzystosowana dla ludzi "z zewnątrz". Ale paradoksalnie Phish wcale takich nie potrzebuje. Oparta wyłącznie na hardcore'owych fanach społeczność skupiona wokół zespołu pozwala na całkowitą wolność artystyczną.
Osobiście bardzo polubiłem większą część tej płyty, ale w końcu sam jestem już ojcem.
Ogłoszona w październiku 2000 roku przerwa w działalności nie trwała długo. Już w sierpniu 2002 r. zapowiedziano nową płytę zespołu, a w konsekwencji również powrót na scenę. Ten nastąpił w noc sylwestrową. Czterokoncertowa celebracja nowego roku wypadła dość pozytywnie, choć czuć było, oczywiście, fakt ponad dwuletniej rozłąki. Tym niemniej Phish się nie zmienił, co niestety miało swoje opłakane skutki kilkanaście miesięcy później. Tymczasem jednak fani mieli powody do radości. Zarówno wiosenna jak i letnia trasa 2003 roku to jedne z najlepszych miesięcy w historii Phisha. Okres 2003-2004, określany jako "Phish 2.0" a także "Oxy years" (odniesienie do problemu Treya, z różnymi substancjami...) to czas naprawdę szalonych, niesamowitych muzycznych poszukiwań. Zespół po powrocie z pierwszej w historii swej działalności przerwy zdecydowanie stracił na perfekcjoniźmie, czego szczególne braki słychać było w "częściach skomponowanych" poszczególnych utworów. Natomiast w improwizacjach muzycy często i chętnie zapędzali się w tereny od dawna niepenetrowane. Mroczne, aczkolwiek dynamiką sięgające pierwszej połowy lat 90., muzyczne podróże kulminację osiągnęły na kolejnym festiwalu zorganizowanym przez zespół - IT, który odbył się w dniach 2 i 3 sierpnia, po raz trzeci na terenie byłego lotniska wojskowego w Limestone w stanie Maine. Tak jak na festiwalach w latach 90., Phish był jedynym zespołem występującym na scenie. Dwa dni, 7 setów muzyki, w tym zagrany w środku nocy "Tower jam" (całkowicie improwizowana godzina muzyki zagrana przez muzyków na szczycie wieży kontrolnej) zadowolić musiało każdego malkontenta. Festiwal IT kończył jednak koncertowe lato dla zespołu. Na ten rok nie zaplanowano jesiennej trasy, więc następna okazja do usłyszenia kwartetu na żywo nastąpiła dopiero przy okazji czterokoncertowej celebracji dwudziestolecia istnienia zespołu na przełomie listopada i grudnia. Tym razem jednak występy wypadły dość przeciętnie, jakby zespół zgubił gdzieś energię, którą emanował podczas letniej trasy koncertowej. Niespodzianką było dołączenie Jeffa Holdswortha, który zagrał z zespołem kilka utworów ze "swojej ery" na koncercie 1 grudnia. Także tradycyjny "new year's eve run" nie przyniósł koncertów, które przypominałyby tę phishową magię, tak wyraźną jeszcze kilka miesięcy temu. Aczkolwiek nie można powiedzieć, że były to koncerty złe - na te przyjdzie czas dopiero za kilka miesięcy....Warto odnotować pojawianie się jako gości specjalnych George'a Clintona i zespołu Parliament/Funkadelic na koncercie 30 grudnia - muzycy zagrali wspólnie medley, na który złożyło się kilka fragmentów utworów Funkadelic.
Mimo wszystko Phish miał za sobą bardzo udany rok, a fani i zespół z optymizmem patrzyli w przyszłość. Muzycy rozpoczęli pracę nad kolejną płytą studyjną, a z późniejszych wywiadów wynikało, że planowali nie tylko trasę letnią, ale i jesienną z pierwszym od 1998 "muzycznym kostiumem" w Halloween. Jednak w połowie kwietnia zupełnie niepotrzebnie zagrali trzy koncerty w Las Vegas. Okazało się, że te kilka miesięcy wystarczyło, by zespół, a szczególnie Trey wyraźnie wypadł z formy. Nie jest tajemnicą, że wszelakie nałogi gitarzysty były w tamtym okresie na fali dość wznoszącej (co widać na nagraniach video z tego roku - facet wygląda naprawdę słabo). Phish został za te koncerty dość mocno skrytykowany (oczywiście w środowisku zagorzałych fanów), przesłuchał je również sam lider...i podjął decyzję o zakończeniu działalności swojego muzycznego dziecka. Oficjalne oświadczenie wystosowano 25 maja. Decyzja nie była jednogłośna (oponował Mike), lecz niestety z faktami nie można było dyskutować. Wobec czego (bardzo skromna) letnia trasa miała być tą ostatnią, a zapowiedziany na 14 i 15 sierpnia festiwal w Coventry ostatnim w ogóle koncertem Phisha.
Pełnta treść otwartego listu Anastasio:
AN ANNOUNCEMENT FROM TREY
Last Friday night, I got together with Mike, Page and Fish to talk
openly about the strong feelings I've been having that Phish has run its
course and that we should end it now while it's still on a high note.
Once we started talking, it quickly became apparent that the other guys'
feelings, while not all the same as mine, were similar in many ways --
most importantly, that we all love and respect Phish and the Phish
audience far too much to stand by and allow it to drag on beyond the
point of vibrancy and health. We don't want to become caricatures of
ourselves, or worse yet, a nostalgia act. By the end of the meeting, we
realized that after almost twenty-one years together we were faced with
the opportunity to graciously step away in unison, as a group, united in
our friendship and our feelings of gratitude.
So Coventry will be the final Phish show. We are proud and thrilled that
it will be in our home state of Vermont. We're also excited for the
June and August shows, our last tour together. For the sake of clarity, I
should say that this is not like the hiatus, which was our last attempt
to revitalize ourselves. We're done. It's been an amazing and
incredible journey. We thank you all for the love and support that
you've shown us.
-- Trey Anastasio
Letnia trasa obfitowała, wbrew pozorom, w koncerty nadzwyczaj udane, tak jakby zespół parę razy próbował przekonać sam siebie, że kończenie tego wszystkiego nie ma sensu. Jednak w końcu nadeszła połowa sierpnia, a wraz z nią zapowiadany jako ostatni festiwal. Nazwa Coventry do dziś wywołuje w fanach zespołu odrazę i smutek, bo choć wszystko skończyło się dobrze, to jednak wtedy napięcie i skumulowanie negatywnej energii sięgało zenitu. Począwszy od długotrwałych opadów deszczu, które zamieniły pole festiwalu w morze błota, poprzez wielokilometrowe korki i oficjalny komunikat sugerujący tym, którzy jeszcze nie dotarli, że jednak lepiej zawrócić, aż do samej muzyki....wszystko zamieniło te dwa dni koszmar. Zespół, a szczególnie Trey, nie udźwignął emocjonalnego ciężaru tego występu. Będący wyraźnie pod wpływem nieokreślonych substancji lider kilkukrotnie po prostu w sposób karygodny zmasakrował fragmenty utworów (szczególnie oberwało się Glide). Z drugiej strony kilkukrotnie jamy, zapewne dzięki wspomaganiu przez narkotyki, pokazały, że odchodzi zespół w swojej kategorii po prostu niedościgniony. Najsłynniejszą sceną-symbolem festiwalu Coventry pozostało wykonanie Wading in the velvet sea, w którym Page po prostu nie jest w stanie wyśpiewać tekstu. Wzruszenie ściska mu gardło, Trey próbuje podjąć porzuconą zwrotkę, lecz także słychać jak wiele go to kosztuje. Coś smutnego, ale i pięknego zarazem. Pokazującego, jak ważny był zespół dla tych ludzi i jak wiele kosztuje ich to pożegnanie. Bo to jakby po 20 latach żegnać na zawsze rodzinę...
Gdy tylko wybrzmiały ostatnie nuty zagranego na bis The Curtain With, muzycy zeszli ze sceny i rozjechali się w sobie tylko znanych kierunkach.
Top 2003-2004
1. Na pewno warto posłuchać nagrań z wiosennej i letniej trasy 2003. Począwszy od Sylwestra 2002 każdy koncert Phish jest profesjonalnie nagrywany i udostępniany do (odpłatnego) ściągnięcia na stronie livephish.com
Z tego okresu wyróżniają się m.in 28 lutego 2003 - z jednym z najciekawszych Tweezerów w historii (ale nie tylko)
2. 2004 nie ma zbyt wiele do zaoferowania, ponieważ letnia trasa koncertowa obejmowała tylko 14 dat, ale na pewno warto zwrócić uwagę na 19 i 20 czerwca w SPAC - gdyby zespół grał na takim poziomie w kwietniu w Las Vegas....
3.Kilka fragmentów z Converty zapiera dech w piersiach, m.in jam w Split Open and Melt (choć część piosenkowa zagrana jest nieprecyzyjnie). Całość ma jednak wydźwięk mocno depresyjny.
Na swoim
Nie było to łatwe rozstanie, chociaż muzycy zaczęli spotykać sie na scenach w różnych konfiguracjach dość szybko, głównie za sprawą projektów takich jak Phil Lesh & Friends. Rozwinęły się także ich solowe kariery. Najdłużej od Treya (który obarczany był winą za rozpad zespołu) stronił Page - nie rozmawiali podobno przez ponad rok. Mimo wzmożonych wysiłków działając solowo ani Trey ani Mike (najaktywniejsi z całej czwórki) nie byli w stanie nawet zbliżyć się do sukcesów osiąganych w macierzystej formacji. Nie doszłoby jednak do powrotu Phisha, gdyby nie pewien... policjant, który nad ranem 15 grudnia 2006 zatrzymał samochód Treya do kontroli drogowej. Gitarzysta okazał się być pod wpływem alkoholu, dodatkowo przyznał się do posiadania heroiny oraz leków, na które należy posiadać receptę (m.in Xanax). Sąd był dla Anastasio litościwy - zamiast więzienia zaproponowano mu udział w czternastomiesięcznym programie antyuzależnieniowym hrabstwa Saratoga w stanie Nowy Jork. Po jego zakończeniu publicznie podziękował funkcjonariuszowi, który go zatrzymał. Od tego momentu stan Treya zaczął się widocznie poprawiać, a jego "uleczenie" spowodowało, że powrót zespołu stał się w końcu możliwy...
Pierwszy wspólny występ całej czwórki miał miejsce na...weselu byłego tour managera zespołu, Brada Sandera, we wrześniu 2008.
1 października na stronie phish.com ukazał się krótki filmik z artystycznym rysunkiem charakterystycznych paneli Hampton Coliseum oraz podpisem: Phish.Hampton.March 6-7-8. 2009. Wrócili!
Phish 3.0
Bilety na wspomniane 3 koncerty zostały oczywiście wyprzedane na pniu. Phish zagrał 85 utworów w ciągu 10 godzin, oczywiście nie powtarzając żadnego...do dziś wielkie wrażenie robi sam początek pierwszego koncertu i ten niesamowity wybuch radości kilkunastu tysięcy fanów w reakcji na pierwsze dźwięki Fluffhead.
Z perspektywy czasu lata 2009-2011 jawią się jako pewien rodzaj katharsis i ponownego odkrywania i definiowania siebie na nowo. To nie był powrót po "zawieszeniu działalności". To był powrót do żywych po kilku latach spoczynku w trumnie, podczas których wiele rzeczy uległo zmianie. Zarówno tak zwana "scena", jak i muzycy. To był okres, gdy "Phish uczył się na nowo bycia Phishem" i teraz, w 2016 możemy nazwać ten okres swoistą rozbiegówką. Owszem, zdarzały się momenty bardzo ciekawe (choćby Waves zagrane 26 maja 2011 podczas...próby dźwięku, czy Rock and roll Velvet Underground z 26 czerwca 2010), generalnie zespół pozostawał w szeroko pojętej strefie komfortu. Frustrowało to najzagorzalszych fanów (a innych Phish nie ma...), ale wydaje się, że było strategią przemyślaną i co najmniej potrzebną. Żeby zdrowo funkcjonować i nie powtórzyć błędów lat 2003-2004, zespół musiał zdefiniować się na nowo. Więcej było jednak powodów do zadowolenia. Wróciły letnie (choć ilościowo skromniejsze) trasy, wróciły festiwale (w 2009 zespół po raz pierwszy połączył festiwal ze świętem Halloween, grając w całości Exile on Main Street Stonesów), wróciły wspólne celebracje Sylwestra. Powoli też zespół przechodził na kolejny poziom - prezentując chociażby godzinny, improwizowany jam na festiwalu Superball IX w 2011.
Odważniejsze granie zaczęło przebijać się coraz częściej i częściej. Przełomowy wydaje się tu koncert z 31 sierpnia 2012, gdzie zespół niejako "zmusił" się do rozszerzonych improwizacji, konstruując setlistę w taki sposób, by pierwsze litery tytułów utworów tworzyły napis "Fuck your Face" (będący również tytułem ich piosenki ...). Tego wieczoru zagrano więc tylko 13 pozycji (plus bisy) zamiast tradycyjnych 21-22. Zresztą przez całe lato zespół grał coraz lepiej, a końcówka trasy była taką specyficzną, żartobliwą wisienką na torcie. W 2012 nie zorganizowano jesiennej trasy, toteż na potwierdzenie zwyżkującej formy ulubieńców fani musieli czekać aż do 28 grudnia. Było jednak warto, bo zespół w 2013 rok wbił się zdecydowanie i z wielką klasą, kończąc cykl koncertów noworocznych coverem Iron Mana Black Sabbath. Iron Man lives again!
I znów kilka miesięcy oczekiwania....pierwszy koncert 2013 roku zespół zagrał dopiero 3 lipca. W miarę rozkręcania się letniej trasy słychać było, że panowie są w świetnej formie i może być to rok wyjątkowy (w końcu jubileuszowy...). I w końcu nastał koncert, który - podobnie jak ten z 31.08.2012 - uznawany jest za przełomowy w historii "odrodzonego" Phisha. 31 lipca w Lake Tahoe, w stanie Nevada objawił się Tahoe Tweezer. 36-cio minutowa, czasami sprawiająca wrażenie skomponowanej (tak jest dobra!), pełna inwencji i improwizacji wersja wywołała niemałe poruszenie w internetowej społeczności skupionej wokół zespołu. Kwartet wreszcie "przemógł" się i był w stanie zagrać naprawdę dobrą i długą wersję swojego klasyka. I choć trasa miała swoje gorsze momenty (3 koncerty w Chicago, z czego jeden przerwany przez nadchodzącą burzę - zespół zadośćuczynił fanom, grając następnego wieczoru 3 sety - a drugi zawierający wyjątkowo nieciekawą i długą Harpuę z występem lokalnej grupy kabaretowej), można było ją uznać za najlepszą od czasu reunion z 2009 roku. Fani nie spodziewali się jednak, że dwutygodniowa trasa jesienna, na którą zespół wyruszył w październiku, będzie znacznie ciekawsza. Phish zdecydowanie wrzucił swój piąty bieg i można było wreszcie powiedzieć, że ponownie znaleźli na siebie pomysł.
Co ciekawego działo się w obozie zespołu od 2013 roku?
W Halloween Phish zaskoczył wszystkich, grając jako "muzyczny kostium"...swój własny album z przyszłości. Otóż premierowo wykonano wtedy materiał, który w wersji studyjnej ukazał się dopiero w czerwcu 2014. Odważny i bezkompromisowy krok, który - mimo kontrowersji, bo nie wszyscy obecni tego dnia na koncercie byli gotowi na tak duża dawkę premierowej muzyki - okazał się ważną deklaracją Phisha na jubileuszowy rok. Jesteśmy w pełni sił i gramy swoje! Zespół powtórzył manewr z okazji kolejnego Halloween - w 2014 roku, cztery miesiące po premierze studyjnego Fuego, Phish przedstawił kolejną dawkę premierowej muzyki. Tym razem były to instrumentalne kompozycje połączone z jamami, oparte na kanwie odgłosów z płyty Chilling, Thrilling Sounds of the Haunted House, wydanej w 1964 roku przez wytwórnię Disneya. Ot, taki żart wchodzących w szóstą dekadę życia muzyków. Zresztą nie jedyny - tradycyjnie koncerty Sylwestrowe zawierały jakiś gag. W 2014 roku było to rzekome zassanie ust Jona Fishmana przez odkurzacz i odwrócenie ciągu "from suck to blow", co spowodowało "nadmuchanie" biednego perkusisty do rozmiarów odpowiadającym wielkości słynnej świni z koncertów Pink Floyd...
Należy także wspomnieć o finale celebracji 30-to lecia zespołu. 31 grudnia 2013, podczas koncertu Sylwestrowego, Phish zaprezentował - poprzedzony okolicznościowym filmikiem - specjalny, zagrany na pace ciężarówki zaparkowanej na środku Madison Square Garden, set nawiązujący wprost do pierwszego koncertu zespołu. Pojawiły się nawet mikrofony przyczepiony do kijów golfowych - tak zespół radził sobie w 1983 z brakiem statywów.
Rok 2014, po którym fani obiecywali sobie bardzo wiele, upłynął pod znakiem "ripcord" - czyli ucinania przez Treya dobrze zapowiadających się improwizacji....i choć oczywiście zdarzały się momenty fenomenalne (13.07, Randall's Island w stanie Nowy Jork), to jednak w pamięci fanów ów rok zostanie zapamiętany jako rok niespełnionych nadziei. Za to 2015...
W styczniu gruchnęła wiadomość o zaproszeniu, jakie Trey dostał od muzyków Grateful Dead. Szykowano nie byle jakie wydarzenie, bo celebrację 50-cio lecia zespołu i zarazem pożegnanie (stąd nazwa Fare Three Well) najsłynniejszego składu (Bob Weir, Phil Lesh, Bill Kreutzmann i Mickey Hart, minus oczywiście Jerry Garcia). Trey dołączył do składu, co wzbudziło kontrowersje w światku "Deadheads", dla których Phish często bywa zespołem drugiej kategorii...Jednak gitarzysta, po kilku miesiącach analizowania i uczenia się stylu Garcii (oraz prawie stu utworów) wybrnął z zadania niemalże celująco. Co więcej, zyskała na tym - przesunięta o kilka tygodni - letnia trasa jego macierzystego zespołu. Obwołana dość szybko "najlepszą trasą tej reinkarnacji Phisha" przyniosła szereg znakomitych koncertów, których kulminacją był dziesiąty festiwal zespołu, nazwany Magnaball. I choć kończąca lato, tradycyjna już trzydniowa gościna w Colorado, nie utrzymała (muzycznie) poziomu, jakim cechowała się trasa, to jednak fani mogli być w pełni zadowoleni. A trzydziestominutowy bis, którego poszczególne tytuły układały się napis THANK YOU, potwierdzał jak wyjątkowy stosunek ma do fanów zespół. Przy United we Stand łzy wzruszenia niejednemu zakręciły się w oczach....
I tak dochodzimy do końca tej opowieści. Nie jest to jednak absolutnie koniec historii Phisha. Wydaje się, że panowie są w pełni sił twórczych, a przede wszystkim czerpią niesamowitą radość i energię ze wspólnego grania, co podkreślają w niemalże każdym wywiadzie. I choć letnia trasa 2016 roku nie została zbyt ciepło przyjęta przez fanów (zespół bardzo ograniczył improwizacje, czasami wydawał się wręcz niezdolny do rozwinięcia skrzydeł, co stanowiło niemiłą niespodziankę w stosunku do poprzedniego lata), czuć, że kwartet jeszcze nieraz nas zaskoczy. Bo przecież znane są przypadki, kiedy trasy przeciętne (1996 rok) zwiastowały duże, bardzo pozytywne zmiany (1997 rok). Tym bardziej, że kończące lato koncerty w Commerce City w Colorado okazały się nadspodziewanie udane i przywróciły wiarę nawet wątpiącym. Przed nami premiera nowej płyty, dwutygodniowa trasa jesienna, koncerty noworoczne i druga już wyprawa zespołu do Meksyku w styczniu 2017 roku. To naprawdę dobry moment, żeby zostać Phisheadem! Tym bardziej, że znów pojawiały się plotki o możliwej trasie po Europie...niemożliwe? Nie z Phishem!
Top 2009-2016
Tak jak wspomniałem powyżej, lata 2009-2011 można uznać za swego rodzaju rozgrzewkę, tudzież powolny powrót z krainy umarłych. Naprawdę warto skupić się na koncertach późniejszych, m.in 31.08.2012 (FUCK YOUR FACE), 31.07.2013 (Tahoe Tweezer), całej jesiennej trasie 2013, 13.06.2014 oraz przede wszystkim 2015 roku.
Wszystkie koncerty Phisha, jakie tylko ludzkość zdołała zarchiwizować, dostępne są w formie "stream" na stronie phishtracks.com. Właściciele tabletów i smartfonów mogą pobrać darmową aplikację PhishOD, która pozwala na nielimitowany, darmowy odsłuch. Większość materiału to bootlegi nagrywane przez fanów, ale w zbiorze znajduje się kilkadziesiąt legalnych wersji "soundboard". Daje to wspaniałą możliwość do zapoznania się z twórczością i atmosferą koncertów zespołu. Nagrania wszystkich koncertów od 2002 roku oraz wcześniejsze archiwalia w jakości "soundboard" dostępne są odpłatnie na stronie livephish.com.
1996 rok zaczął się dla zespołu...półroczną ciszą koncertową. Po raz pierwszy od lat zrobili sobie przerwę, skupiając się wyłącznie na pracy studyjnej. Jak wspomniałem w 2. części artykułu, rok ten był, jeśli chodzi o koncerty, przejściowy. Wraz ze zmianą wielkości sal, w jakich zespół grał, zmianie ulec musiał także sposób grania. I mimo, że rok ten, w odróżnieniu do trzech poprzednich, nie wrył się w pamięć fanów, warto zwrócić uwagę na dwa wydarzenia. Przede wszystkim 16 i 17 sierpnia w Plattsburgh, (stan Nowy Jork, ok. godziny jazdy od Burlington) na terenie w przeszłości zajmowanym przez bazę wojskową odbył się pierwszy z dziesięciu (stan na 2016) festiwali organizowanych przez Phish. Impreza przełomowa w historii nie tylko zespołu, ale i historii rocka - był to bowiem pierwszy tak duży koncert w formie 2-dniowego festiwalu organizowany przez jeden zespół i tylko z jednym zespołem w "line upie". Tak, oprócz Phish na głównej scenie nikt inny nie występował! Wydarzenie przyciągnęło ok 70.000 osób, a zespół zagrał 7 setów (włącznie z "sekretnym", wykonanym nad ranem drugiego dnia na jeżdzącej po terenie festiwalu ciężarówce), oczywiście nie powtarzając ani jednego utworu. Zapis całości występu (wraz z prawie godzinnym soundcheckiem) wydano w marcu 2009 w boxie The Clifford Ball (7 DVD), nominowanym niespodziewanie do nagrody Grammy.
Drugim wydarzeniem 1996 roku, które mocno odcisnęło się na historii zespołu, był koncert halloweenowy. Tradycja, zapoczątkowana dwa lata wcześniej poprzez zagranie w całości Białego Albumu Beatlesów, tym razem skierowała zespół na nieznane przez fanów wody. Remain in Light Talking Heads nie jest przecież albumem, który nawet najwięksi fani rocka znają na wyrywki. Pełen polirytmów i postpunkowej atmosfery, a jednocześnie sięgający do afrykańskich źródeł, wzmocniony przez eksperymentalne wykorzystanie loopów i sampli, wydawał się dość kontrowersyjnym wyborem. A jednak Phish wybrnął i z tego zadania obronną ręką. Przy okazji dostarczając sobie niemałej inspiracji. Jeśli bowiem proces nauki muzyki Beatlesów bardzo pozytywnie wpłynął na sposób komponowania autorskiego materiału, tak zaznajamianie się z płytą Talking Heads zainfekowało styl gry kwartetu, który stopniowo, lecz nieubłaganie kierował się w rejony wcześniej przez siebie nieeksplorowane.
Top 1996
Clifford Ball - box 7 DVD, nominowany do Grammy, elegancko wydany w 2009 roku. Pełen zapis festiwalu Clifford Ball (16-17.08.1996) ukazuje zespół przed największą w jego dotychczasowej karierze publicznością. W dodatku przybyłą tylko i wyłącznie na ich koncerty.
31.10.1996 - Phish gra w całości Remain in Light Talking Heads, co wpłynie bardzo poważnie na ich brzmienie i improwizacje w roku następnym. Plus oczywiście 2 sety swojej muzyki.
06.12.1996, Las Vegas - jeden z najlepszych koncertów Phish w 1996 roku, wydany oficjalnie na płycie Vegas' 96. Bardzo kreatywne, wzorcowe wręcz wersje Down with disease czy Simple, a oprócz tego półgodzinny, bardzo odjechany, bis z udziałem Lesa Claypoola i Larry'ego La Fonde z Primusa
Nowy styl jamowania rozwinął się w pełni w 1997 roku. Zespół odbył wtedy dwie (!) europejskie trasy koncertowe, które skupiały się na średniej wielkości klubach. Specyficzna sytuacja, która wtedy się wytworzyła - zespół, który gra już duże hale i ma na koncie festiwal na 70 tys osób, nagle staje na dużo mniejszej, klubowej scenie i gra dla kilkuset osób - odcisnęła ogromne piętno na dalszym muzycznym rozwoju Phish. Powrót do małych scen, intymność, wreszcie szerszy dostęp do substancji wpływających na świadomość, popchnęły zespół w nowym kierunku. Narodził się "cow funk". Zespół skłaniał się coraz bardziej ku grupowej improwizacji. Już nie tylko gitara Treya wiodła prym. Liczył się groove, rytm oraz wzajemne uzupełnianie się poszczególnych partii. Tempo niektórych utworów wręcz zwolniono, eksponując groovowy charakter kompozycji. Zespół stał się jednym organizmem. Nowy styl zespół rozwijał już w trakcie europejskich wojaży, czego dowody zawarto w ośmiopłytowym boxie "Amsterdam". Najbardziej wyrazisty etap "cow funk" to słynna trasa na jesieni 1997 roku, nazwana przez fanów "Phish Destroys America". Faktycznie, niemal każdy koncert tej trasy to niesamowita muzyczna podróż. Nie wiadomo było co wydarzy się danego wieczoru. To na tej trasie zespół zagrał najdłuższą wersję utworu w swojej historii - Runaway Jim z 11 listopada trwa ponad 58 minut, ale praktycznie każdego wieczoru zdarzały się kilkudziesięciominutowe improwizacje. Tym samym zespół wszedł w nowy etap. Nowe kompozycje i styl generalnie powiększały grono fanów zespołu, jednak ci dotychczasowi odnosili wrażenie, że coś się kończy...
Cow funk
Top 1997
Właściwie cała jesienna trasa 1997 roku to kopalnia świetnych i jeszcze lepszych koncertów, z których każdy można polecić "na pierwszy raz". Choćby 06/12, gdzie potężny, 22 minutowy Tweezer przechodzi płynnie w hendrixowską Izabellę.
Warto posłuchać boxu Amsterdam 1997, zawerąjącego 3 koncerty z lutego i lipca tego roku.
Zapis festiwalu Great Went dostępny jest legalnie w internecie w jakości "soundboard".
Na pierwszy ogień posłuchajcie Bathtub Gin z drugiego wieczora - jeśli ten jam Was nie ruszy, to piękno jest dla Was pojęciem obcym:) Tak! To jest improwizowane!
Początek 1998 roku zastał muzyków w studiu, gdzie kończyli nagrania na kolejny studyjny LP Story of a Ghost. Kolejne koncerty miały odbyć się dopiero w ramach trasy letniej (która po raz ostatni zawitała także do Europy). Jednak na początku kwietnia zespół, zmęczony i znudzony koncertową bezczynnością, ogłosił cztery występy w stanie Nowy Jork. Mini trasa, nazwana potem Island Tour (koncerty odbyły się na Long Island i Rhode Island), to kolejny artystyczny szczyt Phisha. Mocne reminiscencje trasy jesiennej oraz bardzo udanego Sylwestra, a dodatkowo świeżość i głód grania na żywo zaowocowały czterema perełkami, które dla wielu są szczytowym osiągnięciem koncertowym kwartetu z Vermont. Także pozostała koncertowa aktywność zespołu w 1998 roku zasługuje na uwagę. Kontynuacja bardziej funkowego, rytmicznego podejścia do improwizacji, ciekawie ułożone sety, wspomniany w drugiej części wpisu koncert z 2 listopada czy wcześniejsze o trzy dni wykonanie w całości albumu Loaded Velvet Underground - wiele momentów tego roku uznać można za bardzo udane. Nie zapominajmy, że zespół kontynuował także zapoczątkowaną w 1996 roku tradycję letnich festiwali - w 1997 roku odbył się Great Went, a w 1998 Lemonwheel. Na obu Phish był jedynym wykonawcą "dużej sceny" i oba przyciągnęły kilkadziesiąt tysięcy osób.
Mimo to wewnątrz zespołu coś powoli zaczynało się psuć. Przyczyn było kilka. Uznawana dotąd przez pozostąłą trójkę dominacja Treya trochę się jednak przejadła. Mike, Jon i Page chcieli bardziej demokratycznego podejścia m.in do komponowania. Trey, mimo oczywistych cech przywódczych, ulegał naciskom kolegów, co jednakże nie odbijało się pozytywnie na jego psychicznym samopoczuciu. Drugą sprawą były narkotyki i powiększająca się z trasy na trasę liczba osób zaangażowanych w przedsięwzięcie pod nazwą Phish. Do 1997 roku zespół miał jako taką prywatność na tak zwanym backstage. Od tego roku jednak co noc zaczęto organizować pokoncertowe imprezy, tak zwane Aftershow. Nie trzeba dodawać, że zjawiało się na nich coraz więcej osób, które miały z zespołem coraz mniej wspólnego - znajomi znajomych, a także dealerzy. Najbardziej uderzało to w Treya, który coraz częściej zaczął sięgać po twardsze narkotyki (co miało odbicie również w muzyce - Phish nigdy wcześniej nie zapędzał się w tak mroczne rejony jak choćby Wolfman's Brother z 31 października 1998 roku, po którym - jak głosi miejska legenda - odurzony LSD Trey zszedł ze strachu ze sceny, przerywając świetnie zapowiadającą się wersję Ghost.
Trey schodzi ze sceny 31.10.1998
Top 1998
Trasa "Island Tour" to Phish AD 1998 w pigułce, można słuchać w ciemno!
Ostatnia wycieczka Phish do Europy i przystanek w czeskiej Pradze (nadal nie wierzę, że byli tak blisko....) 6 lipca 1998 - do sprawdzenia jak przystosowany już do dużych aren i festiwali styl zespołu sprawdza się w małym klubie. Co ciekawe, dzień wcześniej zespół zagrał w tym samym klubie bardzo słaby koncert - zatem uwaga na daty. Cóż, za dużo europejskiego alkoholu zrobiło swoje:)
27/7/98 - chociażby dla "epickiego" Bathtub Gin - wielu nie może uwierzyć, że ponad ta ponad 28-mio minutowa wersja nie została wcześniej skomponowana i gruntownie przećwiczona. Nie, nie została...
27/11/1998 - drugi set to swego rodzaju powrót do wczesnych lat zespołu, kiedy szalone łączenia utworów i płynne przejścia były na porządku dziennym. Tu - zabawa z klasykiem Wipe Out, który pojawia się tu i ówdzie.
1999 rok w muzyce Phish to jeszcze głębsza eksploracja terenów ambientowych. Trey dokooptował do swojego wyposażenia małą klawiaturę, która poszerzała wachlarz środków wyrazu. Pierwszy wypad do Japonii udał się znakomicie, odbył się także kolejny letni festiwal zespołu, Camp Oswego. Muzyka zespołu skręcała jednak w stronę, która nie do końca przemawiała do wszystkich dotychczasowych fanów. Przede wszystkim improwizacje stawały się mniej intensywna niż w latach 1993-1995, element funkowy z roku 1997 zaczął ustępować miejsca elementom mocno ambientowym, które czasami stawały się podstawą improwizacji. Nadal oczywiście był to Phish, z szalonymi "peakami" i muzycznymi odjazdami, ale czuć było, że panowie dorośleją. Stopniowo znikały bowiem te wszystkie żarty, sekretny język, mruganie okiem do fanów. Dlatego koncerty okresu 99-00, choć bardzo dobre, pozbawione są tej specyficznej phishowej magii, która pomogła stworzyć zespół wielki. Pamiętajmy, że ilość koncertów spadła dość mocno, muzycy pozakładali rodziny, a o wspólnym życiu muzyką 24h/dobę nie było już mowy. Mimo to, jakby rzutem na taśmę, zespół zorganizował festiwal Big Cypress.
Ta nazwa do dziś rozpala wyobraźnię fanów zespołu. W statystykach drugi dzień tego wydarzenia przoduje jako najwyżej oceniany koncert Phisha (4.703/5), a ludzie, którzy mogli w nim uczestniczyć, a z jakichś powodów tego nie zrobili, uważają ten fakt za największy błąd swojego życia. 31 grudnia 1999 roku, w indiańskim rezerwacie Big Cypress (w stanie Floryda), obył się bowiem "The Show" - czyli Koncert. A właściwie Koncert Koncertów.
Już samo przeniesieniesylwestrowego koncertu odbywającego się od kilku lat w Madison Square Garden w Nowym Jorku na Florydę (gdzie zagęszczenie fanów zespołu, jak można się domyślać, jest dość nikłe) wydawało się oryginalnym pomysłem. Ponieważ jednak na południowym wschodzie USA klimat jest dość łagodny nawet w zimie, przeto całość potraktowano jak kolejny "letni" festiwal Phisha. 30 grudnia zespół dał tradycyjny, trzysetowy koncert (ponad 4 godziny muzyki!) Nic nie zapowiadało tego, co wydarzy się następnej nocy. Sylwestrowy koncert Phish był nie tylko największym koncertem tej nocy w Ameryce (ponad 80 tys widzów*). Był także najdłuższym występem zespołu w historii - pierwszy, popołudniowy set trwał 1 godzinę 45 minut, drugi - nocny - 7,5 (!) godziny. Oddajmy więc głos tym, którzy mieli szczęście tam być.
Musiałbyś tam być, by uchwycić całokształt herkulesowej wytrwałości, jakiej wymagał od zespołu i słuchaczy ten trwający od północy do świtu koncert. Zaczęło się od wjazdu zespołu w ...hot dogu (tym samym, którego użyto w MSG w sylwestra 1994 r). Przywitanie Nowego Roku przy dźwiękach Auld Lang Syne, fajerwerski i ekstatyczne Down with disease. To, co nastąpiło potem, to diabelna eskalacja brutalnej siły, sprawności, odwagi, siły, odporności i porywającej duszę muzyki.
Fragment koncertu pojawił się w sylwestrowej transmisji telewizji ABC - Trey namówił publiczność, by krzyczała słowo "cheescake" (słychać to pod koniec nagrania). Zespół wspiął się na wyżyny kreatywności, kipiącej od każdego z członków podczas tych kilku godzin muzyki. Zmieniającej się wraz z upływem czasu...północ...trzecia nad ranem...piąta nad ranem...wreszcie świt, wschodzące słońce obwieszcza nadejście nowego millenium (oficjalnie dopiero za rok, ale zmiana w kalendarzu robiła wtedy niesamowite wrażenie na wszystkich). Muzyka wypływająca wprost z duszy, nie ograniczona czasem ani przestrzenią. Tego wydarzenia nie da się opisać prostym słowem "koncert". To metafizyczne doświadczenie, które zmieniło wielu, którzy doświadczyli go na żywo. COŚ łączyło tej nocy zespół i publiczność, a okoliczności, miejsce tylko tę więź wzmacniały. A gdy nastał świt, z taśmy popłynęło Here comes the sun Beatlesów. Bohaterowie zeszli ze sceny...
Top 1999
14/09 - klasyczny przedstawiciel 1999 roku, m.in zabójcza, 27-mio minutowa wersja AC/DC Bag
11/12 - zaczyna się od 18-to minutowego Harry Hood, a potem napięcie rośnie...
W tak chwalebnych i absolutnych momentach coś nieodwracalnie się kończy. Mozolna, ale bardzo efektywna droga zespołu na szczyt, pokonywanie barier, tworzenie czegoś, czego w historii jeszcze nie było i co się nie powtórzy w Big Cypress osiągnęło kulminację. Schodząc ze sceny rankiem 1 stycznia 2000 roku muzycy Phish zapytali samych siebie: "co dalej?" Bo to był absolutny szczyt, Olimp, rzecz niebywała, nieosiągalna dla innych. Zespół wrócił do żywych dopiero w maju, wydając LP Farmohouse i ruszając w kolejną letnią trasę. Jednak na jesieni było już po wszystkim...przynajmniej na jakiś czas. 30 września Trey ogłosił zawieszenie działalności zespołu na czas nieokreslony. Ostatni koncert przed przerwą odbył się 7 października, a zakończyło go puszczone z taśmy Let it Be Beatlesów...jakże gorzkie nawiązanie do pełnego nadziei świtu 1 stycznia z Here comes the sun. Phish po raz pierwszy od zarania dziejów zapadł w śpiączkę.
Top 2000
22/05 - jeden z dwóch występów w prestiżowym Radio City Music Hall w Nowym Jorku. M.in bardzo wciągający, niemal półgodzinny Ghost
14/06 - słynny, wśród fanów rzecz jasna, japoński koncert na festiwalu Drum Logos. Wspaniała wersja Twist!
11/07 - tym razem zabawa Moby Dickiem Led Zeppelinów, oprócz tego oczywiście 2,5 godziny solidnego Phisha!
* Co tu dużo pisać... Fun fact: The Phish show was the most attended concert on 12/31/1999 and
beat out concerts by Sting, Barbra Streisand, Aerosmith, Billy Joel,
Eric Clapton, Rod Stewart, The Eagles, Eminem, Jimmy Buffett, Kiss,
Metallica, the Red Hot Chili Peppers, and Elton John.
Przed nami jeszcze jedna część muzycznej historii Phisha - miejmy nadzieję, że zajmę się nią wcześniej niż za pół roku:)
..................................
Zapraszam na moją audycję "Muzyczne Noce" w radiopraga.pl
Muzyczne nowości, archiwalia i ciekawostki koncertowe.
Po dłuższej przerwie wracamy do analizy Phisha! Zatrzymaliśmy się na punkcie...
5. Niespodzianki - kwintesencja fenomenu tego zespołu i odpowiedź na pytanie "czemu jest tak "miodny?"". Zaczęło się od setlist, ich niepowtarzalności i zaskakiwaniu widzów co noc czymś innym. Niemal od początku stało się to znakiem firmowym Phisha. Nigdy nie było wiadomo co danego wieczoru zaprezentuje zespół, a w miarę dojrzewania kwartetu niespodzianek było coraz więcej. Swoistym znakiem firmowym stały się w latach 90. "muzyczne kostiumy", które zespół przywdziewał podczas koncertów odbywających się w ostatni dzień października, czyli Halloween. Zaczęło się w 1994 od zagrania całego Białego Albumu Beatlesów. Potem była wyłoniona w głosowaniu fanów Quadrophenia The Who (łącznie z demolką instrumentów podczas bisu!) i Remain in light Talking Heads. W sumie w ramach koncertów "halloweenowych" Phish zagrał w całości 7 albumów innych wykonawców (z tym, że jeden z tych koncertów był inny niż wszystkie, o czym trochę później). Dwa ostatnie "kostiumy" (2013 i 2014 rok) to kolejny pomysły, na które mógł wpaść tylko TEN zespół. W 2013 nie było głosowania, zostały tylko przypuszczenia po czyją twórczość tym razem sięgnie kwartet. Typowano Genesis. Okazało się, że Phish scoveruje...samych siebie z przyszłości. A dokładniej nienagraną jeszcze płytę Fuego (pod roboczym tytułem Wingsuit). Tym samym premiera płyty nastąpiła jeszcze przed jej faktyczną rejestracją! Podobnego kalibru zaskoczenie przeżyli fani zgromadzeni 31 października 2014 w MGM Grand w Las Vegas. Zespół sięgnął bowiem po płytę wytwórni Disneya z 1964 r, zawierającą efekty dźwiękowe i fragmenty narracji mające inspirować dzieci do samodzielnego tworzenia historyjek i opowieści. "Trochę starsze" dzieci z Vermont postanowiły zatem zabawić się po swojemu. Wokół 10 wybranych sampli z płyty Chilling, Thrilling Sounds of the Haunted House zbudowali przemyślane, organiczne jamujące kompozycje, nawiązujące klimatem do tytułów historyjek z wydawnictwa Disneya, nagrywając tak naprawdę drugą płytę w ciągu dwunastu miesięcy (większość tych kompozycji weszła do repertuaru trasy z 2015 roku).
W listopadzie tego roku minęło 17 lat od największego "psikusa" jakiego dopuścił się Phish wobec swoich fanów. Jednocześnie jest to dla mnie przykład swego rodzaju geniuszu tego zespołu; czegoś, co nigdy, przez nikogo nie będzie powtórzone, z prostego powodu: braku wyobraźni i muzycznej odwagi.
2 listopada 1998, stan Utah. Dwa dni po wielkim koncercie halloweenowym w Las Vegas, na którym zespół zagrał w całości album Loaded Velvet Underground. Większość podróżujących za Phish fanów kieruje się bezpośrednio do Denver, gdzie kwartet ma grać 4 listopada. To Utah jest kompletnie nie po drodze. W efekcie sprzedaje się tylko ok 3200 biletów (w hali mieszczącej ok 10 tys widzów). Dla zespołu, który wyprzedaje kilkunastotysięczne areny jest to sytuacja niekomfortowa. Ale nie dla nich. Poinformowani o sytuacji z biletami decydują: zagramy to, na co czekali wszyscy.
Pierwszy set - standardowy (jeśli tak można powiedzieć o koncercie Phish). Drugi - jak zwykle bardziej improwizowany; jako piąty utwór pojawia się Harpua. W tamtym okresie wykonywana średnio raz w roku, mocno zappowska historia nastolatka Jimmiego,jego kota Postera Nutbaga oraz tytulowego buldoga, zawsze wiaże się z jakąś muzyczna ciekawostką, coverem wplatanym w środek narracji . Tym razem Jimmy łapie stopa z Las Vegas do Salt Lake City (no tak, stolica stanu Utah...). Zatrzymuje się ciężarówka, Jimmy wskakuje do szoferki, kierowca włącza radio....Znajome, wyryte na zawsze w korze mózgowej tykanie zegarów, dźwięki kasy, obłąkańcze krzyki...Breathe, breathe in the air/don't be afraid to care...Zebrani w E-center nie wierzą własnym uszom...czy to tylko jeden floydowski wtręt? Nie! Breathe płynnie przechodzi w On the run...kto tylko ma telefon komórkowy (przypominam, jest rok 1998 a nie 2015) dzwoni do przyjaciół, do znajomych - grają TO!
Legenda głosi, że przed próbą dźwięku zespół został poinformowany przez menagement o słabej sprzedaży biletów na koncert. Wtedy zdecydowali - gramy całe Dark Side of the Moon. Nie było tajemnicą, że album ten zawsze był typowany jako "halloweenowy kostium". Więc nagródźmy tych, którzy jednak się tu z nami pofatygowali....podobno zespół odsłuchał album raz przed próbą dźwięku i na niej przygotował się do występu. Potem jeszcze szybkie powtórzenie podczas przerwy w koncercie i ....ciężko w to uwierzyć, biorąc pod uwagę na przykład konieczność odtworzenia sampli i brzmień z płyty Floydów - musieli mieć to już wcześniej choćby pobieżnie ograne (przemawia za tym fakt, że wielu fanów oczekiwało, iż zespół prędzej czy później sięgnie po tę płytę). Tym niemniej wielki szacunek za inicjatywę i moment wykonania Dzieła. Większość komercyjnych artystów ogłasza takie inicjatywy z dużym wyprzedzeniem i robi z nich komercyjny produkt. Phish zrobił prezent dla garstki wytrwałych. Do dziś fani plują sobie w brodę: czemu ominąłem to cholerne Utah?
A przecież niespodzianek zespół popełnił w swojej historii wiele. Ot, choćby coroczne "gagi" podczas koncertów sylwestrowych. Ostatni wieczór 2013 roku, wypełnione po brzegi Madison Square Garden, podczas przerwy między pierwszym a drugim setem na telebimach areny rozpoczyna się film....Jon Fishman (bohater większości zabawnych scenek w historii Phish) znajduje na wysypisku ciężarówkę Taką samą, jaką Phish jeździli w latach 80. po Stanach. Na drzwiach logo JEMP. To nazwa wytwórni i akronim imion członków zespołu - Jon, Ernest, Mike, Page. Gdy remont dobiega końca, Jon siada za kółkiem i rusza w drogę. W pewnym monecie przysypia i nie zauważa nisko zawieszonego wiaduktu, który dosłownie urywa pół tylnej części ciężarówki i powoduje wypadnięcie na jezdnię części sprzętu muzycznego. Zadowolony Jon, nieświadomy wpadki, dociera do Madison Square Garden....w tym momencie filmik kończy się, a na płytę hali faktycznie wtacza się rzeczona ciężarówka z "urwaną" paką, na której ustawiony jest sprzęt zespołu w konfiguracji znanej z pierwszych lat działalności. Są nawet mikrofony przyklejone do do kijów hokejowych (nawiązanie do pierwszego koncertu Phish, na którym musieli jakoś poradzić sobie bez statywów mikrofonowych). Zespół wskakuje na tą skromną scenę i na tak obciętym "setupie" gra godzinny set nawiązujący do swoich początków. Piękny sposób na uczczenie trzydziestolecia!
6. Fani - być może składnik najważniejszy. Bo gdzieżby był ten zespół, gdyby nie najczystsze na świecie "world of mouth"? Pierwsi fani kwartetu (a w 1985 kwintetu) zarażali znajomych tym zjawiskiem, pozwalając zespołowi "wyfrunąć" poza Vermont. Gdy w 1989 roku klub Paradise w Bostonie nie chciał zorganizować koncertu zespołu (zapewne bojąc się słabej frekwencji), Phish po prostu go wynajął, co byłoby ruchem wręcz samobójczym dla innej grupy o podobnym statusie. Właśnie, dla innej. Akcja zorganizowana przez najwierniejszych miłośników (m.in dwa autobusy jadące z Vermont) spowodowała, że bilety rozeszły się na pniu i pozwoliły zespołowi na zdobycie kolejnego przyczółku.
To fani nagrywali i dzielili się bootlegami (które są kolejną z przyczyn popularności zespołu poza głównym nurtem), to oni w końcu tworzyli pierwsze fanziny, które w dobie Internetu zamieniły się w grupy dyskusyjne, fora i strony www. Największa, phish. net, oferuje m.in setlisty wszystkich oficjalnie uznanych odbyte koncertów Phish, łącznie z komentarzami, relacjami oraz tak zwanymi "jam charts" - czyli listami najlepszych jamów i wersji danego utworu Do strony przypisane jest bardzo aktywne forum, które w trakcie tras zespołu zmienia się w czat, na którym każdy koncert komentowany jest, niczym wydarzenie sportowe, na bieżąco. Forum jest także źródłem wszelakich ciekawostek dotyczących twórczości zespołu, a pamiętać należy że fani Phish to nie tacy zwykli fani. Bo jaki inny zespół może poszczycić się analizami muzykologicznymi własnych improwizacji czy ich transkrypcjami na fortepian solo?
Przy całej swojej antykomercyjności (brak radiowych hitów, videoklipów, plakatów w pismach dla nastolatek) Phish to jednak maszynka do zarabiania pieniędzy. Dlatego łatwo (choć drogo) być fanem - zespół na swojej stronie drygoods.phish.com oferuje setki gadżetów - począwszy od koszulek (czasami każdy przystanek trasy ma swoją oficjalną), boxów i vinyli, skończywszy na pidżamach w "pączkowe" wzroki wprost ze scenicznego stroju Fishmana i szalikach w jakich lubuje się w Mike. Wszystko jest na sprzedaż....począwszy od 2003 roku na stronie livephish.com można zakupić każdy koncert zespołu (i solowych projektów poszczególnych muzyków). Początkowo nagrania dostępne były w ciągu 48 godzin od zakończenia występu, obecnie po kilkudziesięciu minutach od ostatniego dźwięku możemy zakupić dany koncert w formacie mp3, flac lub CD. Oczywiście jest to nagranie w pełni zmiksowane, pochodzące z konsolety dźwiękowca, a więc bez żadnych poprawek i dogrywek. Przy okazji pomysł ten zrewolucjonizował podejście do kwestii szybkiego zarządzania prawami autorskimi w całej branży muzycznej. Zespół, który często i chętnie sięga po cudze kompozycje (czy to w całości, czy w trakcie jamów), nagle zechciał wydawać swoje koncerty niemal natychmiast po ich zagraniu. Nikt wcześniej w historii fonografii tego nie praktykował. A przecież każdy zagrany utwór ma swojego właściciela (wydawcę - może być ich nawet kilku). W dodatku w 2003 roku kwestia praw i dystrybucji cyfrowej była jeszcze w powijakach. Ktoś jednak musiał przetrzeć ślady - dlatego teraz fani zespołów takich jak Metallica czy innych amerykańskich jam-bandów (u których obecnie taka praktyka to codzienność) mogą bez problemów nabyć wysokiej jakości zapis koncertu z poprzedniego wieczoru. Dodać należy, że za pomocą livephish.com prowadzone są transmisje video w jakość HD z wybranych koncertów kwartetu - tak zwany "couch tour".
Zespół ma pełną świadomość faktu, iż tak naprawdę żyje z "Phisheads" (phishowy odpowiednik zagorzałych fanów Grateful Dead -"Deadheads"). Na forum phish.net poczytać można o sumach jakie poszczególni forumowicze wydali w ciągu życia na aktywności związane z zespołem - sumy w wielu wypadkach sięgają dziesiątek tysięcy dolarów (bilety, przeloty, hotele, gadżety). Dlatego właściwie od samego początku istnienia muzycy prowadzą swoistą grę ze fanami - drocząc się z nimi i zaskakując, stymulują do ciągłego przywiązania do zespołu. Pomijając sam fakt, iż styl muzyczny zespołu i jego podejście do improwizacji jest wielce uzależniające, liczą się także takie gesty, jak ten z kończącego letnią trasę 2015 koncertu w Dick's Sporting Goods Park, gdzie w ramach trzydziestominutowego bisu pojawił się zestaw utworów, których pierwsze litery ułożyły się w sentencję "Thank you"; na sam finał zabrzmiało, poprzedzone przez Treya ciepłymi słowami skierowanymi do fanów, bardzo wymowne "United we stand" Brotherhood of Man.
Wiemy już, że Phish zaskakuje. Wiemy, że panowie umieją grać i są zgani jak mało kto.
Jak więc to wszystko "ugryźć"? Mój subiektywny przewodnik po Phish (część I)!
Jak pisałem w części 1 przewodnika po Phish, na samym początku przygody z zespołem nie ma co sięgać poniżej 1993 roku. Raz, że właśnie w '93 panowie uzyskali naprawdę ciekawe brzmienie (na co wpływ miał zakup fortepianu oraz przerzucenie się Mike'a na bas Modulus), dwa że wcześniejsze nagrania koncertowe, nawet z konsolety, brzmią dość płasko (cóż, technologia). Powszechnie wśród fanów za pierwszą, w całości godną uwagi trasę uznaje się tę z sierpnia 1993 (co nie znaczy,że w wcześniej nie pojawiały się wspaniałości - po prostu nie w takim natężeniu). I rzeczywiście, słychać tu już dobrze naoliwioną maszynę, która nie tylko gra przećwiczone kawałki, ale potrafi też solidnie pojamować. Pojawiają się ciekawe jamy w typie II (np David Bowiez 13.08, Split Open and Melt z 14.08, Stash z 16.08), piękne przejścia (drugi set z 14.08), a brzmienie jest naprawdę soczyste (a będzie jeszcze bardziej!). Dla miłośników gitary jest oddzielna kategoria radości: tak zwany Machine Gun Trey. Anastasio bowiem dojrzał i w 1993 był już naprawdę bardzo, bardzo sprawnym gitarzystą (a fakt, że nie znajdziecie go w żadnych europejskich rankingach gitarzystów, doskonale źle świadczy właśnie o tych rankingach). Precyzja i szybkość z jaką gra te wszystkie staccata i pasaże robi niesamowite wrażenie - posłuchajcie chociażby fragmentu Split Open and Melt z 16.08). Tego roku zespół zagrał ponad 100 koncertów, byl to też ostatni moment gdy mogli "żyć i oddychać" muzyką (niedługo potem tak zwane "życie rodzinne" upomniało się o swoje), nie dziwi więc, że dosłownie czuć ogień buchający z głośników.
1994 rok to przede wszystkim pierwszy "muzyczny kostium" - zagrany w Halloween "Biały Album" Beatlesów. Mówi się, że było to bardzo ważne dla zespołu doświadczenie i jako muzyk muszę przyznać, że taka dogłębna analiza czyjegoś dzieła muzycznego pozwala nam przedefiniować swój własny styl, na przykład kompozycji. W kwestii samego grania - pojawiają cię coraz śmielsze jamy, pierwsze "trzydziestki" (trzydziestominutowe wersje utworów - choćby Tweezer z 2.11, David Bowie z 14.11, Simple z 16.11). Jesienna trasa cząsto wymieniana jest w rankingach tych najlepszych. Nie ulega wątpliwości, że to jest już Phish jaki w pełni lubie. Muzycy wyczuwają się praktycznie bezbłędnie. Nic dziwnego - tego roku zagrali razem 123 koncerty! Był to zarazem ostatni tak obfity koncertowo rok - w 1995 roku bylo ich już tylko 80. Zresztą te dwa lata to szczyt tak zwanego "psychodelicznego Phisha" - jednego z najbardziej intensywnych, gitarowych okresów w historii zespołu. Jego zwieńczeniem wydaje się słynny (jego płytowe wydanie uznane zostało przez miesięcznik Rolling Stone jako jeden z 50 najlepszych albumów koncertowych w historii) koncert sylwestrowy 95/96 z nowojorskiego Madison Square Garden. Nie da się ukryć - to trzyipółgodzinna jazda bez trzymanki. Jest niesamowita energia, jest radość grania, jest wreszcie ponadprzeciętna precyzja wykonania. Absolutny szczyt tego, czym może być - szeroko pojęta - muzyka rockowa.
I faktycznie, było to zwieńczenie pewnej epoki. Przypomnieć bowiem należy, że kilka miesięcy wcześniej, w sierpniu 1995 umiera Jerry Garcia, a tym samym żywot swój (przynajmniej w oficjalnej wersji - bo pozostali muzycy stworzą przez lata kilka jego odłamów) kończy legenda, ikona i symbol Ameryki - Grateful Dead. Zespół, który stworzył gatunek zwany jam rockiem, który nawet w latach 80. 90. (czyli w dekadach niezbyt przyjaznych hippisowskiemu graniu) na swoje koncerty przyciągał setki tysięcy fanów. Smierć Garcii zostawia te setki tysięcy dusz w zawieszeniu. Życie sporej części z "Deadheads" ustawione jest bowiem pod zespół. Zespół rusza w trasę - oni za nim. Wszystko inne zostaje gdzieś w tyle. Cudowna spuścizna lat 60., wolności, kontrkultury, zaklęta w tym jednym, ostatnim takim zespole, który przemieszczając się po Stanach niejako "ciągnął" za sobą "Mały Woodstock". Ci ludzie muszą się gdzieś podziać. Za kimś iść. Phish, przynajmniej dla części (tych, którzy kochają Muzykę, a niekoniecznie przesłanie ideologiczne) staje się godnym substytutem. Dlatego w ciągu kilku miesięcy popularność zespołu gwałtownie zwyżkuje, co ma swoje przełożenie na sprzedaż biletów oraz hale, w jakich odbywają się koncerty. Phish przestaje być zespołem hal uniwersyteckich, a staje kilkunasto czy nawet kilkudziesięciotysięcznych aren. Ma to także wpływ na muzykę, ponieważ inaczej improwizuje się w klubie czy małej sali, a inaczej na wielkiej scenie, gdzie nawet kontakt między muzykami jest zaburzony.
Dlatego 1996 rok w historii Phisha zwany jest rokiem przejściowym....
ciąg dalszy - według jednych będzie coraz ciekawiej, według innych nastąpi powolny upadek zespołu - wkrótce! A także - teraz już naprawdę w formie listy! - to, do czego warto zajrzeć na początek.
Jakkolwiek tworzenie wszelakich rankingów muzycznych sumujących "najlepsze" zespoły w historii muzyki rozrywkowej zakrawa na absurd i może być traktowane wyłącznie w kategoriach zabawy, wyobraźmy sobie sytuację, w której zmuszeni bylibyśmy to spisania takiej listy na poważnie. Jakie byłyby kryteria? Wpływ danego wykonawcy na historię muzyki? Umiejętności techniczne? Sukces komercyjny? Swoista "kultowość"? Jednego pociąga mistycyzm tekstów (i ich wykonań) Jima Morrisona, a inny nie wyobraża sobie świata bez wokalnego geniuszu Freddiego Mercurego. Jeszcze inny (a raczej inna...) dorastał przy Bon Jovi i bez tego symbolu "hair popu" (bo przecież nie metalu) listę wyrzuciłby do kosza.
Można by jednak do sprawy podejść w zgoła odmienny sposób. Zdaję sobie sprawę, że w gruncie rzeczy w muzyce nieznany, aczkolwiek dobrze pamiętany przez fanów gier komputerowych, których złote lata kultywowania tegoż przyjemnego i wielce nieszkodliwego nałogu przypadają na lata 90. XX wieku. Bezdyskusyjnie mieliśmy wtedy do czynienia ze złotą dekadą komputerowej rozrywki, do której chętnie nawiązuje dziś przemysł rozrywkowy w postaci tzw "retro gaming". Rozkwitowi temu towarzyszył również wysyp prasy poświęconej "giercowaniu". Ale jakież to były tytuły! Gambler, Świat Gier Komputerowych, Top Secret i oczywiście najbardziej kultowy Secret Service. Ci, co pamiętają comiesięczne wyczekiwanie na nowy numer (łącznie z odkładaniem "pod ladę" przez zaprzyjaźnione panie kioskarki - tak to się rozchodziło!) doskonale wiedzą, że każda gra opisywana w SS oprócz ocen grafiki i dźwięku miała także ocenianą tak zwaną "miodność". Autorskie określenie twórców miesięcznika weszło na stałe do języka graczy i oznacza ni mniej ni więcej subiektywną przyjemność z gry. Gra mogła nie stać na najwyższym poziomie wykonania, ale całość bawiła tak dobrze, że częstokroć czynnik "miodności" przeważał w sumarycznej ocenie.Na potrzeby niniejszego artykułu i kwestii muzycznych chciałbym jednak rozszerzyć ten termin, definiując go nie tylko jako przyjemność, ale i mnogość wrażeń i doznań jakie zapewnia słuchaczom, a właściwie swoim miłośnikom - bo o fanów tu się rozchodzi - dany zespół oraz jego twórczość i działalność od narodzin aż po solowe projekty poszczególnych członków i ewentualny koniec.
Biorąc pod uwagę powyższe kryteria długo i namiętnie można by się spierać jak miodny jest dany zespół i oczywiście znów argumentów byłoby bez liku, ale jest to blog autorski i pozwolę sobie napisać o pewnym, moim zdaniem, zasługującym na miano najbardziej "miodnego z miodnych".
Phish, bo o nim mowa, to zespół na wskroś oryginalny i fenomenalny, w znaczeniu zjawiska które nie ma swojego odpowiednika ani kopii w żadnym innym punkcie na muzycznej linii czasu. Zespół, który powstał z prawdziwej miłości do muzyki i w żadnym momencie swojej trzydziestodwuletniej historii tego stwierdzenia nie skalał. Zespół złożony z czterech muzyków, ale będący jednym organizmem, z którego nie sposób wyciąć żadnego organu. Brzmi znajomo? To dopiero początek.
Phish powstał w czasie i miejscu dla muzyki rockowej nieszczególnym. 1983 rok, stan Vermont - brzmi jak muzyczna pustynia. Oczywiście chłopcy mogli urodzić się na przykład w Polsce, na Kamczatce, czy w Chinach i wtedy pewnie nigdy świat by o nich nie usłyszał, tym niemniej uczciwie trzeba przyznać, że istniały ciekawsze miejsca na muzycznej mapie świata. I jeszcze ten rok - muzyka rockowa parę lat wcześniej dostała kosę w brzuch od punka, a teraz trawiła ją gorączka nowej fali, disco i popu. Znamiennym jest fakt, że pierwszy koncert Phisha, mający miejsce w kafeterii Uniwersytetu Vermont, zakończył się przepędzeniem zespołu ze sceny za pomocą albumu "Thiller" Michaela Jacksona puszczonego przez realizatora. Ludzie chcieli czegoś bardziej "tanecznego"...
Co ciekawe, pierwszy skład uformował się dość szybko. Jon Fishman, perkusista (od którego nazwiska pochodzi nazwa zespołu) poznał Treya Anastasio (gitara, wokal) własnie na rzeczonym uniwersytecie. Basistą został pozyskany przez ogłoszenie Mike Gordon. Był jeszcze drugi gitarzysta, Jeff Holdsworth, który odcisnął swe piętno na kilku granych do dziś utworach. Odszedł w 1986 r. Przewinął się również perkusjonalista Marc Daubert, jednak dopełnieniem "jedynego właściwego składu" i tak naprawdę ostatnim ogniwem, pozwalającym na rozpoczęcie drogi na szczyt został przyjęty w maju 1985 roku klawiszowiec Page McConnell.
Od początku grupa obrała dość konkretny i nonkonformistyczny kierunek. Nie dysponując wokalistą z prawdziwego zdarzenia stawiała na granie bardziej instrumentalne, w pierwszym okresie działalności inspirując się mocno ojcami jam-rockowego grania, Grateful Dead - w repertuarze znajdowało się wiele kompozycji tej grupy. Phish nie przyznaje się jednakże do zbyt dużego wpływu zespołu Jerry'ego Garcii na swoją twórczość, co jednak zostało ostatecznie zakwestionowane w styczniu 2015 roku, kiedy świat obiegła wiadomość, że to Trey "zastąpi" legendarnego lidera Grateful Dead na koncertach z okazji pięćdziesięciolecia zespołu.
Taka swoista rozbiegówka Phisha trwała przez całe lata 80. W tym czasie, dzięki ciągłemu koncertowaniu coraz dalej od Vermont, stopniowo zdobywali popularność, skupiali się także na rozbudowywaniu autorskiego materiału oraz doskonaleniu umiejętności technicznych. Było to możliwe dzięki kolektywnej, odważnej decyzji całego zespołu: zajmujemy się tylko i wyłącznie muzyką. Ten okres wykorzystali w sposób mistrzowski. Z jednej strony Trey, jako człowiek o naturalnych zdolnościach przywódczych i artystyczna dusza, rozwijał swój talent kompozytorski, dostarczając zespołowi coraz to ciekawszych utworów, z drugiej wymyślny system prób i ćwiczeń muzycznych skutkował coraz doskonalszym zgraniem się muzyków. A grali ze sobą praktycznie codziennie, po kilka godzin. Efektem stało się coś, co w 1992 roku Santana określił mianem "The Hose". Santana znany jest z dość mistycznego wyrażania się o rzeczywistości i tak oto w 1992 roku, podczas trasy na której Phish supportował gitarzystę, opisał Treyowi relację na linii artysta - publiczność:
Kiedy słyszę jak gracie, wyobrażam sobie publiczność jako kwiaty, muzykę jako wodę, a Was jak wąż ogrodowy, który tę wodę dostarcza.
Jakkolwiek głupio brzmi w tym kontekście polskie wyrażenie "wąż ogrodowy" (już widzę te uśmieszki nieuświadomionych...), Santana odnosił się nie tylko do Phisha, ale do pewnej grupy artystów czy zespołów, które potrafią wykreować ten unikalny stan. Przedstawiał artystę czy grupę artystów nie jako kreatorów sztuki, ale rodzaj medium, przez które muzyka trafia do publiczności. Szerzej wyjaśnił to w 1997 roku Charlie Dirksen, użytkownik grupy dyskusyjnej poświęconej zespołowi:
Uznaję TO (albo "hose") jako rodzaj koncepcji transcendentnych, mistycznych proporcji. To owoc komunikacji muzycznego geniuszu i obcowania z czymś Więcej: miłością, życiem, ze sobą samym. Apoteoza człowieczeństwa wyrażana poprzez muzykę. TO dotyka każdego włókna naszej egzystencji, we wspaniały sposób uskrzydlając, wzmacniając i wypełniając nas. Wielu z nas - chociaż wierzę, że doświadczyć może tego każdy. (...)
Zjawisko silnie powiązane jest z muzyką improwizowaną i pojawia się, "kiedy wszystko jest we właściwym miejscu", a zespół zapewnia nam, słuchaczom, tak zwany "odlot". W przypadku Phisha łączy się to nierozerwalnie z jeszcze jednym, już stricte związanym z tymi konkretnymi muzykami, terminem: include your own hey. To zbiorowa nazwa zestawu ćwiczeń, jakie zespół odbywał przez większą część lat 80. i połowę 90. i które pozwoliły na osiągnięcie poziomu zespolenia muzycznego na niespotykanym nigdy wcześniej i później w historii muzyki poziomie. Wcześniej po prostu nikt na to nie wpadł, a później - cóż, w obecnie żaden zespół nie ma czasu by zamykać się na 8 godzin dziennie w sali prób, wypijać i wypalać różnych "ciekawych" substancji i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, oprócz tego grając grubo ponad setkę koncertów rocznie w całych Stanach. Ta metodyczna praca musiała zaprocentować i nadal, mimo upływu wielu lat od tych młodzieńczych praktyk, Trey, Page, Mike i Jon nie mają sobie równych w tak zwanym "zgraniu". Pozwoliło im to na wypracowanie umiejętności "komponowania na żywo", powszechnie wśród fanów znanej tako "type II jamming".
Jamy bowiem to kwintesencja Phisha i źródło (jedno z kilku) ich niesamowitej popularności. Zespół u swoich początków miał przed sobą dość trudne zadanie. Chcieli poświęcić się muzyce, więc siłą rzeczy nie mogło być to działanie hobbystyczne. Muzyka w dużej mierze instrumentalna, teksty pozbawione jakiejkolwiek ideologii, czasy przedinternetowe, MTV dopiero w powijakach (zresztą zespół był totalnie niemedialny, a dotychczasowa liczba ich teledysków wynosi...jeden, do tego po prostu słaby i kiczowaty), brak bogatych/sławnych rodziców czy doświadczenia w spółkach skarbu państwa...Wtedy, być może po raz ostatni przed rewolucją internetową, Youtubem, Facebookiem i innymi "mediami społecznościowymi", które obecnie w ciągu kilku godzin potrafią wykreować przebój czy celebrytę, stała się rzecz niezwykła. Zadziałało coś, co w języku marketingowym określane jest jako "word of mouth" i to w tym klasycznym ujęciu przekazywania sobie wiadomości z ust do ust. Jeśli prześledzimy historię koncertów Phisha w latach 1983-1991, zauważymy stały przyrost liczby fanów bez żadnego - oprócz naturalnie informacji o koncertach w lokalnych gazetach - udziału mediów. Dopiero w 1991 roku zespół zaczął pojawiać się w w prasie muzycznej, ale też były to pojedyncze wzmianki. Na poważnie media zainteresowały się fenomenem Phisha dopiero w drugiej połowie lat 90. - już jako znaczącym zjawiskiem kulturowym i komercyjnym.
Dlaczego zatem się udało? Jak wspomniałem, według mnie powodów jest kilka:
1. Zespół prezentował niemal od razu bardzo wysoki poziom wykonawczy, który rósł z miesiąca na miesiąc. Działo się to dzięki intensywnym próbom, koncertowaniu oraz narzuceniu sobie autorskiego reżimu ćwiczeniowego. Choć osobiście uważam, że "na poważnie" wykonawczo Phish jest interesujący dopiero od 1993 roku - głównie przez fakt zmiany basu Mike'a na idealny do tej muzyki instrument marki Modulus, zakup fortepianu Yamaha Baby Grand (tak, zaczęli go wozić ze sobą!), który dodał brzmieniu zespołu tak potrzebnej naturalności oraz wejście na wyższy poziom jamowania - nie da się ukryć, że umieli intrygująco grać już w latach 80.
2. Styl muzyczny i brzmienie - bardzo amerykańskie, przez co oczywiście kochane przez "lokalsów". Zresztą poza Stanami zespół pozostaje ciekawostką dla nielicznych. Ostatnia wizyta w Europie w 1998 roku (w latach 90. Phish docierał na stary kontynent kilkukrotnie) to trasa po średniej wielkości klubach (załapały się nawet Czechy...), gdzie i tak większą część widowni stanowili Amerykanie akurat przebywający w Europie. W tym czasie w Stanach zespół grał już w kilkunastotysięcznych arenach, nie wspominając o własnych, corocznych festiwalach dla 60-80 tys osób.
W jednym z artykułów Rolling Stone określił styl zespołu jako jazz/jam/prog/neo-classical/Broadway/Zappa/(Grateful) Dead, co dobrze pasuje do muzyki wykonywanej przez kwartet. Jeszcze lepiej jednak napisać: brak granic. Przy czym przy całym tym eklektyźmie Phish był w stanie wypracować swoje własne, momentalnie rozpoznawalne brzmienie. Oczywiście duża w tym zasługa każdego z muzyków z osobna. Jednak fascynacje mieli wspólne i wspólnie umieli twórczo zaadaptować je na potrzeby własnej grupy. Żeby ich lubić, trzeba mieć podobnie otwartą głowę. Jeśli dziwi, śmieszy czy frustruje Cię występowanie obok siebie fragmentów jazzowych, klasycyzujących, inspirowanych muzyką "barbershop", rockowych, ambientowych, funkowych, psychodelicznych, reggae, bluegrassowych i niezliczonej liczby innych smaczków, to nie jest zespół dla Ciebie.
Trey Anastasio jako swojego głównego mentora muzycznego wymienia Erniego Stiresa, pochodzącego z Vermont pianistę i kompozytora muzyki współczesnej. Stires lubował się m.in w atonalnych melodiach i harmoniach, które często konfronotwał z "tanecznym", swingowym rytmem. Stąd też w kompozycjach gitarzysty nietypowych, nieoczywistych progresji akordowych, polirytmii, wtrętów atonalnych i zabaw skalami. Wczesne utwory Phisha często powstawały jako skończone i zapisane w nutach dzieła, które zespół dopiero aranżował na próbach. W późniejszych okresach bardziej charakterystyczne stało się podejście riffowe, piosenkowe, a przemyślane części instrumentalne zostały wyparte przez jamowanie - stało się to po części z powodu "deficytów czasowych" (coraz więcej koncertów, nagrań, obowiązki rodzinne), a po część z faktu, iż zespół świadomie zmienił podejście do wykonywanej muzyki, będąc już w pełni świadomym swoich możliwości i umiejętności "komponowania na żywo".
3. Groove. Być może najważniejszy składnik sukcesu. Muzyka zespołu jest bowiem bardzo...taneczna. Wystarczy zobaczyć nagranie z jakiegokolwiek ich koncertu, nawet bez dźwięku, i popatrzeć na zachowanie publiczności. Wszyscy tańczą i przeżywają koncert bardziej jak set dj'a (ale biorąc pod uwagę styl zespołu - bardzo specyficzny) niż koncert rockowy. Rzeczywiście, swoistej "taneczności" tej muzyki trudno się oprzeć. Groove jest tak mocno amerykański, że w połączeniu z brzmieniem zespołu, dyskwalifikuje Phish na innych szerokościach geograficznych. Uczestnicy pierwszego koncertu zespołu może chcieli Michaela Jacksona, ale już kilka lat później dziesiątki tysięcy ludzi chodziło na koncerty Phish żeby się wytańczyć.
4. Set listy. Phish, wzorem Grateful Dead, co wieczór gra zupełnie inny koncert. Przy czym na samym początku działalności, w obliczu skromnej ilości repertuaru własnego, zmiany polegały na różnym rozmieszczaniu utworów w setach [jam bandy zazwyczaj grają koncerty złożone z dwóch setów, z przerwą w środku] oraz sięganiu po cudze kompozycje. Obecnie, posiadając w repertuarze grubo ponad 300 autorskich utworów oraz kilkadziesiąt coverów, częstokroć zaskakuje dawno nie granymi rarytasami. Oczywiście są utwory częściej i rzadziej grane i jak każdy zespół Phish posiada coś w stylu "greatest hits" (choć żaden z tych utworów nawet nie powąchał list przebojów). Żelazny kanon siłą rzeczy pojawia się częściej, jednak każdy koncert to niespodzianki...
A o niespodziankach, najważniejszych momentach w historii Phisha i o tym od czego warto zacząć - w następnym wpisie:)