poniedziałek, 2 maja 2016

Ritchie Blackmore Story (DVD, 2015)

Dziś mniej typowo, bo o filmie dokumentalnym. DVD "Ritchie Blackmore Story"  premierę miało w listopadzie 2015, ale z powodów niekoniecznie wytłumaczalnych miałem okazję zaznajomić się z nim dopiero teraz.

Nie ukrywam, że z klasycznie rockowych gitarzystów to Blackmore jest mi najbliższy. We wszelakich rankingach "popularności" ustępuje Page'owi, Iommiemu, Hendrixowi i innym tuzom z tamtych złotych lat muzyki rockowej. Ba, wyprzedza go nawet Kurt Cobain, co za każdym razem wywołuje uśmiech politowania i sprawia, że epitety wobec tego typu zestawienień same cisną się na usta. Oglądając "Ritchie Blackmore Story" można odnaleźć odpowiedź na pytanie o ten stan rzeczy. Przede wszystkim Ritchie jest introwertykiem. Najjaśniejszy (dosłownie) przejaw jego ekspresji to słynny wybuch wzmacniaczy na California Jam (omówiony ze szczegółami w filmie). Bardzo spektakularny, ale nie mogący być papierkiem lakmusowym jego scenicznego wizerunku. Owszem, zdarzało mu się tu i ówdzie roztrzaskać na scenie gitarę i pomachać głową podczas ekspresyjnych solówek (widać to szczególnie w nagraniach z koncertów z  przełomu lat 60. i 70.), ale w późniejszych latach utarło się, że Ritchie to mruk i człowiek raczej skupiony na instrumencie, niż na umizgach wobec pierwszych rzędów fanów. W tym kontekście bardzo szybko przestał być "herosem" gitary. Oczywiście, wielu było i jest "mało ruchliwych" muzyków, którzy zawsze  i wszędzie są kochani, ale powiedzmy, że mowa ciała naszego bohatera zdradzała jego myśli i nastawienie. Jeśli obejrzymy nagrania z lat 60. i wczesnych 70, to wszystko wydaje się w porządku, aczkolwiek ostatnie 10 lat rockowego grania Ritchiego to raczej podkówka z ust i intensywne spojrzenia rzucane kolegom na scenie. Bardzo ważnym czynnikiem, wpływającym na pozycję gitarzysty w popkulturze, jest jego brzmienie. I tu jestem skłonny dopatrywać się przyczyn stosunkowo niskiej (chociaż oczywiście nadal jest to pierwsza pięćdziesiątka) pozycji Ritchiego w rankingach. Podczas, gdy większość mistrzów sześciu strun stawiało nacisk bądź na ciężar (Iommi i cała metalowa gromada), bądź na szeroko pojęty feeling i zagrywki (Clapton, Beck, Hendrix itd.), Blackmore przedstawiał wizję zupełnie odmienną. Bardzo ciekawy materiał poglądowy zapewnia bootleg Rainbow Extra Long, nagrany 3 listopada 1995 r. w Londynie. Nie dość, że przedstawia zespół w znakomitej formie (a Blackmore'a w wyśmienitym humorze, stąd "extra" długość koncertu), to jeszcze sposób nagrania uwypukla mocno partie gitary, co pozwala wsłuchać się w niuanse jego gry (aby zgłębić tajniki gry gitarzysty, warto też zajrzeć do tego poradnika). Nie jest to "typowa gra na gitarze", prawda? Nie mieści się w typowych kanonach, uznawanych przez niedzielnych słuchaczy rocka, dlatego większość nie jest w stanie rozsmakować się w jego grze. Szalę goryczy przechyliło wycofanie się Ritchiego z krainy rocka w 1997 r. i przywdzianie stroju minstrela u boku czarującej małżonki w Blackmore's Night. Ale, na szczęście, historia jeszcze się nie skończyła...

"Ritchie Blackmore's Story" daje nam półtoragodzinny wgląd w historię gitarzysty. Nie ma tu jakichś rewelacji, jeśli chodzi o treść i fakty - średnio obyty fan zna wydarzenia z California Jam czy Montreux na pamięć. Ci, którzy są po lekturze którejś z książkowych biografii Purpli, wiedzą jaki Ritchie potrafił być. Tym razem jednak mamy unikalną możliwość posłuchania tych wszystkich historii z ust samego mistrza. Dzięki temu dostajemy ostateczne potwierdzenie pewnych faktów, ale przede wszystkim widzimy jak Blackmore podchodzi do tych spraw po latach. Tak, jest już siedemdziesięcioletnim człowiekiem, ale błysk w oku i specyficzne poczucie humoru wcale go nie opuściły. Jest w nim wiele spokoju i dystansu, ale i niezachwiana pewność siebie i stuprocentowa wiara we własne czyny. Odpowiada na pytania, których unikał od bardzo dawna. Omawia chociażby trudną relację z Ianem Gillanem, nie szczędząc mu zarówno słów uznania jak i (zasłużonej) krytyki. Z ujmującą szczerością opowiada o tym, jak Gillan nie mógł wpasować się w jego oczekiwania co do stylu śpiewania i dlaczego już w 71. rozważał odejście (razem z Paicem) z Deep Purple. Dostaje się też m.in Grahamowi Bonettowi (za fatalną, "nierockandrollową" fryzurę) oraz samemu Dio. Bohater filmu nie oszczedza nikogo (kto choć trochę zasłużył), ale za to "goście specjalni", wypowiadający się o gitarzyście, nie szczędzą pochlebstw i laurek. Posłuchać możemy m.in Briana Maya, Steve'a Lukatera, Joe Lynn Turnera, wspomnianego Grahama Bonetta, Steve'a Vaia czy Joe Satrianiego (który mowi m.in o doświadczeniach w zastępowania Blackmore'a w Purplach). Jest niemal rodzinnie, ale nie czuję to jakiegoś nadmiernego lizodupstwa - Ritchie wielkim gitarzystą był/jest i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Szkoda tylko, że w dokumencie znalazło się tak mało fragmentów związanych z techniką gry i charakterystycznymi zagrywkami - ale też na zawartość muzyczną nie ma co narzekać, jest to końcu pozycja nie tylko dla muzyków. Miedzy poszczególnymi wypowiedziami dostajemy mniej lub bardziej znane fragmenty koncertów i teledysków zarówno wczesnych składów, w których rozgrzewał się Ritchie, jak i wiadomych zespołów. Jako bonus...jeszcze więcej wypowiedzi Ritchiego na najróżniejsze tematy. Całość jest jednak porządnie przemyślenia i ani przez chwilę nie nuży - myślę, że może być ciekawa nawet dla kogoś, kto kompletnie w tym klimacie nie siedzi.

Ot i tak - dobry dokument o ponadprzeciętnym muzyku i artyście. Warto zobaczyć przed koncertami Rainbow i...Tribute to Rainbow, które planowane jest w Warszawie na 14.10.2016.

----------------------------------------------------------
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00



niedziela, 17 kwietnia 2016

Santana - Santana IV (2016)

Kontynuacja myśli sprzed ponad 40 lat. Wbrew pozorom bardzo świeża.

Wiadomość o chęci skrzyknięcia "okołowoodstockowego*" składu Santany pojawiła się bodajże w 2013 roku i pamiętam, że poważnie mnie wtedy zelektryzowała. Nie to, że obecnemu zespołowi Carlosa czegoś brakuje (wystaczy posłuchać koncertówki Corazon - Live From Mexico), ale nie oszukujmy się - od parunastu lat twórczość gitarzysty to mniej lub bardziej udany, latynoski pop z coraz to bardziej wymyślnymi gośćmi. Dlatego powrót starej gwardii był jak najbardziej wskazany. 

I wreszcie jest. Pilotowana singlem "Anywhere you want to go" (piosenką już wcześniej wykonywaną przez Grega Rollie w jego solowym zespole) płyta "Santana IV" kontynuuje to, co przerwano w 1971 roku. Rodzaj pewnej magii ZESPOŁU SANTANA, który na początku lat 70. ustąpił miejsca Santanie - soliście. 

16 utworów, ponad 75 minut muzyki. Trochę dużo. Dałoby się wyciąć to i owo, ale w końcu na płytę "czekaliśmy" dobre 40 lat, więc możemy darować te kilka zbędnych chwil. Zaczyna się od Yambu, które - na moje ucho - powstało dosłownie w 5 minut. To taki jam, jaki zespół mógł zagrać pewnie na pierwszej próbie po 40 latach przerwy. Nie mniej wraz z kolejnym utworem, Shake it, przyjemnie wprowadza w tę bardziej piosenkową część płyty. Absolutnie nie ma jednak tu czego czepiać. Wręcz przeciwnie, cudownie jest posłuchać takiego jamowego grania na najwyższym poziomie, z TĄ gitarą (a właściwie dwiema, ale jedną bardzo rozpoznawalną) TYMI Hammondami i TYMI perkusjonaliami. Powiedzmy to sobie szczerze: to najlepsza rzecz jaka wyszła spod palców Santany od wielu, wielu lat. Anywhere you want to go to rasowy, santanowski numer, mimo że napisany kilka lat wcześniej przez Gregga Rolie. Ale właśnie to jest kluczowe w tym składzie. Że "santanowsko" brzmi nie tylko sam Santana, ale cały zespół. To oni wspólnie tworzyli to brzmienie czterdzieści parę lat temu i teraz mamy okazję posłuchać nowych nagrań ludzi, którzy stworzyli ten styl. Nie są to naśladowcy, kopiści czy zręczni kuglarze, żonglujący inspiracjami. To ci goście wymyślili latino-rocka.

Żeby było jasne: nie mamy tu tematów na poziomie Oye Como Va czy Samby Pa Ti. Ale nikt się chyba cudów nie spodziewał. Pojawiają się miłe, skomponowane tematy w postaci Sueños czy You and I, ale "nic w życiu nie zmieniają". Dominuje jamowanie, cieszenie się muzyką: raz żywiej (doskonałe, połączone ze sobą Choo Choo i All Aboard - takiego grania można by słuchać w nieskończoność), raz bardziej nostalgicznie (dedykowane jednej z tych magicznych sal koncertowych tamtych lat Fillmore East). Pojawiają się propozycje piosenkowe (wspomniany singiel i nagrane z gościnnym udziałem Rolanda Isleya, wokalisty na stałe współpracującego z Santaną, Love Makes  The World  Go Round oraz Freedom in your Mind), ale nie są to w żadnym razie potworki, jakimi raczył nas Carlos przez ostatnie lata. Coś magicznego jest w tej kontynuacji "woodstockowego" Santany. Chyba nie mogło być lepiej. Ta muzyka po prostu cieszy. Latynoski posmak powoduje, że nogi same rwą się do tańca, a fenomenalne dialogi gitarowo-gitarowo-hammondowe masują uszy spragnione dobrego grania.

Tak jak zaznaczyłem na wstępie: nie zaszkodziłoby małe odchudzenie płyty - na przykład o raczej wymuszone Leave Me Alone. Z drugiej strony nawet te "słabsze" momenty są jak najbardziej słuchalne. A to zawsze kilka minut więcej spędzonych z tym składem. Dla mnie Santana IV na pewno ścisła czołówka płyt roku.


* skład obejmuje Carlosa Santanę, Michaela Carabello, Gregg Rolie, Michaela Shrievea, Neala Schona, czyli muzyków biorących udział w nagraniu albumu Santana III.  Dodatkowo pojawili się  Benny Rietveld i drugi perkusjonalista Karl Perazza

sobota, 9 kwietnia 2016

Spiritual Beggars - Sunrise to Sundown (2016)


UWAGA!
Poniższy tekst pisany był z myślą o pewnym portalu, stąd dość "niemuzycznonocna" (czyt. łopatologiczna i pod przypadkowego czytelnika) treść. Ale chyba mnie olali podczas tej rekrutacji, a już nie mam serca pisać tej recki od nowa...nie mniej jednak album na tyle wart polecenia, że jednak ją tu umieszcze:

..............................

Moda na vintage trwa w najlepsze. Co ciekawe, efekty artystyczne takich powrotów do przeszłości są w większości co najmniej satysfakcjonujące.

Najjaskrawszym przykładem jest zespół Europe. Pamiętany z lat 80. i kojarzący się większości słuchaczy z odrobinę kiczowatym image, powrócił po dłuższej przerwie ponad dekadę temu bardzo obiecującym krążkiem “Start from the dark”, by w 2015 roku wydać, według wielu, jedną z najlepszych płyt w swojej karierze, “War of Kings”. Nasycona odniesieniami do rocka lat 70., umieściła zespół z powrotem w czołówce kapel klasycznie rockowych. Na polskim podwórku udany flirt ze stylem vintage zaliczyły Natalia Przybysz i Ania Rusowicz (wraz z zespołem), czego kulminacją był ich wspólny występ na zeszłorocznym Przystanku Woodstock w projekcie “Flower Power”.

Kolebką takiego udanie nawiązującego do przeszłości grania jest obecnie Skandynawia. Stamtąd pochodzą, działający od 1993 roku, Spiritual Beggars. Funkcjonujący początkowo jako project poboczny znanego z Arch Enemy Michaela Amotta, szybko odniósł względny sukces (m.in nominacja do szwedzkiego odpowiednika nagród Grammy w 1994). Od tego czasu grupa funkcjonuje głównie na rynku Europejskim i Japońskim, co kilka lat wydając ciepło przyjmowane przez publiczność albumy.

Najnowszy, wydany w marcu br. “Sunrise to Sundown” to kolejny krok zespołu
w stronę lat 70. XX wieku. Po stonerowych początkach pozostały  właściwie pojedyńcze ślady, chętniej natomiast grupa nawiązuje do muzyki takich zespołów jak Deep Purple czy Rainbow. Przy czym nie jest to nawine kopiowanie, a twórcza próba zaadoptowania klasycznego brzmienia do czasów współczesnych. Już sam początek wyznacza nastrój, w jakim spędzimy najbliższe 45 minut. Masywny riff gitarowy i mocny wokal podkreślone są solidną sekcją rytmiczną i przesterowanymi organami Hammonda. Niby nic odkrywczego, ale krystaliczne brzmienie przyjemnie kopie po uszach. “Diamonds Under Pressure” i “What Doesn’t Kill You”
to niemal dosłowne odniesienia do wyżej wspomnianych mistrzów gatunku. Jakże przyjemnie posłuchać tak melodyjnych i zgrabnych refrenów! Wokalista Apollo Papathanasio sprytnie lawiruje pomiędzy stylami Davida Coverdale’a i Ronniego Jamesa Dio, prowadząc nas przez 11 zawartych na płycie utworów.
 A muzycy? Łoją aż miło. To zdecydowanie nie jest płyta na romantyczny wieczór przy winie. Ale już na długą podróż autostradą będzie w sam raz. Wielkie brawa dla klawiszowca, Pera Wiberga, który serwuje kilka naprawdę klimatycznych zagrywek i zawsze czujnie kontroluje sytuację zza organów Hammonda. Zresztą wszyscy muzycy mogą pokazać swoje, niemałe, umiejętności. Utwory takie jak wspomniany “What Doesn’t Kill You”, czy lekko kosmiczne Lonely Freedom pełne są kapitalnych wstawek instrumentalnych, które nadają płycie klasycznie rockowego sznytu.

Nie jest to album przełomowy ani wyznaczający trendy, ale grupy takie jak Spiritual Beggars nie mają ambicji rewolucyjnych. Dostarczają nam za to dawki naprawdę dobrze I z pasją zagranej muzyki. Dla wszystkich lubiących rocka lat 70 we współczesnym wydaniu pozycja obowiązkowa.

czwartek, 7 kwietnia 2016

V Memoriał Jona Lorda - zapowiedź - Proxima, Warszawa


Piąty raz dla Jona - V Memoriał Jona Lorda 13.10.2016

Kiedy cztery lata temu wpadliśmy na pomysł zorganizowania obchodów 40-dziesto lecia słynnych, uwiecznionych na albumie "Made in Japan",koncertów Deep Purple nie mieliśmy pojęcia, że zmienią się w epitafium dla Jona Lorda. Kiedy planowaliśmy drugą edycję w 2013 nie marzyliśmy o tym, że koncert stanie się imprezą cykliczną, która na stałe wpisze się w rockowy kalendarz stolicy, a jego formuła stanie się swego rodzaju wzrocem, kopiowanym - czasami dosłownie - przez innych. Ale tak się stało i dzięki temu po raz kolejny będziemy mogli spotkać się współnie w Proximie w ten jesienny wieczór.

Jak zwykle czeka nas solidna, ponad 3-godzinna dawka hard-rocka w wybornym wydaniu. Odwiedzą nas dobrzy znajomi: Grzegorz Kupczyk i Piotr Brzychcy, ale także "perfect strangers": po raz pierwszy mamy zaszczyt gościć jednego z największych fanów "purpury" w Polsce - Wojtka Cugowskiego (gitara/wokal), oraz wspaniałe, rockowe gardła w postaci Tomka Struszczyka (Turbo) i Łukasza Drapały (Chemia). Pojawi się też postać ze świata progresywnego- Bartek Kossowicz (Quidam). A jest to dopiero początek listy gości. Czeka nas wiele niespodzianek, zarówno repertuarowych jak i personalnych. Kolejne szczegóły podawane będą na bieżąco. Gospodarzem muzycznym imprezy będzie jak zwykle dowodzona przez Łukasza Jakubowicza (instrumenty klawiszowe, m.in Ania Rusowicz, Panteon, Hippocampus) grupa Made in Warsaw.

Strona imprezy: jonlord.art.pl
Wydarzenie na facebooku:



środa, 30 marca 2016

Royal Hunt - 29.03.2016, Warszawa, Progresja Music Zone

Royal Hunt nie jest w naszym kraju, ani nawet poza nim, potęgą. Istniejący od 1989 zespół wydał już 13 studyjnych i 5 koncertowych albumów, ale znany jest jedynie miłośnikom tak zwanego "melodic neoclassical rock/metal". Czyli duszyczkom zagubionym w przeszłości, w której melodia w utworze rockowym była podstawą, zespoły nie bały się odrobiny (a czasem nawet i sporej dawki) patosu, refreny były nośne, wokalne górki nie były obciachem, a instrumentaliści byli równie ważni co wokaliści (i uwielbiani proporcjonalnie do powierzchni pokazanej klaty). Te czasy dawno mięły a miejsce gitarzystów o adonisowych rysach zajęli pulchni okularnicy z okresową depresją, ale istnieją jeszcze przyczółki starego świata. Garstka wybrańców mogła podziwiać taką żywą skamielinę w poświąteczny wieczór w Progresji.

No właśnie - frekwencja na koncercie Royal Hunt była ŻAŁOSNA. Napisać, że klub świecił pustkami, to nie napisać nic. Muzycy co prawda robili dobrą minę do złej gry i byli bardzo przekonujący w podziękowaniach dla tych, którym chciało się ruszyć "cztery litery" z domu (co podkreślone zostało - ponoć ponadprogramowo- podwójnym bisem), ale mimo to czułem pewien niesmak i wstyd za polską publiczność. Tym bardziej, że wstęp na koncert kosztował, w przedsprzedaży, 69 zł. Myślę, że w krajach, przez które przebiega tegoroczna trasa Royal Hunt - Skandynawii, Rosji, nie mówiąc już o Japonii - nie jest tak źle. Niestety, w Polsce "wyrobieni" słuchacze wolą dać 300 zł na rozwodnionego Stinga czy schyłkowego Gillana, niż zadać sobie trud poznania muzyki samemu, bez pomocy MiniMaxu czy redaktora Kyrdrrrryńskiego. Gdyby jednak przeskoczyli samych siebie, trafiliby na naprawdę fajny koncert.
 Przede wszystkim D.C. Cooper (a jednak wokalista...) - z niemałym zdziwieniem odkryłem po fakcie, że facet ma 50 lat. Sposób i siła, z jaką śpiewa, dosłownie powalały. Górki, doły, średnice - z głosem robił co chciał. I to, zdawało się, zupełnie bez wysiłku. Przez godzinę i czterdzieści minut śpiewał absolutnie bezbłędnie. A do tego dochodziła jeszcze naprawdę zabawna i nienachalna konferansjerka - ze względu na "tłumy" pod sceną sztuka jeszcze trudniejsza. I naprawdę aktorski luz sceniczny (ale w końcu to Amerykanin...). Po tym też idzie poznać profesjonalistę. Nawet jak gra dla niewielu, robi to z klasą. Oj, szanowni fani muzyki rockowej - dla samych doznań płynących zza głównego mikrofonu warto było stawić się w Progresji!
 Przed koncertem uszy ostrzyłem sobie na André Andersena, założyciela zespołu i jednego z najbardziej utytułowanych klawiszowców prog-metal-światka. Bardziej niż solowe popisy liczy się jednak w muzyce Royal Hunt zespołowość, toteż nie uświadczyliśmy oddzielnych popisów instrumentalistów. Oczywiście były solówki "wewnątrzutworowe" i klasycyzujące unisona, ale nie dominowały one nad całością. W przypadku tego koncertu nie miałem jednak przesytu części wokalnych. Oprócz niezaprzeczalnych walorów wokalnych Coopera niemałą przyjemność sprawiały same melodie kawałków. Nawet będąc względnym laikiem w temacie dyskografii zespołu, już po pierwszym refrenie można z powodzeniem śpiewać na całe gardło takie One Minute Left to Live, Message to God czy zagrane na sam koniec A Life to Die For. Ci obeznani w dyskografii Duńczyków z pewnością jednym tchem wymienią wydawnictwa do których sięgneli muzycy, ja z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że  promocji ostatniego albumu, Devil's Dozen, otrzymaliśmy mini przegląd przez całą twórczość zespołu. I tylko szkoda, że to być może ostatni raz - po takiej frekwencyjnej klapie Royal Hunt może do nas po prostu nie wrócić. Oby jednak wrócili, bo w temacie dobrego, rockowego koncertu bez zbędnych fajerwerków, są naprawdę mistrzami.


-----------------------------------------------------------
Zapraszam na Muzyczne Noce w radiopraga.pl
W każdą niedzielę o 21:00
Fanpage audycji na Facebooku

Zdjęcia: Rafał Klęk
                                          D.C. Cooper i autor ;)






niedziela, 21 lutego 2016

The Winery Dogs - 20.02.2016, Progresja, Warszawa

Czasami jest tak, że na dany film idzie się dla danego aktora. Bo lubi się jego grę, urodę czy sposób bycia. Cała reszta (fabuła) jest dla nas dodatkiem i oczywiście lepiej, gdy jest ciekawa, ale raczej skupiamy się na wybranej postaci lub postaciach - a dobry aktor potrafi uratować nawet słabo napisaną rolę.

Trochę w ten sposób podszedłem do koncertu The Winery Dogs - wybrałem się tam głownie dla gry Mike'a Portnoya. Nic nie poradzę - słowo "uwielbiam" to może za dużo, ale określenie "bardzo lubię" jego grę będzie już odpowiednie. Perkusista kontrowersyjny, przez pewne środowiska wręcz wzgardzany, ale szczerze powiedziawszy chyba przez środowiska o stępionym słuchu muzycznym. Najlepszy dowód to Mike M, jego następca w Dream Theater - muzyk może (jeszcze) lepszy technicznie, ale w moich oczach obniżający wartość zespołu. Mike P. ma to "coś", co jest wartością samą w sobie. Artyzm, charyzma, oczywiście połączone z "szołmeństwem" i duża dawką popisówki scenicznej, ale w samej grze urzekają mnie uniwersalnością i brzmieniem. Ale dość tłumaczenia - niedawno kilka słów o wartościach dodanych Mike'a napisałem przy okazji recenzji The Astonishing Dream Theater.

Od momentu odejścia z macierzystego zespołu Portnoy ostro pracuje, a kolejne projekty w gwiazdorskiej obsadzie powstają jak grzyby po deszczu. The Winery Dogs to idealny tego przykład. Trzy nazwiska, które ściągnęły w sobotni wieczór komplet widzów do warszawskiej Progresji. A wśród publiczności wiele znajomych twarzy, w tym takie, które nieczęsto widuje się na koncertach. Mignęło mi też sporo zawodowych muzyków. I myślę, że to jednak w dużej mierze muzycy różnej maści zasilili tym razem pojemny parkiet klubu. I każdy z nich miał na tym koncercie swojego "aktora", dla którego przyszedł.

Zespół zaczął punktualnie od 20:50 i przez równo półtorej godziny stawiał głównie na zadziwianie widzów sprawnością techniczną muzyków. Z tym że chodzi raczej o popisy w ramach konkretnych utworów, efektowne ich zagranie, a nie epatowanie partiami solowymi. Te oczywiście też były, ale nie zdominowały setu. Największe wrażenie pod tym kątem robiła część zagospodarowana przez Billy'ego Sheehana. Solo na zasadzie "byle szybciej i gęściej", ale absolutnie nie można skłamać, że nie robiło to wrażenie. Billy ma 62 lata, ale nadal brzmi i gra na poziomie niedostępnym dla wielu. Równie mało skromny był Portnoy, znany ze swojego błaznowania podczas gry. Ależ tego luzu brakuje obecnie w Dream Theater! W The Winery Dogs Mike także pełni rolę nieformalnego lidera - dyryguje publicznością, co chwilę podrzuca pałeczki (które raz łapie, a raz nie), gra na stojąco, podczas The Other Side podąża śladami Mariana Lichtmana, a na końcu (w sposób kontrolowany, ale jednak!) rzucił nawet stołkiem nad perkusją. Widać było, że reakcja polskiej publiczności dała mu porządnego, energetycznego kopa. Faktycznie, wypełniona niemal po brzegi Progresja i las klaszczących dłoni mógł robić wrażenie. Podkreślić należy, że zespół zagrał wyłącznie autorski materiał z dwóch dotychczasowych krążków, a reakcje publiczności sprawiały wrażenie jakby grane były utwory co najmniej klasyczne w swoim gatunku. Zauważalnie ucieszyło to muzyków. Najbardziej wyważony w reakcjach był Ritchie Kotzen, chociaż nie można powiedzieć że się lenił. Pokazał naprawdę znakomite możliwości wokalne i rzecz jasna gitarowe. W dwóch numerach usiadł to piana Wurlitzera, ukazując, jak to określił Portnoy, swoją słodszą stronę w balladowych Fire i Regret. 

To był porządny, rockowy strzał. Mocne, dynamiczne granie z bardzo potrzebnymi atrakcjami, które urozmaicają dość monotonny muzycznie materiał The Winery Dogs. Indywidualne popisy i numery z pianem dały temu koncertowi to, czego nie miał podobny w formule koncert California Breed z listopada 2014. Rock jeszcze nie umarł:)

Dziękuję Jarkowi za możliwość spotkania artystów na backstage:)



P.S. Koncert The Winery Dogs okazał się ostatnim, jaki zobaczył i usłyszał w życiu Piotr Grudziński z Riverside. R.I.P.

wtorek, 16 lutego 2016

Steve Rothery Band - 15.02.2016, Progresja, Warszawa

Tak to już jest, że gdy jesteś lub byłeś członkiem Bardzo Ważnego Zespołu, to na solowych koncertach musisz coś z repertuaru tego zespołu zagrać. Wieść o takim zamiarze podbija z automatu sprzedaż biletów, a jest i artystyczną okazją do przypomnienia czasami od dawna nie granych przez Bardzo Ważny Zespół utworów. W końcu masowo robią to "tribute bandy", więc jak najbardziej logicznym jest, że człowiek, który tworzył te dźwięki lata temu, ma do nich jeszcze większe prawo.

Fish w zeszłym roku odwiedził Polskę z "Misplaced Childhood" dwa razy (łącznie dając 5 występów) , za każdym razem zbierając mieszane opinie. Bo wiadomo - Fish to Fish, klasyk progresu lat 80 i artycha pełną gębą. Ale głos nie ten i pewne (poważne) uchybienia w wykonaniach były słyszalne. No i ponoć gitara nie ta...(na żadnym z tych koncertów nie byłem, woląc zostawić w pamięci cudownie magiczny koncert artysty z października 2006, kiedy "Misplaced...." również było prezentowane - z okazji 20-to lecia wydania albumu)

Więc przyjechała TA gitara w postaci Steve'a Rotherego. Z tego co wiem frekwencja na listopadowym koncercie Fisha w tym samym klubie była większa. No cóż, przywilej wokalisty. Punktualnie o 20:00 zaczęła się pierwsza część wieczoru. Steve ze swoim zespołem zaprezentował 5 kompozycji ze swojej pierwszej (!!) solowej płyty z 2014 roku, The Ghost Of Pripyat. Nawet nieznającym tematu (czyli na przykład mnie) ta porcja nie zrobiła krzywdy. Niby granie wyłącznie instrumentalne jest na koncertach rockowych "nie aż tak atrakcyjne" niż wokalno-instrumentalne, ale nie od parady Steve R. jest przecież uznawany za jednego z głównych melodyków gitary. A więc nie puste popisy, a melodie i klimat unosiły się pod dachem Progresji. Nawet nie znając materiału można było zamknąć oczy i odpłynąć. Zresztą patrzeć nie było za bardzo na co - zerowa scenografia i lekko grubawy facet zmagający się z gitarą na środku sceny....oczywiście dla fanów Marillion ten widok był w stu procentach tym, co chcieli oglądać. Steve okazał się bardzo sympatycznym konferansjerem, z humorem zapowiadającym kolejne utwory i wdającym się w dialogi z publicznością. Już na tym etapie okazało się też, że koncert nagłośniony będzie bardzo przyzwoicie - realizator sprawiedliwie traktował wszystkie instrumenty i nie było sytuacji, że gitara nachalnie przykrywa klawisze, co niestety zdarza się na koncertach dość często. 

Jakkolwiek sympatyczna nie byłaby pierwsza część koncertu, większość zebranych w Progresji czekała na danie główne. Po krótkiej przerwie zespół, wsparty przez wokalistę o swojsko brzmiącym nazwisku Jakubski, wrócił na scenę i przy gorącym aplauzie publiczności rozpoczął misterium pod tytułem "Misplaced Childhood". To chyba ostatni w historii album koncepcyjny, który jako tako zakotwiczył w umysłach szerszej niż fani danego zespołu świadomości. Płyta szczególnie ważna dla Fisha, bo przecież w warstwie tekstowej zawierająca wątki autobiograficzne. I ma to śpiewać kto inny? A jednak! Steve poszedł modną ścieżką (zainicjowaną w latach 90. przez Judas Priest, obraną też przez Yes) i szukając wokalisty, który ma wcielać się w rolę dawnego kolegi, sięgnął do tribute-bandu swojego macierzystego zespołu. W tym wypadku był to strzał w dziesiątkę, bowiem od pierwszych linijek Pseudo Silk Kimono czuć było w wokalu Jakubskiego tę fishową nutę, pozbawioną jednak skaz naniesionych na oryginał przez papierosy, alkohol i wiek. Martin wywiązał się ze swojego zadania na piątkę, a momentami - pokazując pełnię możliwości wokalnych - na szóstkę. Oczywiście brak mu tej scenicznej charyzmy, która wzniosła Fisha na ołtarze, ale nie można mieć wszystkiego. Zresztą obecność Rotherego wynagradzała te niedostatki. Suita została zagrana "jak Pan Bóg przykazał". Bez większych wtop, z jedną przerwą na podstrojenie gitary. Z wydatnym udziałem publiczności, zarówno wokalnym jak i klaskanym (jak głośno skomentował to jeden ze stojących przy barze: "klaskać to trzeba umieć!"). Momentami miało się wrażenie podróży do lat 80. - materiał nie zestarzał się ani trochę, mimo oczywistych znaków tamtych czasów (brzmienia klawiszy).

Czy wybrzmienie ostatnich taktów White Feather oznaczało koniec koncertu? Okazało się, że czeka nas jeszcze bite 45 minut przygody ze starszą i młodszą historią Marillion. Jeśli uznać to za bis, to sporo się przeciągnął i chyba każdy obecny na widowni musiał być usatysfakcjonowany. Pojawiło się kilka klasyków - Fugazi (z obowiązkowym wykrzyczeniem przez publiczność ostatniego słowa), Sugar Mice, Incubus (zapowiedziany przez Martina jako kawałek zawierający jego ulubione solo Steve'a). Pojawił się też rarytasik - strona B singla Assassing, Cinderella Search. Największą jednak niespodzianką było zagrane na sam koniec, chyba faktycznie jako ekstra bis i prezent dla polskiej publiczności, najmłodsze w zestawie Afraid Of Sunlight. Steve zapowiedział, że zbyt dobrze tego nie na próbie nie ograli i może być trochę "chwiejnie", ale myślę że zespół podołał wyzwaniu całkiem sprawnie. Niestety, twórczość Marillion ery Hogartha to dla mnie jedna wielka plama z przebłyskami typu Neverland czy This Is The 21st Century, więc nie jestem w stanie ocenić tego wykonania z pełnym przekonaniem. Jednakże mina znajomego fana(tyka) Marillion, którego spotkałem zaraz po zapaleniu górnych świateł, mówiła sama za siebie. To był bardzo udany wieczór.

Jeszcze jedna miła rzecz, jaka ma miejsce przy tego typu klubowych koncertach członków Bardzo Ważnych Zespołów - artyści po kilkunastu minutach wmieszali się w pozostałą placu boju publiczność i cierpliwie rozdawali autografy oraz pozowali do zdjęć.

Autor, Rafał N. oraz Steve Rothery

Dziękuję Pawłowi za zaproszenie na koncert!