niedziela, 1 stycznia 2017

Subiektywne podsumowanie 2016 roku

To byl trudny i dziwny rok. Tak się jakoś składa, że dla większości osób, ktore znam był właśnie albo trudny, albo co najmniej nijaki. Miłośnicy pop-kultury odliczali kolejne zgony muzyków, aktorów i innych wpływowych person. Konflikty zbrojne na świecie i politykierstwo w kraju przybierały na sile. Doszło do tego, że już od listopada co niektórzy zaczęli mamrotać jak mantrę: "niech ten rok się już skończy...". Oczywiście w kontekście śmierci bardziej to irytuje niż czyni cokolwiek innego. Bo jakże, wraz ze zmianą dat w kalendarzu cokolwiek w tej materii się zmieni?

źródło: polityka.pl

Z pomocą redakcyjnego kolegi publicysta  Roland Hughes zebrał nekrologi, jakie opublikowano lub wyemitowano w BBC (w telewizji, radiu, w internecie) w pierwszym kwartale każdego roku, poczynając od 2012, na bieżącym kończąc. Trend jest wyraźny. Znani umierają coraz częściej. Oczywiście ma na to wpływ rozmydlenie gradacji słowa "znany". Teraz celebrytą zostaje byle idiota z reality show i gdy, nie daj Boże, mu się zemrze, to tabloidy/pudelki w internecie zaraz o tym napiszą. 

Jednak interesujące nas, naprawdę utalentowane osoby z pokolenia urodzonego w trakcie lub zaraz po II Wojnie Światowej, faktycznie "zwijają" się coraz częściej. Właśnie dobiegają lub właśnie przekroczyły 70. rok życia i coś pęka. Oczywiście najczęściej jest to rak, ale łatwo możemy wysnuć logiczne wnioski. Dekady (bo nawet nie lata) zażywania wszelakich substancji słodzących żywot na tej ziemii właśnie o sobie przypominają. Greg Lake czy George Michael (to akurat późniejszy rocznik) pod koniec życia nie wyglądali najlepiej. Zmarły jeszcze pod koniec 2015, konkurujący z Keithem Richardem o miano muzyka o najbardziej odpornym organizmie Lemmy z Motorhead, okazał się przeżartym przez choroby od środka korpusem. Nie oszukujmy się więc - nie będzie lepiej, będzie gorzej. 

Ten rok oszczędził moich osobistych idoli, oprócz jednego - w marcu Keith Emerson, jeden z najbardziej wpływowych i innowatorskich klawiszowców w historii rocka, odebrał sobie życie. Depresja. Świat wspomniał o nim bardzo delikatnym pierdnięciem, po czym wrócił do stanu normalnego, czyli ignorancji. Bo Keith nie zmienił dzieciństwa/młodości gości z fejsbuka, którzy parę dni temu, każdy z osobna i razem, opłakiwali rzewnie George'a Michaela. George dał im Last Christmas i Careless Whisper, co wielu zapewniło podkład pod macanki na dyskotekach w podstawówce. George dał fenomenalne - to trzeba przyznać - wykonanie Somebody to love na koncercie poświęconym pamięci Freddiego Mercur'ego. Każdy lubi/chce (lecz nie każdy powinien) śpiewać, a śpiewakiem - tudzież wokalistą - George był wyśmienitym. Miał głos. A co miał Keith? Wizję, tupet, odwagę, talent, które w specyficznym okresie rozwoju muzyki rockowej dały mu sławę i pieniądze, ale także dość szybko ją odebrały, a cały gatunek rocka progresywnego, który firmował, stał się niemodnym, pogardzanym dinozaurem, który ściągnął na nas wszystkich zarazę zwaną punk rockiem. Ręka do góry, komu dziś potrzebny jest rockowy klawiszowiec tego kalibru? Na pewno nie w Polsce.

W Polsce 2016 to kolejny rok produkowania "imienia i nazwiska". Nie ma już zespołów (pozostają zazwyczaj na etapie przeglądu Emergenza i klubowych koncertów dla kilkudziesięciu osób; nie liczę sezonowych ciekawostek, opartych na "jajowaniu", takich jak np. Nocny Kochanek), są "artyści". Ostatni liczący się zespół, jaki powstał w Polsce, to Riverside i było to bodajże 15 lat temu. Teraz mamy zazwyczaj kobitę, która koniecznie chce coś temu światu przekazać, od zawsze przejawiała talent (według rodziców), a teraz wreszcie dojrzała do publicznej ekspresji. I nie ma tu znaczenia czy najpierw przefiltrują ją w jakimś programie typu "talent show" czy pojawi się znikąd. Śpiewać (technicznie rzecz biorąc) umie, dobiera się jej muzyków sesyjnych i jazda w Polskę. Komercyjno-medialne aspekty takiej działalności to jedna sprawa, mnie w tym miejscu interesuje efekt artystyczny. A ten jest w 99% przypadków nijaki. Ja, jako odbiorca, nie wiem o czym one wszystkie grają, śpiewają, po co one w ogóle istnieją. Nie pamiętam ani jednego kawałka. Melodii. To wszystko jest robione na zasadzie strzępka pomysłu "artystki" przetrawionego przez wynajętego SPECJALISTĘ-PRODUCENTA, który za 10 tys PLN za utwór robi z tego nagranie nadające się do publikacji. Ile ja się nasłuchałem ochów-achów nad kolejnymi pannami "imię i nazwisko". Że to takie zajebiste, że innowacyjne, jak wyprodukowane, jak brzmi! A potem przychodzi umierający Leonard Cohen i nawet nie zmiata, a ściera to wszystko jednym You want it darker. A człowiek uświadamia sobie po raz kolejny, że ARTYŚCI faktycznie odchodzą.

Dzięki Bogu i opatrzności pojawiło się jednak w 2016 trochę Muzyki. Pożegnalne, jak się okazało, płyty Davida Bowiego (Blackstar) czy wspomnianego Cohena (You want it darker) to dzieła wyśmienite, które odniosły także komercyjny sukces (w obu przypadkach twórcy zmarli kilka dni po wydaniu swoich albumów, co z całą pewnością podbiło zainteresowanie ze strony szerokiej publiczności). Santana powrócił do korzeni w bardzo stylowy sposób na płycie Santana IV, nagranej w składzie z przełomu lat 60. i 70. Ale akurat to wydarzenia jakoś światem nie wstrząsnęło. Może takie jamowe granie nie jest JUŻ w modzie? (tu oczywiście stosowny uśmieszek, bo pytanie ni mniej, ni więcej, a retorycznym jest). Podobnie sprawa ma się z Glennem Hughesem i jego Resonate - nareszcie powrót do hard rockowych żródeł.

Bardzo udaną płytę, lecz innego kalibru, wydał szwedzki duet Roxette. Właściwie jest to już sprawa pożegnalna, bo jeszcze przed jej wydaniem okazało się, że artyści rezygnują z działalności koncertowej. Stan zdrowia Marie Fredriksson zmusił ją najpierw do siedzenia na koncertach,a w efekcie do ich wykreślenia z planów zawodowych. A bez koncertów wydawanie płyt przez takie instytucje jak Roxette nie ma sensu, bo to jedyna sensowna forma zwrotu inwestycji. Płyty, jak bowiem wiemy, obecnie sprzedają się w ilościach mikroskopijnych.

Marillion wydał zaskakująco dobrą F.E.A.R., wreszcie nieprzegadaną i pełną niemal floydowskiej przestrzeni, zaopatrzoną też w pakiet dobrych pomysłów melodycznych. Spisała się również Metallica, mimo skrajnych ocen nowego materiału słychać, że weterani thrash metalu nie odpuszczają. Metal to jest to moja bajka, więc płyty szerzej nie omawiałem, ale wchodzi to to naprawdę dobrze. Takich płyt jest oczywiście więcej, dlatego nie roszczę sobie praw to tworzenia rankingów i podsumowań płytowych, bo wiem, że musiałbym przesłuchać dosłownie kilogramy muzyki. Robi to m.in kolega Bizon na swoim blogu, który niesie kaganek muzycznej oświaty i dostarcza m.in mnóstwa informacji o scenie stonerowo-psychodelicznej z naciskiem na Skandynawię. Trzeba przyznać, że obecnie jest to jeden z ciekawszych kierunków dla miłośników brzmień rockowych w klimacie tak zwanego "vintage". Przy okazji muzyczne koleżeństwo z Polski mogłoby się uczyć właśnie od Skandynawów, ale myślę, że większość nie patrzy dalej niż na czubek własnego nosa. Tym niemniej nowej muzyki z tamtych rejonów słucha się bardzo przyjemnie. Co prawda nie trafiłem jeszcze na coś, co by mnie TOTALNIE powaliło, w większość to po prostu granie oparte na starych patentach, ale całokształt jest naprawdę smakowity. Ze "starej" Skandynawskiej gwardii wysoki poziom utrzymało w tym roku Spiritual Beggars albumem Sunrise to Sundown.

Na polskim poletku ucieszyła mnie szczególnie Breaking Habits projektu Meller, Gołyźniak, Duda. Mało ci u nas "supergrup", jeszcze mniej takich, które nagrywają dla samej przyjemności nagrywania. Odezwała się także nasza najstarsza supergrupa i to w najlepszym, oryginalnym składzie: SBB. Nagrali nową płytę, Za linią horyzontu, która nadal czeka na recenzję na łamach Muzycznych Nocy. Jest nieźle, ale...

Dużo łatwiej niż top 10 płyt przyjdzie mi utworzyć top...7 utworów tudzież piosenek, które zrobiły na mnie największe wrażenie w minionym roku. Czasami jest tak, że już po kilku taktach dana kompozycja przykuwa uwagę, a po pierwszym odsłuchu chce się do niej wracać raz po raz. Oto więc lista takich perełek (kolejność przypadkowa).

1. Leonard Cohen You want it darker
2.Roxette Why don't you bring me flowers (ale wersja albumowa - ta do teledysku to jakiś zremiksowany koszmarek)
3. Phish Blaze On (koncertowa premiera odbyła się w 2015, ale studyjna dopiero w październiku 2016 na płycie Big Boat)
4. Blues Pills Lady in Gold
5. David Bowie Blackstar
6. T.Love Pielgrzym
7. Anita Lipnicka Ptasiek

Koncertowo rok 2016 był bardzo bogaty. Tak bogaty, że większość z nas, nie mająca dostępu, do prasowych wejściówek, musiała po prostu selekcjonować to, na co się wybiera. Rok 2017 zapowiada się zresztą nie mniej interesująco. Ja niestety nie uczestniczyłem w tak wielu koncertach jakbym sobie życzył. Żałuję przede wszystkim Iana Gillana z orkiestrą. Cóż, bilety były tak drogie, że koncert przeniesiono z Hali Koło do Progresji, bo chętnych jakby zabrakło. Organizator ani jego otoczenie nie pomyślało, żeby na przykład zwrócić się do twórcow Memoriału Jona Lorda, którego piąta edycja odbyła się w Warszawie miesiąc przed koncertem Gillana i nawiązać jakąś współpracę w celi promocji eventu. Był dostęp do niemal 500 fanów tej muzyki. Ale lepiej robić po swojemu:)
Koncertem, który wywołał we mnie największe emocje był angielski koncert...Rainbow. Reaktywowany zespół, którego występy przyniosły chyba najwięcej kontrowersji ze wszystkich koncertów na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy. Pisałem o tym zarówno tu jak i w Teraz Rocku. I po ponad pół roku ten wieczór nadal mocno tkwi w pamięci i wywołuje emocje. Richie Blackmore nie w formie, zespół mocno średni, a jednak...jakaś magia, ciarki, wzrok i słuch przez bite dwie godziny wbity w scenę. Nie było mowy o uronieniu choćby jednej nutki. Takich koncertów już po prostu nie ma. Wydany w listopadzie na DVD zapis koncertu z Niemiec robi przygnębiające wrażenie, ale tam, na żywo, w Genting Arena, otworzyły się wrota do innego, zapominanego powoli wymiaru. Ritchie na 2017 zaplanował kolejne 4 koncerty Rainbow, tym razem tylko w UK. O rok starszy, z trochę zmienionym repertuarem (więcej Rainbow w Rainbow) - czy zdoła rozświetlić tęcze po raz kolejny?

Jaki był więc ten rok? Relatywnie spora liczba zgonów postaci znaczących dla świata muzycznego jest faktem, ale w dużej części była niestety skutkiem wielu lat zaniedbywania zdrowia. Muzyki jak zwykle ukazało się całe mnóstwo i w tym całym chaosie kto chciał, to wyłapał prawdziwe perełki. Na szczęście to nam, miłośnikom Muzyki przez duże "M", zostało - i żadna władza ani decydenci nie wcisną disco polo w nasze osobiste enklawy.








wtorek, 27 grudnia 2016

V Memoriał Jona Lorda - organizatorzy przekazali środki na konto Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"

Koniec roku sprzyja podsumowaniom. W końcu udało się też podsumować V Memoriał Jona Lorda. Tak jak zapowiadaliśmy, koncert był imprezą charytatywną. Przy czym ową charytatywnością nie strzelami na lewo i prawo i, bądźmy szczerzy, nie jest to nasz główny cel. Dlatego nie prężymy muskułów i nie wyznaczamy sobie kolejnych progów czy "targetów". Jednak już w 2015 r. postanowiliśmy pomagać poprzez muzykę i jeśli po raz drugi się to udało, to po prostu jest nam bardzo miło!
W tym roku, tuż przed Wigilią, przekazaliśmy 1537 zł na konto Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" z przeznaczeniem na leczenie Mikołaja Zalegi. Chłopiec cierpi na bardzo rzadką, genetyczną przypadłość, zwaną zespołem TRAPS. Objawia się ona regularnymi, kilkudniowymi gorączkami, podczas których temperatura ciała chłopca dochodzi do 41 stopni Celsjusza. W czerwcu 2015 roku Mikołaj został zakwalifikowany do terapii nowy biologicznym lekiem Kineret. Niestety nie jest on finansowany przez NFZ. Koszty terapii rodzice muszą pokryć samodzielnie. Miesięczny koszt leczenia Mikołaja sięga ok. 9 000 złotych. Rodzice zwrócili się z prośbą o pomoc do Ministra Zdrowia - odmówił pomocy. 

Póki co procedury i bezduszność urzędników biorą gorę, a rodzice - aby Mikołaj mógł normalnie funkcjonować - muszą co miesiąc wydawać na leczenie ok 9 tys zł. Sprawę utrudnia fakt, iż choroba Mikołaja nie jest tak widoczna i nie wpływa na przykład na jego wygląd - stąd trudniej o dawki, nagłośnienie sprawy, pomoc ludzi. Mikołaj ma przecież "tylko" ataki gorączki, które mogą go zabić i które dezorganizują życie całej rodziny. Dlatego zdecydowaliśmy się dołożyć małą cegiełkę na ten cel. 

Serdecznie dziękujemy artystom oraz innym ludziom dobrej woli, którzy wzięli udział w V Memoriale Jona Lorda i którzy wspomagali tę sprawę!

czwartek, 1 grudnia 2016

Rolling Stones, The - Blue & Lonesome (2016) - recenzja

Stonesi grający bluesa to temat stary niemal jak świat. W końcu od bluesa zaczynali, a było to ponad pół wieku temu (!). Na samym początku kariery byli po prostu białymi chłopakami zafascynowanymi takimi postaciami jak Muddy Waters, Willie Dixon czy Howlin' Wolf. Klasyków (już wtedy) bluesa przenosili na grunt brytyjski z młodzieńczą pasją i bez zbytniego zastanawiania się "co będzie dalej" (robił to za nich manager, Andrew Loog Oldham, jednak wbrew plotkom, jego wpływ na muzykę kwintetu był znikomy). Dlatego wielu uważa ten wczesny okres działalności największego rock & rollowego zespołu na świecie za najbardziej fascynujący. Mniej myślenia, więcej tego, co w duszy gra. I faktycznie, takie podejście sprawdzało się świetnie mniej więcej do wczesnych lat 70. (z małymi przerwami na wątpliwej jakości eksperymenty w rodzaju Their Satanic Majesties Request). Potem coraz więcej "myślenia" (oraz podążanie za modami) przyniosło zespołowi oczywiście wielką sławę i pełne stadiony, ale zabrało tego pierwotnego ducha, dzięki któremu w ogóle zaczęli grać.

Od ostatniej studyjnej płyty, The Bigger Bang, minęło już 11 lat i, oprócz dwóch premierowych utworów przygotowanych na składankę Grrr, w obozie Stonesów pod względem kreatywności niewiele się dzieje. Nie wiadomo zatem czy składający się wyłącznie z bluesowych coverów Blue and Lonesome to próba przywrócenia dawnej radości grania z nadzieją, że zespół jeszcze choć jeden raz zbierze się i nagra premierowy materiał, czy raczej faktycznie ostatnie studyjne dzieło wielkich The Rolling Stones, sprytnie spinające klamrą 54 lata ich działalności. Jedno jest pewne: tak dobrze nie brzmieli od dekad.

Trudno wyróżniać jakikolwiek utwór na płycie, która w całości składa się z bluesowych standardów. Nie są to na szczęście rzeczy ograne do nieprzytomności, nie znajdziemy tu milionowej wersji Hoochie Coochie Man. Zespół sięgnął dużo głębiej, zamknął się na kilka dni w studio i zupełnie na żywo, w kwintecie, zarejestrował 43 minuty muzyki. Na szczęście drzwi na parę chwil się uchyliły i zdążył się się przez nie prześlizgnąć Eric Clapton, którego słychać w Everybody Knows About My Good Thing i I Can't Quit You Baby (nagrywał akurat w studiu obok), a także stały współpracownik grupy, pianista Chuck Leavell, którego charakterystyczne partie słychać m.in w wyżej wspomnianym Everybody.....jednakże udział osób spoza ścisłego "kierownictwa" jest tu bardzo ograniczony (pojawiają się jeszcze Jim Keltner na instrumentach perkusyjnych w Hoo Doo Blues i Matt Clifford na Hammondzie; nie licząc oczywiście basisty Darryla Jonesa, który nigdy oficjalnie członkiem grupy nigdy nie został, ale gra z nią od początku lat 90.).

Stonesi nie byliby jednak sobą, gdyby trochę nie namieszali. Nie jest to bezładne jam session panów w mocno średnim wieku. Mimo słyszalnej swobody i okazjonalnej niedbałości całość wyprodukowana jest tak,  że bardziej niż latami 60. zalatuje "bluesem" spod znaku Jacka White czy Black Keys, pokryta jest tą charakterystyczną mgiełką przesteru. Dzięki temu oczywiście będzie bardziej przemawiać do współczesnego słuchacza, ale jednocześnie nie zrazi fanów będących rówieśnikami muzyków. Jaggerowa smykałka do nowych trendów nadal jest w pełni aktywna.

W ogóle Mick gra na tej płycie rolę pierwszoplanową. Niejako dyryguje całością, jego wokal jest bardzo mocny, zdecydowany, sporo jest też harmonijki, której może nigdy nie był mistrzem, ale na której wypracował sobie charakterystyczny styl gry. Zawsze wydawało się, że to Keith Richards jest rhythm and bluesowym sercem zespołu, a Mick wiecznie młodym, podążającym za modami chłoptasiem. Na Blue & Lonesome Mick sięga jednak w głąb duszy i wydobywa stamtąd pokłady autentycznych emocji. Jak choćby w utworze tytułowym, gdzie akcentuje i przeciąga słowo "please" w sposób wywołujący ciarki na plecach. A zaraz potem chwyta za harmonijkę i dosłownie poraża słuchacza krótkim, ale wypakowanym po brzegi dramatyzmem solem. Nie oznacza to, że gitarzyści próżnują. Mamy charakterystyczne dla Richardsa i Ronniego Wooda "tkanie" w Hoo Doo Blues, pięknie napędzają też Hate To See You Go, jednak to właśnie Micka wypuszczono (albo sam się wypuścił) na tej płycie na pierwszy plan. Czy wspominałem o nieodzownej, swingującej grze Charliego Wattsa? Nie, a przecież bez niej nie byłoby The Rolling Stones.

Podsumowując, zmian w Twoim życiu ta płyta nie wywoła, równie dobrze mogłoby jej nie być, ale jednak fajnie, że jest. Bo Stonesi to od dawna nie tyle marka, co niezastąpiona część naszej kultury. I dobrze, że nadal są, koncertują i co jakiś czas obdarowują nas nowymi pomysłami - nawet jeśli w tym wypadku są one "tylko" coverami. Bo nadejdzie taki dzień, że i ich zabraknie. Co prawda Keith Richards obwieścił, że prędzej pomrą niż przejdą na emeryturę, ale zeszłoroczna śmierć Lemmy'ego potwierdziła rzecz oczywistą: na starość nie ma mocnych. Kto jednak widział wyświetlany właśnie w kinach dokument The Rolling Stones Ole,Ole, Ole, ten bez wątpienia przyzna, że Stonesi póki co ten pojedynek wygrywają.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Meller Gołyźniak Duda - Breaking Habits (2016)

Nie uważam, żeby określenie "supergrupa" wobec tego projektu/zespołu było jakoś specjalnie nieadekwatnym, z prostego powodu - w Polsce supergrup jak na lekarstwo. W USA kooperacje międzyzespołowe to niemal codzienność, bo muzycy żyją z muzyki i pomiędzy trasami czasami się nudzą i potrzebują nowych wyzwań. W Polsce - zazwyczaj muszą wrócić do pracy "na etat" i zarobić na rodzinę. Dlatego niezmiernie cieszą takie płyty jak Braking Habits, szczególnie gdy ich zawartość jest tak bliska sercu.

Całej historii narodzin, powstawania i finalizacji prac nad płytą przytaczać nie będę. Nie jestem jakimś specjalnym znawcą polskich realiów progresywnych, nikt mnie nie głaszcze po główce (aczkolwiek fragmencik płyty słyszałem parę miesięcy temu - to może jednak jestem minimalnie uprzywilejowany;). Wiedziałem, że Maciej Meller odszedł 4 lata temu z Quidamu, wiedziałem, że "zgadali się" z Mariuszem Dudą i bliżej mi nieznanym Maciejem Gołyźniakiem (ale w odwrotnej kolejności). Że miało to być coś, co nie będzie przypominać ich dotychczasowych dokonań (stąd tytuł). Że były jakieś przymiarki, zdjęcia, sesje i...cisza. Ale w końcu (długi czas oczekiwania to oczywiście sprawa zawalonego kalendarza Mariusza) płyta się ukazała. 

Co odróżnia Breaking Habits od przyzwyczajeń trzech wspomnianych muzyków, to na pewno organiczność. Całość nagrywano na tak zwaną setkę, a przygotowano podczas dwóch kilkugodzinnych spotkań. W efekcie powstał materiał trwający tyle, co dobre płyty z lat 70, nie nużący, wciągający, zapraszający do kolejnych odsłuchań. Doskonale czuć radość grania, chemię łączącą trójkę muzyków, czuć też granice, która oddziela "odloty" od część przygotowanych, być może przyniesionych na próby jako szkice lub gotowe pomysły. Z biegiem czasu uznaję takie podejście za bardzo, bardzo korzystne dla finalnego efektu. Oczywiście mamy "Zosie-samosie" typu Roger Waters, którego (baaaaaaaaaardzo rzadko wydawane) dzieła są zapięte na ostatni guzik i nie zniosłyby zbyt dużej ingerencji współpracowników, ale jak widać obecnie takie metody pracy są zbyt mało efektywne. A takie muzyczne spotkania i łączenie wspólnych fascynacji (nawet poprzedzone wieloma rozmowami, jak w przypadku omawianego projektu) to zupełnie inna para kaloszy. Mogą skutkować tworami ciężko strawnymi, mogą też wciągać, frapować, intrygować.

Na płycie zaobserwować można pewien schemat: zazwyczaj utwory podzielone są na dwie części. Pierwsza to "część właściwa", piosenkowa (jeśli można użyć tu takiego słowa!), druga - improwizacja, jakby panowie po każdym utworze właściwym kiwali do siebie i sprawdzali "w którą stronę to pójdzie". Nie ukrywam, że bliższe mojemu sercu są właśnie te "improwizowane ogony". Nie mamy tu bowiem do czynienia z bluesowym schematem "podkład + solo". Są to pełnokrwiste, zespołowe improwizacje, które nazwać można "komponowaniem na żywo". Najbardziej jaskrawym przykładem niech będzie najdłuższy na płycie, prawie dziesięciominutowy Floating Over, gdzie autorzy w ogóle postanowili puścić wodze fantazji. Wspomnianej piosenkowości wymyka się też tytułowy, w  całości instrumentalny, Braking Habits. Jeśli chodzi o klimat części wokalno-instrumentalnych, to raczej jest mroczniej niż weselej. Specyficzne połączenie Stevena Wilsona i King Crimson? Każdy, kto spodziewał się jakichś nawiązań do macierzystych formacji Mariusza Dudy czy Maćka Mellera, srogo się zawiedzie. To jest powrót do korzeni, rockowej ekspresji i surowości. Osobiście jestem fanem aranżacyjnego bogactwa, ale muszę przyznać, że w tym wypadku ta formuła się sprawdza. Na pewno mocno odcisnął się na płycie charakterystyczny styl wokalny Mariusza Dudy. Ale nie brakuje tu też niespodzianek, takich jak na przykład funkujące zwrotki Tatoo. Nie ma jednak co na siłę szukać szufladek - w przypadku takich muzycznych spotkań uzewnętrznia się to, co akurat w ich uczestnikach siedzi i czeka na wydobycie i mam nieodparte wrażenie, że w przypadku Breaking Habits właśnie tak było.

Moje marzenie w związku z tą premierą? Żeby za jakiś czas panowie spotkali się na scenie i z tych 43 minut i, powiedzmy, ciekawego covera lub dwóch, upichcili cały koncert - bez hamulców i bez ograniczeń . A potem drugi...i kolejny, oczywiście zupełnie odmienne od pierwszego. Mają ku temu znakomity przyczółek w postaci Braking Habits.


piątek, 18 listopada 2016

Neal Morse Band, The - The Similitude Of A Dream (2016) - recenzja

The Similitude Of A Dream to druga płyta pod szyldem The Neal Morse Band. Po latach wydawania płyt solowych Neal uznał (przynajmniej na jakiś czas), że optymalny skład warto uhonorować właśnie dopiskiem "band". Czy chodzi tylko i wyłącznie o muzykę, czy również o pieniądze - tego nie wiemy. Na pokładzie oprócz lidera mamy również (oczywiście) Mike'a Portnoya, ale też Randy'ego George'a (bas), Erica Gillette'a (gitara) oraz Billa Hubauera (instrumenty klawiszowe). Ten, sądząc po zdjęciach, wesoły kwintet zaserwował nam dwupłytowy album, który już przed premierą Portnoy ochrzcił dziełem życia i osiągnięciem na miarę The Wall i Quadrophenii, przebijającym jego własne dokonania pokroju Scenes from a memory Dream Theater.

Osobiście mam uczulenie na takie szumne zapowiedzi, gdyż niezmiernie kojarzą mi się z pewnym warszawskim zespołem "na S". Z tym, że oczywiście Portnoy to facet pięćdziesięcioletni, z dorobkiem płytowym ilościowo zawstydzającym większość muzyków rockowych, natomiast nasze chłopaki stroszą piórka po kilku latach działalności, ale zawsze takie gadki-szmatki pachną podwórkowym marketingiem. Że wcześniej to było fajnie, ale teraz będzie najfajniej i jacy my to nie...fajni. Jak to się ma jednak do rzeczywistości? 

The Similitude Of A Dream to ponad 100 minut muzyki, 23 utwory - jak na Neala średnia  raczej skromna. To prawda, nie ma tu żadnego "epika", ale album to przecież (jak zwykle) dzieło koncepcyjne, więc tak naprawdę wszystko łączy się tu elegancko, tu i ówdzie połyskując motywami zaczerpniętymi z otwierającej całość Uwertury. Treść słowną albumu oparł Neal na Wędrówce Pielgrzyma" Johna Bunyana, opublikowanej po raz pierwszy w 1678, prawdopodobnie najsłynniejszej w dziejach światowej literatury alegorii opisująca doświadczenia chrześcijańskiego życia przedstawionego w barwnej narracji pielgrzymki z Miasta Zagłady na Górę Syjon. Czyli, jak to często zawsze u Neala bywa, płyta dotyczy chrześcijaństwa i łączenia się z Bogiem. Swoją drogą, jest to jeden z niewielu twórców, którzy takie przesłanie mieszają z rockiem bardzo konsekwentnie i jednocześnie bezboleśnie.

Muzycznie także nic nowego, w stosunku do poprzednich dzieł spółki Morse & Portnoy, nie znajdziemy. Owszem, pojawia się na przykład bluegrass (Freedom Song), ale w 99% to kolejny "Neal Morse". Diabeł tkwi w szczegółach - na pewno słychać tu tę organiczność, jaką osiągnąć może tylko zgrany skład (a nie kolejni przychodzący i odchodzący muzycy sesyjni), słychać więcej vinatge'owych barw klawiszowych dzięki dołączeniu Billa Hubauera. Ale przecież Neal w tej konfiguracji ma być właśnie taki.  Trochę staromodny, ale pełen świeżych, porywających melodii. I tego nie brakuje - tych dwóch płyt słucha się wyśmienicie. Pomysł goni pomysł i choć często mamy wrażenie, że "już to przecież słyszeliśmy", to jednak bogactwo i fantastyczna energia tego zespołu niwelują wszelakie wrażenia powtarzalności. 

Ciężko wyróżnić tu jakieś fragmenty, bo całość jest niezwykle równa. A przecież obecnie ciężko zespołom nagrać nawet dobry 45-cio minutowy krążek! Poczynając od wspomnianej, pachnącej starym, dobrym rockiem symfonicznym, Uwertury, mamy przegląd wszystkich inspiracji współczesnego retro-progowca: Genesis, Yes, Styx, Led Zeppelin, ELP a nawet Queen (The Ways of a Fool). Nawet jeśli jakiś pomysł do końca nie zaiskrzy, to zaraz pojawia się jakaś wstawka, jakiś kolejny szczegół, które przyciągają uwagę. I nie ma tu jakiegoś nachalnego kopiowania mistrzów z przeszłości. Neal Morse już dawno wykształcił swój własny, niepodrabialny styl, w ramach którego oczywiście czerpie słyszalnie z przeszłości, ale robi to naprawdę po swojemu, a teraz - z pomocą stałego zespołu - udało mu się całość jeszcze bardziej doszlifować. I tak przez ponad 100 minut. Pochwalić należy też produkcję albumu - zachowano bogactwo brzmienia każdego instrumentu przy jednoczesnej przejrzystości. Jak gra Hammond, to gra Hammond i go słychać. Niby oczywiste, ale nie zawsze stosowane w praktyce.

Nie nazwałbym The Similitude Of A Dream płytą życia Mike'a Portnoya, bo zapomniał on chyba o wyjątkowości niektórych dzieł Dream Theater, ale jeśli odrzucimy tę emocjonalną bańkę, którą zawsze toczy przed sobą perkusista, otrzymamy naprawdę bardzo dobry, świetnie napisany, zagrany i wyprodukowany album. Nie ma przełomu, nie ma ARCY-dzieła, ale jest dzieło, którego słuchanie wywołuje niejednokrotnie uśmiech na twarzy. I o to w takiej muzyce chodzi - o pozytywną energię, którą ładuje słuchacza. Wielki ukłon dla zespołu!

piątek, 28 października 2016

Marillion - F.E.A.R. (2016) - recenzja

Marillion w Polsce nierozerwalnie łączy się (przynajmniej na "starych" fanów) z postacią Tomka Beksińskiego, którego biografię omawiałem w poprzednim wpisie. Dziennikarz znany był ze swojej wielkiej sympatii do okresu "fishowego" i równie wielkiej niechęci do działalności zespołu po 1988 roku. Przyznam szczerze, że taki podział powstał w mojej głowie bez wpływu nieodżałowanego Nosferatu. Zespół, angażując na miejsce Fisha nikomu nieznanego Stevena Hogartha o głosie i inspiracjach tak różnych od poprzednika jak tylko to możliwe, sam postawił grubą granicę na linii swojej kariery. 

O tych różnicach między "starym" i "nowym" Marillion napisano już całe tomy, więc nie ma sensu nadmieniać o tym w recenzji najnowszej płyty zespołu. Dla mnie zawsze to "nowe" (istniejące już 27 lat, ładna mi nowość) wcielenie zespołu było jakieś takie miałkie. Owszem, zdarzały się momenty po prostu piękne, choćby 21st Century z płyty Anoraknophobia (2001) czy Neverland z Marbles (2004), jednak większość materiału z Hogarthem to muzyka strasznie rozmemłana (może gdyby Tomasz Beksiński doczekał wydania tych płyt, choć trochę zmieniłby zdanie o tym wcieleniu zespołu?). Ot, taka, która gdzieś tam jest, coś tam nawet próbuje przekazać, ale zaraz po wysłuchaniu umyka z głowy, zastąpiona ciekawszymi dźwiękami (melodie, panowie, MELODIE!!!).

Najnowsza propozycja zespołu to krążek nazwany malowniczo F.E.A.R., czyli po rozwinięciu Fuck Everyone And Run. Zaczyna się mocno - El Dorado to mój ulubiony numer na płycie. Jest tu ich tylko pięć (lub sześć, jeśli liczyć króciutki epilog), w tym trzy długasy, powodując automatyczne, że płyta jest najbardziej "progresywnym" (w znaczeniu nie postępu, ale ogólnego klimatu) dziełem zespołu od dawien dawna. Wspomniany początek płyty kojarzy mi się trochę z...Camel. Oczywiście jest przegadany przez Hogartha, ale posiada ten ulotny klimat przywodzący na myśl ostatnie studyjne dzieło Wielbłąda, A Nod and a Wink (2002). Zaraz potem czuć trochę  Stationary Traveller (syntezatory!). Gdy już wejdzie sekcja rytmiczna, automatycznie robi się floydowo. Czyli co, zespół postanowił pokłonić się Mistrzom? Nie do końca, ale nie da się ukryć że to bardzo seventisowa płyta, a nastrój całości utrzymany jest bardzo blisko Animals Pink Floyd. Kapitalny...motyw refrenowy (bo przecież nie refren), przywodzący na myśl właśnie te perełki w stylu Neverland, oznajmia, że to jednak Marillion. Kompozycja podzielona jest na pięć fragmentów, a jej kulminacją jest tytułowy F.E.A.R. Tu napotkamy już trochę tego "rozmemłania", na szczęście jedynie wokalnego, bo instrumentalnie jest naprawdę ciekawie. Numer generalnie prowadzą klawisze i Mark Kelly staje tu na wysokości zadania. Żeby nie było - od słów You can't see into my head jest już fajnie ;)

Drugi długas, The Leavers, już kilka razy utulił mnie do snu na kanapie. Jest w nim coś, czego w tym Marillion nie lubię, czyli eskalacja wokalnych nudziarstw Hogartha. Człowiek próbuje wsłuchać się w urokliwe dźwięki generowane przez muzyków, a pan wokalista uparcie próbuje jednak wcisnąć nam jakąś linię wokalną. Tylko, że jest ona tak niezapamiętywalna, że po prostu usypiająca. Nic nie poradzę. Ale kompozycja miła dla ucha, znów bardzo klawiszowa. W okolicach ósmej minuty Steve na szczęście milknie i możemy wsłuchać się a to w solówkę Steve'a Rotherego, a to w klawiszowe eksperymenty Kelly'ego. Zdecydowanie ciekawiej! A końcówka znów bardzo emocjonalna, zbudowana na fajnym motywie harmonicznym.

Długi kawałek numer 3, The New Kings, jest najbardziej przewidywalnym z tej trójki, ale wcale przez to nie odstaje. Tu również pojawiają się ciekawe momenty - na przykład śpiewane delikatnie, falsetem słowa fuck everyone and run i wchodząca zaraz po nich gitara na tle bogatego, klawiszowego tła - super! Jest to już bardziej typowy Marillion post '89, ale całość (aranż) tworzy niepowtarzalną atmosferę. To są właśnie te momenty, za które ten zespół (jeszcze) się ceni.

Progresja progresją, ale taki krótszy (6:22) Living in Fear nie jest wcale żadną zapchajdziurą. Bardzo przyzwoita melodia (nie jest to częste u Hogharta), odpowiednia dawka emocji, ściszenia na zwrotkach, wybuchy na dramatycznych refrenach - raj dla wrażliwców. I te gospelowe zaśpiewy w końcówce. W ogóle na F.E.A.R. zespół osiągnął fajny kompromis między emocjami, jakie uwielbia Steve Hogarth (smędzenie), a tymi mocniejszymi, nazwijmy to klasycznymi, które oddziałują na słuchacza za pomocą smaczków instrumentalnych, aranżu, brzmień (pojawiają sie nawet Hammondy) i nośnych melodii. I nawet jeśli zdarzają się momenty nudniejsze (White Paper), to i tak całość jest nadspodziewanie dobra. I to dla człowieka, który za współczesnym Marillion nie przepada. Jak zdążyłem zauważyć fani przyjęli płytę bardzo ciepło. Może trochę za długo, może trochę za smętnie, ale przecież taki jest Marillion. Czyli wszystko się zgadza.

P.S. Niestety, ignorancja znów górą. Najwyżej wypozycjonowaną recenzją płyty w polskim Internecie jest ta z Onetu. Nie zabraniam "dziennikarzowi muzycznemu" posiadania własnego zdania, ale tak tendencyjne teksty czytałem ostatnio u Grzegorza Brzozowicza, który dobrym gustem nie grzeszy.








wtorek, 25 października 2016

Wiesław Weiss - Tomek Beksiński. Portret Prawidziwy (wyd. Vesper, 2016)

Zawsze podziwiałem ludzi, którzy mają tak wysoce rozwinięty zmysł - nazwijmy to umownie  - PR-owy.  Oto dokładnie w momencie premiery filmu Ostatnia Rodzina ukazała się książkowa kontrpropozycja Wiesława Weissa. Dzieło liczące prawie 700 stron, z wieloma archiwalnymi fotografiami, dopracowane, dopieszczone i skończone idealnie na czas. Ale oczywiście wszyscy wiemy o co chodzi....
Już we wstępie dostajemy pięścią w twarz. Pięścią wymierzoną zarówno w autorów Ostatniej Rodziny jak i w Magdalenę Grzebałkowską, dziennikarkę odpowiedzialną za poprzednią książkę traktującą o familii Beksińskich, Portret Podwójny. Weiss wprost nazywa reżysera Jana P. Matuszyńskiego i scenarzystę Roberta Bolesto ludźmi podłymi i pełnymi pychy. Jego zdaniem przeinaczyli postać Tomka Beksińskiego dla własnych celów, a Dawid Ogrodnik (odtwórca głównej roli) jeszcze dodatkowo ją zmałpował. 

Tomek już za życia budził skrajne emocje. A przyszło mu żyć w czasach specyficznych, które - wbrew jego utyskiwaniu i marzeniach o egzystencji co najmniej 100 lat wcześniej - były bardzo mu sprzyjające. Czy wyobrażacie sobie taką postać teraz, w 2016 roku? Człowiek który żył muzyką, filmami, romantycznymi (niespełnionymi) miłościami dopiero teraz zaznałby prawdziwych katuszy. Bo przecież nawet nie rozwinąłby skrzydeł. Jego pierwsze publiczne wystąpienia w radiowęźle szkolnym, gdzie na długich przerwach prezentował dyskografię Genesis czy Yes nie miałyby dziś racji bytu. Wtedy - robiły na rówieśnikach kolosalne wrażenie. Dostęp do najnowszych rockowych płyt (uzyskany dzięki malarstwu ojca...) otwierał wszystkie drzwi o jakich marzył - najpierw radiowych, potem redakcji czasopism muzycznych. Teraz płyty, które przepisał w testamencie Trójce, leża nierozpakowane (od 1999) w jakimś podłym magazynku. Wtedy - ich winylowe odpowiedniki były na wagę złota. Raczkujący w latach 80. rynek video był dla człowieka dobrze znającego angielski prawdziwym rajem - bo wtedy ten język na nawet podstawowym poziomie znany był niewielu. Dlatego Tomek mógł zabłysnąć - na początku jako lektor i tłumacz na pokazach Bondów w instytucjach typu "dom kultury w Rzeszowie", a potem już tłumacząc dla oficjalnych dystrybutorów i Telewizji Polskiej (prehistoryczna nazwa Narodowej). A, jak wynika ze słów jego koleżanki-tłumaczki, nawet sposób tłumaczeń w dzisiejszych czasach różni się od tego z lat 80. i 90. i obecnie ciężko byłoby się Tomkowi w tym odnaleźć...Uznać więc można, że przy całym tym utyskiwaniu na rzeczywistość, los - przynajmniej w sporej części - potraktował go łaskawie. No i nie zapominajmy o mieszkaniu, które kupił mu ojciec - w głębokiej komunie takie rzeczy nie były dane szarakom.

W Portrecie Prawdziwym zabrakło bardziej krytycznego spojrzenia na postać Tomka. Takiego, jakie poczyniła w Portrecie Podwójnym (notabene, tytuł Weissa, oczywiście w sposób złośliwy, nawiązuje do tej pozycji) Grzebałkowska. Gdy zanurzymy się głębiej w świat Beksińskiego juniora, bez trudu zauważymy, że był to człowiek o wielu twarzach. Owszem, robienie z niego pozbawionego przyjaciół odludka jest mocno krzywdzące, bo liczba osób zachwalających na kartach Prawdziwego Portretu jego przyjaźń, sympatie i ciepło, jest naprawdę spora (a wypowiadają się m.in Anja Orthodox, Wojtek Szadkowski, dziennikarze Trójki, Teraz Rocka, lektorzy, a także bliscy spoza branży muzyczno-telewizyjnej), jednak zarówno książka Grzebałkowskiej jak i dostępne na Youtube występy z WC Kwadransu oraz Wieczoru z Wampirem na pewno też mają sporo wspólnego z prawdziwym obliczem dziennikarza. I nie pozbawiają złudzeń: na życie Tomka wpływ mieli zarówno rodzice (nadopiekuńcza matka, zdystansowany ojciec i jego przerażające obrazy), sposób wychowania (jedynak), cechy osobowości jak i przeżycia oraz nawet tryb życia (dużo trudniej walczyć z depresją, gdy przesypia się poranki, podczas których nasłonecznienie jest przecież największe, nie zażywa się ruchu prawie w ogóle i jada non stop "u Chińczyka"). Jego ciągłe pragnienie miłości totalnej, romantycznej, po grób, skutecznie odstraszało kolejne partnerki. Które zresztą MUSIAŁY być takie, jak Tomek sobie wymarzył. Z kolei nie był to przecież typ faceta, za którym kobiety się uganiają i nawet w lekko laurkowatej książce Weissa parę razy trafimy na wyznania, które mówią wprost jak te kobiety go postrzegały - w przeważającej części jako dobrego kumpla, nawet przyjaciela, ale nie jako partnera.

Tomasz Beksiński na pewno był postacią wielowymiarową i trudną do zdefiniowania. Moim zdaniem żadna ze stron "konfliktu" nie pokazała jednak prawdy całkowitej. Każdy ma swoją. Oczywiście najbliżej źródła dotarł Wiesław Weiss, ale jeśli chce się zgłębić temat, warto zapoznać się także z innymi publikacjami na temat tego niebanalnego człowieka. Książka Weissa ma jednak kilka zalet - przede wszystkim jest najobszerniejszą biografią Tomka. Skupioną tylko na nim i prowadzącą nas przez całe jego życie. Dla fanów popkultury to także bardzo ciekawa podróż sentymentalna. Ciekawa i bardzo dobrze, stylowo napisana. Te kilkaset stron pochłania się naprawdę szybko. Jeśli czytelnik posiada sodpowiednią dawkę wrażliwości (tomkowe listy do kobiet, szczególnie te po rozstaniach, przemówią tylko do osób mających cokolwiek wspólnego z odczuwaniem emocji), rzecz pochłania się naprawdę szybko. Autor nie uniknął subiektywizmu, co w biografii nie powinno mieć miejsca, ale przecież znał bohatera osobiście...i może dlatego w tytule mówi o nim per Tomek, nie Tomasz. Dziecko, które nigdy nie dorosło? Pozostawiam do rozważenia.