piątek, 7 kwietnia 2017

Deep Purple - InFinite (2017) - recenzja

Aż trudno uwierzyć ale w przyszłym roku minie pół wieku istnienia Deep Purple. Panowie powoli żegnają się ze sceną (choć na szczęście będzie to długie pożegnanie), ale cieszy fakt, że mają jeszcze chęci i energię do tworzenia nowej muzyki (co w poprzedniej dekadzie nie było takie oczywiste, a Ian Paice otwarcie mówił, że nie mają motywacji do pracy w studiu, skoro płyty tak słabo się sprzedają). Sukces wydanej w 2013 roku Now What?! dodał jednak zespołowi skrzydeł. Na co więc stać Purpli AD 2017?


Przede wszystkim otrzymujemy płytę bardzo krótką. Łącznie 45 minut materiału, a jeśli odliczyć cover Roadhouse Blues, to zostanie 39. Czas ten zagospodarowany jest jednak bardzo ciekawie
i momentami zaskakująco. Nie wszystko na tej płycie jest w pełni udane, ale...w przypadku, nie bójmy się tego określenia, dinozaurów rocka MUSIMY inaczej patrzeć na nowe wydawnictwa. To nie są już 20-to letni młodzieńcy z głowami, które aż buzują od świeżych pomysłów. Mamy na talerzu owoc pracy muzyków, którzy największe artystyczne sukcesy osiągali na przełomie lat 60. i 70 XX wieku, a obecnie część z nich jest już w wieku emerytalnym. Należy także pamiętać o tym, że jednak artyści i ich propozycje przez pół wieku mogą się jednak zmienić. Jeśli ktoś oczekuje po tych panach kolejnego Highway Star czy Smoke on the water, to niech po prostu InFinite nie słucha.

Płyta ma 4 bardzo mocne punkty, z czego dwa poznaliśmy w postaci singli jeszcze przed premierą całości. Time for Bedlam zachwyca pędem przypominającym mocno klasyczne Pictures of Home, a także intryguje mocno antysystemowym tekstem Gillana (Sucking my milk from the venomous tit of the state/This clearly designed to suppress every thought of escape). All I Got is You to po prostu perełka. Zaczyna się reminiscencją z introdukcji do Cascades: I'm not your lover, mamy też bardzo melodyjne, melancholijne zwrotki (i dwa przekleństwa Gillana;) i pełen furii riff. Ciekawie gra tu Don Airey - syntezatorowe solo, które może irytować "metaluchów", jest miłym urozmaiceniem. Dla wielu najmocniejszy punkt płyty to The Suprising. Jest epicko (znów balladowy, piękny początek i mocniejsze rozwinięcie) i progresywnie (utwór poskładano z kilku motywów,a w środku pojawia się nawet część quasi-fimowa). Nie są to absolutnie "typowi Purple". No i czwarty - Birds of Prey. Za sprawą bębnów na początku trochę Zeppelinowaty, potem znów zahaczający o krainy progresywne (riff bardzo w stylu Rush!). Mam nieodparte wrażenie, że Steve Morse pilnie odrabiał lekcje na sesje z Flying Colors - końcówka tego utworu należy do niego i jest to typowe, epickie, "wykańczające" solo na orkiestrowym podkładzie klawiszy, w jakich lubują się panowie Neal Morse i Mike Portnoy. Szkoda, że zostaje wyciszone.

Z rzeczy bardzo ciekawych, trochę drobniejszych, lecz niewiele ustępujących czterem wyżej przedstawionym utworów są jeszcze oparty na bardzo "abandonowatym" groovie One Night in Vegas, w którym ciekawostką jest brak konwencjonalnego refrenu. Jego rolę z powodzeniem przejmuje jednak świetna, bardzo melodyjna zagrywka Aireya. No i mój osobisty, mały plusik za podkład do solówek - zaczerpnięty jak żywo z genialnego Doing it tonight (pewnie nieświadomie)! No i jeszcze ten fortepianowy pasażyk Dona na końcowym riffie - kolejny smaczek, który sprawia, że ten trwający 3:23 utwór jest po prostu wciągający. Z kolei Johnny's Band to bardzo popowa jak na ten skład propozycja z bardzo funkującym, jajcarskim riffem (który zalatuje trochę czasami...Come Taste the Band!). Melodyjny, acz nienachalny refren "robi" ten utwór. Znów ciekawostka - intro bardzo w stylu Losing my strings z Purpendicular. Niby nic, ale kawałek ma w sobie bardzo pozytywną energię i melodię.

To według mnie najmocniejsze punkty InFinite. Pozostałe trzy autorskie kawałki nie przekonują mnie przede wszystkim pod kątem melodii, aczkolwiek nie są to rzeczy złe albo fatalne - instrumentalnie jak zwykle Purple lśnią, jednak nie ma tu nic "ekstra", co wyróżnia wyżej wymienione pozycje, szczególnie właśnie pod kątem melodyki - trochę przypominają materiał z Abandon, gdzie zespół starał się "przygrzmocić",  zapominając jednak, że piosenka powinna zostawać w głowie słuchacza. W On the Top of The World wyróżnić można sposób prowadzenia i melodie zwrotek -  przypominają mi...Anyone's Daughter z Fireball (1971!). Tym niemniej nieźle się tego słucha choćby pod kątem instrumentalnym.

Płytę kończy cover, którego mogłoby nie być. Roadhouse blues to numer ograny na przestrzeni kilku dekad w tę i z powrotem, wersja Purpli nie wnosi do tematu nic nowego ani ciekawego. Ot, weszli do studia, pobawili się i poszli. Fajnie byłoby usłyszeć w tym miejscu jeszcze jeden autorski numer, ale skoro tak zespół sobie wymyślił, to niech tam będzie. Choć solówki oczywiście mile łechtają ucho.

Dwudziesta studyjna płyta Deep Purple nie zawodzi. Jak napisałem wcześniej - trzeba do tej muzyki podejść z otwartą głową. Panowie uprawiają rocka zupełnie innego niż 40 lat temu, zachowując jednak charakterystyczne dla stylu elementy. Kombinują z formami (The Suprising, Birds of Prey), brzmieniem (szczególnie Airey - więcej tu solówek syntezatorowych niż na poprzednich płytach Purpli; Paice zaś w paru momentach brzmi mocno...Zeppelinowato). Głos Iana Gillana brzmi pewnie mimo 70. na karku. Słychać, że nauczył się korzystać w pełni ze swoich obecnych możliwości - nie ma tu absolutnie rozpaczliwych prób popisów "w dawnym stylu").  Jeśli okaże się, że to ostatnia płyta Purpli - będzie to zakończenie kariery na wysokim poziomie. Jedni z ostatnich z wymierającego gatunku starzeją się godnie.


środa, 29 marca 2017

The Neal Morse Band, 28.03.2017, Progresja, Warszawa - relacja

Niby od paru lat nie jesteśmy już koncertowym zaściankiem Europy, niby wszystkie ważniejsze trasy koncertowe docierają także do Polski, ale co chwila "wielcy" tego świata, w postaci tłustych panów za biurkami, dają nam odczuć, że jednak nie wszystko jest takie różowe. Ot, choćby sprawa Metalliki - bilet na koncert kosztuje prawie 1/5 średniej krajowej, cała pula rozchodzi się w ciągu kilkudziesięciu minut (nie mówiąc już o fakcie, że sprzedawanie biletów imiennych bez możliwości zwrotu na ponad rok(!) przed wydarzeniem to chamski zabieg pod płaszczykiem walki z konikami) i...macie Polaki jeden koncert i niech ci, co zdążyli upolować bilet, uważają się za WYBRANYCH. Dla porównania: Szwedzi, Niemcy, Francuzi, Holendrzy i jeszcze kilka narodów "lepszego sortu" ma w swoich krajach po 2 i więcej występów "Bogów Metalu". Czyli jednak zaścianek...

Drugą taką anomalią są koncerty klubowe trochę artystów trochę mniej komercyjnych (umówmy się: Metallica to szczyt szczytów). Jakoś tak dziwnie się składa, że gro takich tras płynnie i sprytnie omija nasz kraj. Ot, choćby ostatnio Glenn Hughes. Albo Blackberry Smoke. Albo (tu trochę większe obiekty) Dave Matthews z Timem Reynoldsem - w takich Czechach się da, ale u nas już nie. Można by wymieniać w nieskończoność. Po prostu - u nas można być pewnym tylko Iron Maiden i Deep Purple. Cała reszta zajrzy jak wiatry dobrze powieją. Czemu? Nie wiem. 

Dlatego miło, że mała, acz ambitna Music Landscapes Productions pokusiła się o zorganizowanie w Polsce koncertu Neala Morse'a i jego zespołu. Jeszcze bardziej cieszy, że wszystko udało się bez najmniejszych zastrzeżeń - przynajmniej z perspektywy widza.

Nie było niespodzianek - zespół na tej trasie gra w całości (bardzo udany) The Similitude of a Dream. Mamy więc ponad 110 minut muzyki "nowej", zaprezentowanej niemal ciurkiem (z 15-to minutową przerwą w środki) plus bisy, także nie sięgające w przeszłość zbyt głęboko. Koncert w Progresji pokazał jednak, że materiał ten broni się na żywo bardzo dobrze. I jak to zostało zagrane! Nie raz i nie dwa można było złapać się za głowię i krzyknąć "jak oni to robią!?". Sprawność techniczna muzyków tworzących Neal Morse Band doprawdy robi piorunujące wrażenie. Niełatwy przecież materiał został wykonany nie tylko perfekcyjnie, ale i z duża dozą swobody, luzu, miejscami wręcz humoru. Zastrzelcie mnie, ale nie wydaje mi się, żeby polscy muzycy byli w stanie zrobić coś takiego. Nie chodzi mi tu absolutnie o umiejętności gry na instrumentach, gdyż przecież nasi krajanie sroce spod ogona nie wypadli...chodzi o "to coś", co łączy tą sprawność z luzem, "jajem", wrażliwością. A na dodatek te harmonie wokalne, zaśpiewane jak gdyby nigdy nic. No i kompozycje. Obłęd. 

Neal Morse Band to teraz prawdziwy zespół, choć oczywiście pod przywództwem Morse'a. A ten dwoi i troi się, nadając całości to rockowej dynamiki, to teatralnej mistyki. Będący tym razem lekko w cieniu Mike Portnoy pokazał po raz kolejny po prostu klasę. Jego strata to dla Dream Theater cios, po którym prawdopodobnie (artystycznie) zespół nigdy się nie podniesie. Ten facet ma w sobie po prostu to "coś" - charyzmę, artyzm, miłość do muzyki. Nie wspominając o stylu, który niesie tę muzykę w inny wymiar. Uzupełniani przez młodego Erica Gillete i trochę starszych Bill'ego Hubauera oraz Rand'ego George tworzyli na scenie jeden, idealnie zgrany organizm. 

Wychodząc z takiego koncertu można mieć tylko jedno pytanie: czemu taka muzyka nie jest popularna? Do cholery, jest tu wszystko: czad, refleksja, zabawa, przesłanie - a do tego perfekcyjne wykonanie. Czy wiecie, że bilet do Progresji kosztował 99 zł? I choć frekwencja absolutne nie rozczarowała (a trochę się tego obawiałem), to tłum jak zwykle poleci za Metallicą....


niedziela, 1 stycznia 2017

Subiektywne podsumowanie 2016 roku

To byl trudny i dziwny rok. Tak się jakoś składa, że dla większości osób, ktore znam był właśnie albo trudny, albo co najmniej nijaki. Miłośnicy pop-kultury odliczali kolejne zgony muzyków, aktorów i innych wpływowych person. Konflikty zbrojne na świecie i politykierstwo w kraju przybierały na sile. Doszło do tego, że już od listopada co niektórzy zaczęli mamrotać jak mantrę: "niech ten rok się już skończy...". Oczywiście w kontekście śmierci bardziej to irytuje niż czyni cokolwiek innego. Bo jakże, wraz ze zmianą dat w kalendarzu cokolwiek w tej materii się zmieni?

źródło: polityka.pl

Z pomocą redakcyjnego kolegi publicysta  Roland Hughes zebrał nekrologi, jakie opublikowano lub wyemitowano w BBC (w telewizji, radiu, w internecie) w pierwszym kwartale każdego roku, poczynając od 2012, na bieżącym kończąc. Trend jest wyraźny. Znani umierają coraz częściej. Oczywiście ma na to wpływ rozmydlenie gradacji słowa "znany". Teraz celebrytą zostaje byle idiota z reality show i gdy, nie daj Boże, mu się zemrze, to tabloidy/pudelki w internecie zaraz o tym napiszą. 

Jednak interesujące nas, naprawdę utalentowane osoby z pokolenia urodzonego w trakcie lub zaraz po II Wojnie Światowej, faktycznie "zwijają" się coraz częściej. Właśnie dobiegają lub właśnie przekroczyły 70. rok życia i coś pęka. Oczywiście najczęściej jest to rak, ale łatwo możemy wysnuć logiczne wnioski. Dekady (bo nawet nie lata) zażywania wszelakich substancji słodzących żywot na tej ziemii właśnie o sobie przypominają. Greg Lake czy George Michael (to akurat późniejszy rocznik) pod koniec życia nie wyglądali najlepiej. Zmarły jeszcze pod koniec 2015, konkurujący z Keithem Richardem o miano muzyka o najbardziej odpornym organizmie Lemmy z Motorhead, okazał się przeżartym przez choroby od środka korpusem. Nie oszukujmy się więc - nie będzie lepiej, będzie gorzej. 

Ten rok oszczędził moich osobistych idoli, oprócz jednego - w marcu Keith Emerson, jeden z najbardziej wpływowych i innowatorskich klawiszowców w historii rocka, odebrał sobie życie. Depresja. Świat wspomniał o nim bardzo delikatnym pierdnięciem, po czym wrócił do stanu normalnego, czyli ignorancji. Bo Keith nie zmienił dzieciństwa/młodości gości z fejsbuka, którzy parę dni temu, każdy z osobna i razem, opłakiwali rzewnie George'a Michaela. George dał im Last Christmas i Careless Whisper, co wielu zapewniło podkład pod macanki na dyskotekach w podstawówce. George dał fenomenalne - to trzeba przyznać - wykonanie Somebody to love na koncercie poświęconym pamięci Freddiego Mercur'ego. Każdy lubi/chce (lecz nie każdy powinien) śpiewać, a śpiewakiem - tudzież wokalistą - George był wyśmienitym. Miał głos. A co miał Keith? Wizję, tupet, odwagę, talent, które w specyficznym okresie rozwoju muzyki rockowej dały mu sławę i pieniądze, ale także dość szybko ją odebrały, a cały gatunek rocka progresywnego, który firmował, stał się niemodnym, pogardzanym dinozaurem, który ściągnął na nas wszystkich zarazę zwaną punk rockiem. Ręka do góry, komu dziś potrzebny jest rockowy klawiszowiec tego kalibru? Na pewno nie w Polsce.

W Polsce 2016 to kolejny rok produkowania "imienia i nazwiska". Nie ma już zespołów (pozostają zazwyczaj na etapie przeglądu Emergenza i klubowych koncertów dla kilkudziesięciu osób; nie liczę sezonowych ciekawostek, opartych na "jajowaniu", takich jak np. Nocny Kochanek), są "artyści". Ostatni liczący się zespół, jaki powstał w Polsce, to Riverside i było to bodajże 15 lat temu. Teraz mamy zazwyczaj kobitę, która koniecznie chce coś temu światu przekazać, od zawsze przejawiała talent (według rodziców), a teraz wreszcie dojrzała do publicznej ekspresji. I nie ma tu znaczenia czy najpierw przefiltrują ją w jakimś programie typu "talent show" czy pojawi się znikąd. Śpiewać (technicznie rzecz biorąc) umie, dobiera się jej muzyków sesyjnych i jazda w Polskę. Komercyjno-medialne aspekty takiej działalności to jedna sprawa, mnie w tym miejscu interesuje efekt artystyczny. A ten jest w 99% przypadków nijaki. Ja, jako odbiorca, nie wiem o czym one wszystkie grają, śpiewają, po co one w ogóle istnieją. Nie pamiętam ani jednego kawałka. Melodii. To wszystko jest robione na zasadzie strzępka pomysłu "artystki" przetrawionego przez wynajętego SPECJALISTĘ-PRODUCENTA, który za 10 tys PLN za utwór robi z tego nagranie nadające się do publikacji. Ile ja się nasłuchałem ochów-achów nad kolejnymi pannami "imię i nazwisko". Że to takie zajebiste, że innowacyjne, jak wyprodukowane, jak brzmi! A potem przychodzi umierający Leonard Cohen i nawet nie zmiata, a ściera to wszystko jednym You want it darker. A człowiek uświadamia sobie po raz kolejny, że ARTYŚCI faktycznie odchodzą.

Dzięki Bogu i opatrzności pojawiło się jednak w 2016 trochę Muzyki. Pożegnalne, jak się okazało, płyty Davida Bowiego (Blackstar) czy wspomnianego Cohena (You want it darker) to dzieła wyśmienite, które odniosły także komercyjny sukces (w obu przypadkach twórcy zmarli kilka dni po wydaniu swoich albumów, co z całą pewnością podbiło zainteresowanie ze strony szerokiej publiczności). Santana powrócił do korzeni w bardzo stylowy sposób na płycie Santana IV, nagranej w składzie z przełomu lat 60. i 70. Ale akurat to wydarzenia jakoś światem nie wstrząsnęło. Może takie jamowe granie nie jest JUŻ w modzie? (tu oczywiście stosowny uśmieszek, bo pytanie ni mniej, ni więcej, a retorycznym jest). Podobnie sprawa ma się z Glennem Hughesem i jego Resonate - nareszcie powrót do hard rockowych żródeł.

Bardzo udaną płytę, lecz innego kalibru, wydał szwedzki duet Roxette. Właściwie jest to już sprawa pożegnalna, bo jeszcze przed jej wydaniem okazało się, że artyści rezygnują z działalności koncertowej. Stan zdrowia Marie Fredriksson zmusił ją najpierw do siedzenia na koncertach,a w efekcie do ich wykreślenia z planów zawodowych. A bez koncertów wydawanie płyt przez takie instytucje jak Roxette nie ma sensu, bo to jedyna sensowna forma zwrotu inwestycji. Płyty, jak bowiem wiemy, obecnie sprzedają się w ilościach mikroskopijnych.

Marillion wydał zaskakująco dobrą F.E.A.R., wreszcie nieprzegadaną i pełną niemal floydowskiej przestrzeni, zaopatrzoną też w pakiet dobrych pomysłów melodycznych. Spisała się również Metallica, mimo skrajnych ocen nowego materiału słychać, że weterani thrash metalu nie odpuszczają. Metal to jest to moja bajka, więc płyty szerzej nie omawiałem, ale wchodzi to to naprawdę dobrze. Takich płyt jest oczywiście więcej, dlatego nie roszczę sobie praw to tworzenia rankingów i podsumowań płytowych, bo wiem, że musiałbym przesłuchać dosłownie kilogramy muzyki. Robi to m.in kolega Bizon na swoim blogu, który niesie kaganek muzycznej oświaty i dostarcza m.in mnóstwa informacji o scenie stonerowo-psychodelicznej z naciskiem na Skandynawię. Trzeba przyznać, że obecnie jest to jeden z ciekawszych kierunków dla miłośników brzmień rockowych w klimacie tak zwanego "vintage". Przy okazji muzyczne koleżeństwo z Polski mogłoby się uczyć właśnie od Skandynawów, ale myślę, że większość nie patrzy dalej niż na czubek własnego nosa. Tym niemniej nowej muzyki z tamtych rejonów słucha się bardzo przyjemnie. Co prawda nie trafiłem jeszcze na coś, co by mnie TOTALNIE powaliło, w większość to po prostu granie oparte na starych patentach, ale całokształt jest naprawdę smakowity. Ze "starej" Skandynawskiej gwardii wysoki poziom utrzymało w tym roku Spiritual Beggars albumem Sunrise to Sundown.

Na polskim poletku ucieszyła mnie szczególnie Breaking Habits projektu Meller, Gołyźniak, Duda. Mało ci u nas "supergrup", jeszcze mniej takich, które nagrywają dla samej przyjemności nagrywania. Odezwała się także nasza najstarsza supergrupa i to w najlepszym, oryginalnym składzie: SBB. Nagrali nową płytę, Za linią horyzontu, która nadal czeka na recenzję na łamach Muzycznych Nocy. Jest nieźle, ale...

Dużo łatwiej niż top 10 płyt przyjdzie mi utworzyć top...7 utworów tudzież piosenek, które zrobiły na mnie największe wrażenie w minionym roku. Czasami jest tak, że już po kilku taktach dana kompozycja przykuwa uwagę, a po pierwszym odsłuchu chce się do niej wracać raz po raz. Oto więc lista takich perełek (kolejność przypadkowa).

1. Leonard Cohen You want it darker
2.Roxette Why don't you bring me flowers (ale wersja albumowa - ta do teledysku to jakiś zremiksowany koszmarek)
3. Phish Blaze On (koncertowa premiera odbyła się w 2015, ale studyjna dopiero w październiku 2016 na płycie Big Boat)
4. Blues Pills Lady in Gold
5. David Bowie Blackstar
6. T.Love Pielgrzym
7. Anita Lipnicka Ptasiek

Koncertowo rok 2016 był bardzo bogaty. Tak bogaty, że większość z nas, nie mająca dostępu, do prasowych wejściówek, musiała po prostu selekcjonować to, na co się wybiera. Rok 2017 zapowiada się zresztą nie mniej interesująco. Ja niestety nie uczestniczyłem w tak wielu koncertach jakbym sobie życzył. Żałuję przede wszystkim Iana Gillana z orkiestrą. Cóż, bilety były tak drogie, że koncert przeniesiono z Hali Koło do Progresji, bo chętnych jakby zabrakło. Organizator ani jego otoczenie nie pomyślało, żeby na przykład zwrócić się do twórcow Memoriału Jona Lorda, którego piąta edycja odbyła się w Warszawie miesiąc przed koncertem Gillana i nawiązać jakąś współpracę w celi promocji eventu. Był dostęp do niemal 500 fanów tej muzyki. Ale lepiej robić po swojemu:)
Koncertem, który wywołał we mnie największe emocje był angielski koncert...Rainbow. Reaktywowany zespół, którego występy przyniosły chyba najwięcej kontrowersji ze wszystkich koncertów na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy. Pisałem o tym zarówno tu jak i w Teraz Rocku. I po ponad pół roku ten wieczór nadal mocno tkwi w pamięci i wywołuje emocje. Richie Blackmore nie w formie, zespół mocno średni, a jednak...jakaś magia, ciarki, wzrok i słuch przez bite dwie godziny wbity w scenę. Nie było mowy o uronieniu choćby jednej nutki. Takich koncertów już po prostu nie ma. Wydany w listopadzie na DVD zapis koncertu z Niemiec robi przygnębiające wrażenie, ale tam, na żywo, w Genting Arena, otworzyły się wrota do innego, zapominanego powoli wymiaru. Ritchie na 2017 zaplanował kolejne 4 koncerty Rainbow, tym razem tylko w UK. O rok starszy, z trochę zmienionym repertuarem (więcej Rainbow w Rainbow) - czy zdoła rozświetlić tęcze po raz kolejny?

Jaki był więc ten rok? Relatywnie spora liczba zgonów postaci znaczących dla świata muzycznego jest faktem, ale w dużej części była niestety skutkiem wielu lat zaniedbywania zdrowia. Muzyki jak zwykle ukazało się całe mnóstwo i w tym całym chaosie kto chciał, to wyłapał prawdziwe perełki. Na szczęście to nam, miłośnikom Muzyki przez duże "M", zostało - i żadna władza ani decydenci nie wcisną disco polo w nasze osobiste enklawy.








wtorek, 27 grudnia 2016

V Memoriał Jona Lorda - organizatorzy przekazali środki na konto Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"

Koniec roku sprzyja podsumowaniom. W końcu udało się też podsumować V Memoriał Jona Lorda. Tak jak zapowiadaliśmy, koncert był imprezą charytatywną. Przy czym ową charytatywnością nie strzelami na lewo i prawo i, bądźmy szczerzy, nie jest to nasz główny cel. Dlatego nie prężymy muskułów i nie wyznaczamy sobie kolejnych progów czy "targetów". Jednak już w 2015 r. postanowiliśmy pomagać poprzez muzykę i jeśli po raz drugi się to udało, to po prostu jest nam bardzo miło!
W tym roku, tuż przed Wigilią, przekazaliśmy 1537 zł na konto Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" z przeznaczeniem na leczenie Mikołaja Zalegi. Chłopiec cierpi na bardzo rzadką, genetyczną przypadłość, zwaną zespołem TRAPS. Objawia się ona regularnymi, kilkudniowymi gorączkami, podczas których temperatura ciała chłopca dochodzi do 41 stopni Celsjusza. W czerwcu 2015 roku Mikołaj został zakwalifikowany do terapii nowy biologicznym lekiem Kineret. Niestety nie jest on finansowany przez NFZ. Koszty terapii rodzice muszą pokryć samodzielnie. Miesięczny koszt leczenia Mikołaja sięga ok. 9 000 złotych. Rodzice zwrócili się z prośbą o pomoc do Ministra Zdrowia - odmówił pomocy. 

Póki co procedury i bezduszność urzędników biorą gorę, a rodzice - aby Mikołaj mógł normalnie funkcjonować - muszą co miesiąc wydawać na leczenie ok 9 tys zł. Sprawę utrudnia fakt, iż choroba Mikołaja nie jest tak widoczna i nie wpływa na przykład na jego wygląd - stąd trudniej o dawki, nagłośnienie sprawy, pomoc ludzi. Mikołaj ma przecież "tylko" ataki gorączki, które mogą go zabić i które dezorganizują życie całej rodziny. Dlatego zdecydowaliśmy się dołożyć małą cegiełkę na ten cel. 

Serdecznie dziękujemy artystom oraz innym ludziom dobrej woli, którzy wzięli udział w V Memoriale Jona Lorda i którzy wspomagali tę sprawę!

czwartek, 1 grudnia 2016

Rolling Stones, The - Blue & Lonesome (2016) - recenzja

Stonesi grający bluesa to temat stary niemal jak świat. W końcu od bluesa zaczynali, a było to ponad pół wieku temu (!). Na samym początku kariery byli po prostu białymi chłopakami zafascynowanymi takimi postaciami jak Muddy Waters, Willie Dixon czy Howlin' Wolf. Klasyków (już wtedy) bluesa przenosili na grunt brytyjski z młodzieńczą pasją i bez zbytniego zastanawiania się "co będzie dalej" (robił to za nich manager, Andrew Loog Oldham, jednak wbrew plotkom, jego wpływ na muzykę kwintetu był znikomy). Dlatego wielu uważa ten wczesny okres działalności największego rock & rollowego zespołu na świecie za najbardziej fascynujący. Mniej myślenia, więcej tego, co w duszy gra. I faktycznie, takie podejście sprawdzało się świetnie mniej więcej do wczesnych lat 70. (z małymi przerwami na wątpliwej jakości eksperymenty w rodzaju Their Satanic Majesties Request). Potem coraz więcej "myślenia" (oraz podążanie za modami) przyniosło zespołowi oczywiście wielką sławę i pełne stadiony, ale zabrało tego pierwotnego ducha, dzięki któremu w ogóle zaczęli grać.

Od ostatniej studyjnej płyty, The Bigger Bang, minęło już 11 lat i, oprócz dwóch premierowych utworów przygotowanych na składankę Grrr, w obozie Stonesów pod względem kreatywności niewiele się dzieje. Nie wiadomo zatem czy składający się wyłącznie z bluesowych coverów Blue and Lonesome to próba przywrócenia dawnej radości grania z nadzieją, że zespół jeszcze choć jeden raz zbierze się i nagra premierowy materiał, czy raczej faktycznie ostatnie studyjne dzieło wielkich The Rolling Stones, sprytnie spinające klamrą 54 lata ich działalności. Jedno jest pewne: tak dobrze nie brzmieli od dekad.

Trudno wyróżniać jakikolwiek utwór na płycie, która w całości składa się z bluesowych standardów. Nie są to na szczęście rzeczy ograne do nieprzytomności, nie znajdziemy tu milionowej wersji Hoochie Coochie Man. Zespół sięgnął dużo głębiej, zamknął się na kilka dni w studio i zupełnie na żywo, w kwintecie, zarejestrował 43 minuty muzyki. Na szczęście drzwi na parę chwil się uchyliły i zdążył się się przez nie prześlizgnąć Eric Clapton, którego słychać w Everybody Knows About My Good Thing i I Can't Quit You Baby (nagrywał akurat w studiu obok), a także stały współpracownik grupy, pianista Chuck Leavell, którego charakterystyczne partie słychać m.in w wyżej wspomnianym Everybody.....jednakże udział osób spoza ścisłego "kierownictwa" jest tu bardzo ograniczony (pojawiają się jeszcze Jim Keltner na instrumentach perkusyjnych w Hoo Doo Blues i Matt Clifford na Hammondzie; nie licząc oczywiście basisty Darryla Jonesa, który nigdy oficjalnie członkiem grupy nigdy nie został, ale gra z nią od początku lat 90.).

Stonesi nie byliby jednak sobą, gdyby trochę nie namieszali. Nie jest to bezładne jam session panów w mocno średnim wieku. Mimo słyszalnej swobody i okazjonalnej niedbałości całość wyprodukowana jest tak,  że bardziej niż latami 60. zalatuje "bluesem" spod znaku Jacka White czy Black Keys, pokryta jest tą charakterystyczną mgiełką przesteru. Dzięki temu oczywiście będzie bardziej przemawiać do współczesnego słuchacza, ale jednocześnie nie zrazi fanów będących rówieśnikami muzyków. Jaggerowa smykałka do nowych trendów nadal jest w pełni aktywna.

W ogóle Mick gra na tej płycie rolę pierwszoplanową. Niejako dyryguje całością, jego wokal jest bardzo mocny, zdecydowany, sporo jest też harmonijki, której może nigdy nie był mistrzem, ale na której wypracował sobie charakterystyczny styl gry. Zawsze wydawało się, że to Keith Richards jest rhythm and bluesowym sercem zespołu, a Mick wiecznie młodym, podążającym za modami chłoptasiem. Na Blue & Lonesome Mick sięga jednak w głąb duszy i wydobywa stamtąd pokłady autentycznych emocji. Jak choćby w utworze tytułowym, gdzie akcentuje i przeciąga słowo "please" w sposób wywołujący ciarki na plecach. A zaraz potem chwyta za harmonijkę i dosłownie poraża słuchacza krótkim, ale wypakowanym po brzegi dramatyzmem solem. Nie oznacza to, że gitarzyści próżnują. Mamy charakterystyczne dla Richardsa i Ronniego Wooda "tkanie" w Hoo Doo Blues, pięknie napędzają też Hate To See You Go, jednak to właśnie Micka wypuszczono (albo sam się wypuścił) na tej płycie na pierwszy plan. Czy wspominałem o nieodzownej, swingującej grze Charliego Wattsa? Nie, a przecież bez niej nie byłoby The Rolling Stones.

Podsumowując, zmian w Twoim życiu ta płyta nie wywoła, równie dobrze mogłoby jej nie być, ale jednak fajnie, że jest. Bo Stonesi to od dawna nie tyle marka, co niezastąpiona część naszej kultury. I dobrze, że nadal są, koncertują i co jakiś czas obdarowują nas nowymi pomysłami - nawet jeśli w tym wypadku są one "tylko" coverami. Bo nadejdzie taki dzień, że i ich zabraknie. Co prawda Keith Richards obwieścił, że prędzej pomrą niż przejdą na emeryturę, ale zeszłoroczna śmierć Lemmy'ego potwierdziła rzecz oczywistą: na starość nie ma mocnych. Kto jednak widział wyświetlany właśnie w kinach dokument The Rolling Stones Ole,Ole, Ole, ten bez wątpienia przyzna, że Stonesi póki co ten pojedynek wygrywają.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Meller Gołyźniak Duda - Breaking Habits (2016)

Nie uważam, żeby określenie "supergrupa" wobec tego projektu/zespołu było jakoś specjalnie nieadekwatnym, z prostego powodu - w Polsce supergrup jak na lekarstwo. W USA kooperacje międzyzespołowe to niemal codzienność, bo muzycy żyją z muzyki i pomiędzy trasami czasami się nudzą i potrzebują nowych wyzwań. W Polsce - zazwyczaj muszą wrócić do pracy "na etat" i zarobić na rodzinę. Dlatego niezmiernie cieszą takie płyty jak Braking Habits, szczególnie gdy ich zawartość jest tak bliska sercu.

Całej historii narodzin, powstawania i finalizacji prac nad płytą przytaczać nie będę. Nie jestem jakimś specjalnym znawcą polskich realiów progresywnych, nikt mnie nie głaszcze po główce (aczkolwiek fragmencik płyty słyszałem parę miesięcy temu - to może jednak jestem minimalnie uprzywilejowany;). Wiedziałem, że Maciej Meller odszedł 4 lata temu z Quidamu, wiedziałem, że "zgadali się" z Mariuszem Dudą i bliżej mi nieznanym Maciejem Gołyźniakiem (ale w odwrotnej kolejności). Że miało to być coś, co nie będzie przypominać ich dotychczasowych dokonań (stąd tytuł). Że były jakieś przymiarki, zdjęcia, sesje i...cisza. Ale w końcu (długi czas oczekiwania to oczywiście sprawa zawalonego kalendarza Mariusza) płyta się ukazała. 

Co odróżnia Breaking Habits od przyzwyczajeń trzech wspomnianych muzyków, to na pewno organiczność. Całość nagrywano na tak zwaną setkę, a przygotowano podczas dwóch kilkugodzinnych spotkań. W efekcie powstał materiał trwający tyle, co dobre płyty z lat 70, nie nużący, wciągający, zapraszający do kolejnych odsłuchań. Doskonale czuć radość grania, chemię łączącą trójkę muzyków, czuć też granice, która oddziela "odloty" od część przygotowanych, być może przyniesionych na próby jako szkice lub gotowe pomysły. Z biegiem czasu uznaję takie podejście za bardzo, bardzo korzystne dla finalnego efektu. Oczywiście mamy "Zosie-samosie" typu Roger Waters, którego (baaaaaaaaaardzo rzadko wydawane) dzieła są zapięte na ostatni guzik i nie zniosłyby zbyt dużej ingerencji współpracowników, ale jak widać obecnie takie metody pracy są zbyt mało efektywne. A takie muzyczne spotkania i łączenie wspólnych fascynacji (nawet poprzedzone wieloma rozmowami, jak w przypadku omawianego projektu) to zupełnie inna para kaloszy. Mogą skutkować tworami ciężko strawnymi, mogą też wciągać, frapować, intrygować.

Na płycie zaobserwować można pewien schemat: zazwyczaj utwory podzielone są na dwie części. Pierwsza to "część właściwa", piosenkowa (jeśli można użyć tu takiego słowa!), druga - improwizacja, jakby panowie po każdym utworze właściwym kiwali do siebie i sprawdzali "w którą stronę to pójdzie". Nie ukrywam, że bliższe mojemu sercu są właśnie te "improwizowane ogony". Nie mamy tu bowiem do czynienia z bluesowym schematem "podkład + solo". Są to pełnokrwiste, zespołowe improwizacje, które nazwać można "komponowaniem na żywo". Najbardziej jaskrawym przykładem niech będzie najdłuższy na płycie, prawie dziesięciominutowy Floating Over, gdzie autorzy w ogóle postanowili puścić wodze fantazji. Wspomnianej piosenkowości wymyka się też tytułowy, w  całości instrumentalny, Braking Habits. Jeśli chodzi o klimat części wokalno-instrumentalnych, to raczej jest mroczniej niż weselej. Specyficzne połączenie Stevena Wilsona i King Crimson? Każdy, kto spodziewał się jakichś nawiązań do macierzystych formacji Mariusza Dudy czy Maćka Mellera, srogo się zawiedzie. To jest powrót do korzeni, rockowej ekspresji i surowości. Osobiście jestem fanem aranżacyjnego bogactwa, ale muszę przyznać, że w tym wypadku ta formuła się sprawdza. Na pewno mocno odcisnął się na płycie charakterystyczny styl wokalny Mariusza Dudy. Ale nie brakuje tu też niespodzianek, takich jak na przykład funkujące zwrotki Tatoo. Nie ma jednak co na siłę szukać szufladek - w przypadku takich muzycznych spotkań uzewnętrznia się to, co akurat w ich uczestnikach siedzi i czeka na wydobycie i mam nieodparte wrażenie, że w przypadku Breaking Habits właśnie tak było.

Moje marzenie w związku z tą premierą? Żeby za jakiś czas panowie spotkali się na scenie i z tych 43 minut i, powiedzmy, ciekawego covera lub dwóch, upichcili cały koncert - bez hamulców i bez ograniczeń . A potem drugi...i kolejny, oczywiście zupełnie odmienne od pierwszego. Mają ku temu znakomity przyczółek w postaci Braking Habits.


piątek, 18 listopada 2016

Neal Morse Band, The - The Similitude Of A Dream (2016) - recenzja

The Similitude Of A Dream to druga płyta pod szyldem The Neal Morse Band. Po latach wydawania płyt solowych Neal uznał (przynajmniej na jakiś czas), że optymalny skład warto uhonorować właśnie dopiskiem "band". Czy chodzi tylko i wyłącznie o muzykę, czy również o pieniądze - tego nie wiemy. Na pokładzie oprócz lidera mamy również (oczywiście) Mike'a Portnoya, ale też Randy'ego George'a (bas), Erica Gillette'a (gitara) oraz Billa Hubauera (instrumenty klawiszowe). Ten, sądząc po zdjęciach, wesoły kwintet zaserwował nam dwupłytowy album, który już przed premierą Portnoy ochrzcił dziełem życia i osiągnięciem na miarę The Wall i Quadrophenii, przebijającym jego własne dokonania pokroju Scenes from a memory Dream Theater.

Osobiście mam uczulenie na takie szumne zapowiedzi, gdyż niezmiernie kojarzą mi się z pewnym warszawskim zespołem "na S". Z tym, że oczywiście Portnoy to facet pięćdziesięcioletni, z dorobkiem płytowym ilościowo zawstydzającym większość muzyków rockowych, natomiast nasze chłopaki stroszą piórka po kilku latach działalności, ale zawsze takie gadki-szmatki pachną podwórkowym marketingiem. Że wcześniej to było fajnie, ale teraz będzie najfajniej i jacy my to nie...fajni. Jak to się ma jednak do rzeczywistości? 

The Similitude Of A Dream to ponad 100 minut muzyki, 23 utwory - jak na Neala średnia  raczej skromna. To prawda, nie ma tu żadnego "epika", ale album to przecież (jak zwykle) dzieło koncepcyjne, więc tak naprawdę wszystko łączy się tu elegancko, tu i ówdzie połyskując motywami zaczerpniętymi z otwierającej całość Uwertury. Treść słowną albumu oparł Neal na Wędrówce Pielgrzyma" Johna Bunyana, opublikowanej po raz pierwszy w 1678, prawdopodobnie najsłynniejszej w dziejach światowej literatury alegorii opisująca doświadczenia chrześcijańskiego życia przedstawionego w barwnej narracji pielgrzymki z Miasta Zagłady na Górę Syjon. Czyli, jak to często zawsze u Neala bywa, płyta dotyczy chrześcijaństwa i łączenia się z Bogiem. Swoją drogą, jest to jeden z niewielu twórców, którzy takie przesłanie mieszają z rockiem bardzo konsekwentnie i jednocześnie bezboleśnie.

Muzycznie także nic nowego, w stosunku do poprzednich dzieł spółki Morse & Portnoy, nie znajdziemy. Owszem, pojawia się na przykład bluegrass (Freedom Song), ale w 99% to kolejny "Neal Morse". Diabeł tkwi w szczegółach - na pewno słychać tu tę organiczność, jaką osiągnąć może tylko zgrany skład (a nie kolejni przychodzący i odchodzący muzycy sesyjni), słychać więcej vinatge'owych barw klawiszowych dzięki dołączeniu Billa Hubauera. Ale przecież Neal w tej konfiguracji ma być właśnie taki.  Trochę staromodny, ale pełen świeżych, porywających melodii. I tego nie brakuje - tych dwóch płyt słucha się wyśmienicie. Pomysł goni pomysł i choć często mamy wrażenie, że "już to przecież słyszeliśmy", to jednak bogactwo i fantastyczna energia tego zespołu niwelują wszelakie wrażenia powtarzalności. 

Ciężko wyróżnić tu jakieś fragmenty, bo całość jest niezwykle równa. A przecież obecnie ciężko zespołom nagrać nawet dobry 45-cio minutowy krążek! Poczynając od wspomnianej, pachnącej starym, dobrym rockiem symfonicznym, Uwertury, mamy przegląd wszystkich inspiracji współczesnego retro-progowca: Genesis, Yes, Styx, Led Zeppelin, ELP a nawet Queen (The Ways of a Fool). Nawet jeśli jakiś pomysł do końca nie zaiskrzy, to zaraz pojawia się jakaś wstawka, jakiś kolejny szczegół, które przyciągają uwagę. I nie ma tu jakiegoś nachalnego kopiowania mistrzów z przeszłości. Neal Morse już dawno wykształcił swój własny, niepodrabialny styl, w ramach którego oczywiście czerpie słyszalnie z przeszłości, ale robi to naprawdę po swojemu, a teraz - z pomocą stałego zespołu - udało mu się całość jeszcze bardziej doszlifować. I tak przez ponad 100 minut. Pochwalić należy też produkcję albumu - zachowano bogactwo brzmienia każdego instrumentu przy jednoczesnej przejrzystości. Jak gra Hammond, to gra Hammond i go słychać. Niby oczywiste, ale nie zawsze stosowane w praktyce.

Nie nazwałbym The Similitude Of A Dream płytą życia Mike'a Portnoya, bo zapomniał on chyba o wyjątkowości niektórych dzieł Dream Theater, ale jeśli odrzucimy tę emocjonalną bańkę, którą zawsze toczy przed sobą perkusista, otrzymamy naprawdę bardzo dobry, świetnie napisany, zagrany i wyprodukowany album. Nie ma przełomu, nie ma ARCY-dzieła, ale jest dzieło, którego słuchanie wywołuje niejednokrotnie uśmiech na twarzy. I o to w takiej muzyce chodzi - o pozytywną energię, którą ładuje słuchacza. Wielki ukłon dla zespołu!